Na Jasnej Górze byłam z moją matką, gdy miałam 15 lat. Chorowałam wówczas od kilku lat. Leczenie nie przynosiło poprawy. Choroba postępowała, nie mogłam już samodzielnie chodzić. Pojechałyśmy do Częstochowy prosić Matkę Bożą o zdrowie. Pamiętam, siedziałam na krzesełku w prezbiterium i patrząc na obraz prosiłam w głębi duszy, by moje życie nabrało sensu, bym w zdrowiu czy chorobie żyła według woli Bożej. Odtąd tkwiło we mnie przekonanie, że zostałam wysłuchana, chociaż pozornie nic się nie zmieniło w moim życiu. Żyłam wówczas płytko, bezmyślnie. Przychodziły nieraz chwile bolesnego odczucia, że marnuję swoje życie, żyję głupio, bezsensownie. To były tylko chwile i taką też chwilę przeżyłam - chyba jakoś bardzo głęboko - wtedy przed jasnogórskim obrazem. Potem jednak znów wracała płycizna, bezmyślne czepianie się tego, co łatwe, przyjemne...
Po trzech latach nastąpiło znaczne pogorszenie mego zdrowia. Była wojna, okupacja, brak możliwości leczenia. Mając już 18 lat uświadomiłam sobie w pełni fakt, że już na zawsze będę kaleką, całkowicie uzależnioną od innych, ciężarem dla starzejących się rodziców.
W tym najtrudniejszym dla mnie okresie nawiązała ze mną przyjazny kontakt osoba (świecka), która ukazała mi nadprzyrodzoną moc cierpienia, odkryła przede mną szerokie horyzonty życia duchowego, wskazała odpowiednią lekturę religijną. Wpadła mi w ręce mała książeczka (nie pamiętam dziś tytułu i autora), pod wpływem której oddałam się "na własność" Matce Bożej. Ufałam, że Ona poprowadzi mnie tam, gdzie chce mieć mnie Bóg, i sprawi, że nawet tak niedołężne życie, jak moje, będzie miało sens. Matka Boża prowadziła... Moje życie wewnętrzne pogłębiało się. Odkrywałam z zapałem "nowy świat" bez porównania bogatszy, wspanialszy niż ten, który pociągał mnie parę lat temu. Dużo czytałam, myślałam, modliłam się.
Po kilku latach moja rodzina (wraz ze mną) musiała przenieść się do miejscowości odległej od kościoła 4 km. Czułam się "zgubiona" bez stałego spowiednika, bez częstej Komunii św. (zaledwie dwa, trzykrotnie w roku). Obawiałam się bardzo swej słabości, pobłądzenia w drodze do Boga. Wówczas dostałam książkę św. Ludwika Grignion’a de Monfort "O doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny". Ona stała się moją "deską ratunku". Odnowiłam, ściślej mówiąc: udoskonaliłam oddanie się Matce Bożej. Oddałam się jej w niewolę z pełnym zaufaniem, że Ona nie dopuści, bym zabłądziła, i zaprowadzi mnie do Boga według jego woli. "Doskonałe nabożeństwo" według św. Ludwika stanowiło ważny etap na mojej drodze do Boga.
Mój stosunek do Maryi był zawsze bardzo osobisty. Rzeczą zasadniczą było wszakże to, że Ona prowadzi do Boga.
Po kilkunastu latach zauważyłam, że Maryja jakby "zanikała" w moim życiu duchowym. Zwracałam się do Chrystusa, do Boga. Maryja też gdzieś w tym była, ale bardzo ukryta. Musiałam dokładać szczególnych starań, by zwracać się do Niej. Sądzę, że tego czynić nie trzeba. Taka chyba jest właśnie rola Maryi: coraz bardziej przybliżać do Chrystusa. W jego blasku blednie wszystko, nawet Ona, która jaśnieje jedynie światłem swego Syna. Ona tak cicho i dyskretnie wskazywała i wskazuje mi cel i sens życia, "rozdmuchuje" przygasający nieraz we mnie płomyk Bożej miłości. Ona mnie kieruje do Jezusa: "Co On ci powie, czyń", a sama znika, zostawiając mnie sam na sam z Chrystusem. Przemiany wody (mojego życia) w wino (w jego życie) dokonuje już sam Chrystus.
Chciałabym, by ta nieudolna i blada (w stosunku do doznanych łask) wypowiedź była wyrazem mojej wielkiej wdzięczności dla Matki Bożej.
