Matka Boża w moim życiu (8)

Dziwne były koleje tego nabożeństwa. Były okresy przeciętności, były wzloty, ale były też straszliwe upadki, o których wspominam ze zgrozą, z żalem i wprost z przerażeniem. Do czego może być zdolny człowiek!

Ale Pan Bóg w swojej łaskawości nie opuszcza najgorszego grzesznika i potrafi go wyciągnąć z haniebnej toni grzechów.

Rodzice moi byli wierzący i praktykujący. Prawda, że raz lepiej, raz gorzej, ale wychowywali nas religijnie i za to jestem im wdzięczny. Nie było w tym jednak nic nadzwyczajnego. - Przecież w roku 1900 i w następnych latach, zarówno w domu jak w szkole, było żywe wyznanie wiary. A chociaż niektóre moje ciotki powoli upodabniały się do bezbożnego otoczenia, nie wpłynęło to na nasze wychowanie; natomiast pozytywne objawy religijności u innych budowały i naszą religijność. Mówię "naszą" w znaczeniu rodzeństwa: początkowo pięcioro, potem ośmioro. Do dzisiaj żyje nas czworo - ja - lat 82, dwaj bracia: 77 oraz 68, siostra 61 lat. Codzienny pacierz, w niedziele i święta-Msza św., spowiedź i Komunia-kilka razy do roku były regularną praktyką.

W roku 1910 miałem lat dziesięć i wtedy znalazłem się w szpitaliku Dzieciątka Jezus we Lwowie, przy ulicy Głowińskiego, chory na szkarlatynę. Tam zetknąłem się ze specjalnym kultem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej: Siostra szarytka opowiadała nam (w sali szpitalika było nas ponad dwadzieścioro dzieci) o cudownym objawieniu Najświętszej Maryi Panny Bernadetce. To rozpaliło moją dziecinną wyobraźnię i nauczyło mnie wzywać pomocy Najświętszej Maryi [58]Panny w każdej potrzebie życiowej słowami "O Maryjo bez zmazy poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". Wydawało mi się to całkiem naturalne, że nam, a także i mnie, może się ukazać Najświętsza Maryja Panna.

Błąd wychowawczy widzę w tym, że jakoś przeoczono zwrócenie nam uwagi na to, że modlitwa, chociażby z wielkim uniesieniem, to jeszcze nie wszystko i że powinniśmy rozwijać w sobie - nazwę to szumnie - cnoty chrześcijańskie.

Kult Matki Najświętszej towarzyszył mi już przez całe życie, a chociaż to życie wiele nieraz pozostawiało do życzenia, bo byłem dzieckiem nerwowym i porywczym z powodu niewłaściwie ułożonego trybu życia, niedostatku lub zupełnego braku higieny, oraz z powodu braku zdolności wychowawczych u mego ojca, ale Jednak kult - ten nieraz mi pomagał w zwalczaniu pokus. Dość wspomnieć, że w latach gimnazjalnych przystępowałem do Komunii św. prawie w każdą niedzielę i święto. Jakkolwiek później nieco ochłodłem, to jednak medalik Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej stale nosiłem. A gdy szedłem na wojnę w roku 1918, 1919 i 1920, mama zawsze przypominała mi, bym szedł z Panem Bogiem i Matką Najświętszą.

Pewnego razu niemal cudem uniknąłem śmierci. Już jako kapral z cenzusem prowadziłem szpicę bojowego patrolu. - Przodem wysłałem szperacza, utrzymując z nim łączność. Gdy łącznik nie mogąc nawiązać kontaktu ze szperaczem wrócił, a do nas podszedł dowódca całego patrolu, porucznik S., poszedłem sam nawiązywać łączność. Cały czas czułem się jakiś słaby; nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że jestem ciężko chory; majacząc w gorączce znalazłem się niespodziewanie w organizowanym punkcie ogniowym nieprzyjaciela.

Wezwany do poddania się, oprzytomniałem nagle, a widząc nieprzyjaciela mierzącego we mnie z odległości kilku kroków, wypaliłem pierwszy. Wypaliłem w mierzącego, potem jeszcze dwa razy w kierunku obsługi cekaemu i odskoczyłem do swoich. Moje trzy strzały dały hasło do ogólnej strzelaniny. Na razie cofnęliśmy się, a gdy nadciągnęły nasze czołgi, piechota, konnica i artyleria szły już śmiało, bo my nawiązując łączność ogniową z nieprzyjacielem, wskazaliśmy jego pozycje ogniowe, dekonspirując jego zasadzkę. Odnieśliśmy poważny sukces. To była noc, a więc zadanie naszego patrolu było bardzo ważne.

Rano, już po walce, zasłabłem, a odstawiony do punktu sanitarnego zostałem następnie odesłany pociągiem sanitarnym do Lwowa, jako chory na powrotny tyfus. Że wyszedłem z tej walki cały i żywy, zawdzięczam to - w co mocno wierzę - cudownej łasce Matki Najświętszej, której medalik wiernie nosiłem, a moja mama i moje rodzeństwo modlili się za mnie.

Byłem młody i głupi; nie przyszło mi na myśl, że za łaskę ocalenia spod lufy nieprzyjaciela powinienem był odwdzięczyć się zboż[59]nym życiem, a ja tymczasem, po wyzdrowieniu i po skończonej wojnie, wpadłem w ciężkie grzechy.

Ale Najlepsza Matka czuwała nade mną i postawiła na mej drodze koleżankę ze studiów, w której zakochałem się, co uodporniło mnie na pokusy. A chociaż tym razem nie zaznałem wzajemności i dostałem tak zwanego "kosza", to jednak niedługo znalazłem inną i ożeniłem się.

Szatan jednak nie spał i sprowadził intrygi, które zakłóciły zgodę małżeńską, a mnie tak skołatały, że wpadłem znowu w grzechy, a potem w gruźlicę. Gdy już byłem bardzo ciężko chory, a sanatorium w Zakopanem i ostra kuracja niewiele pomagały, Najlepsza Matka poruszyła niebo i ziemię, tak że żona moja zorganizowała modlitwę za mnie w trzech klasztorach, gdzie były jej ciotki, wreszcie sprowadziła wodę z Lourdes i wszyscy z najbliższą rodziną odprawiliśmy nowennę do Niepokalanego Poczęcia. Wtedy nastąpił zwrot ku lepszemu, zwrot ku zdrowiu duszy i ciała.

Po pięciu latach upadku duchowego i po przeszło trzech latach gruźlicy, poczułem się tak silny, że mogłem wrócić do pracy. Dużą rolę odegrało tutaj to, że znalazłem się w orbicie działania Filareckiego Związku Elsów, którego hasłem było: "Bóg i Ojczyzna", skrót "Els", a ściśle "ELS" czyta się Ecclesia Lex Suprema, tzn. "Kościół Prawem Najwyższym". Wpływ tego związku zmienił mnie z wielkiego grzesznika na apostoła: W miejscu pracy założyłem Rycerstwo Niepokalanej, a następnie - za sugestią miejscowego proboszcza - zorganizowałem Akcję Katolicką i całą duszą pracowałem w obu tych stowarzyszeniach. To były trzy lata wzlotu duchowego; wzlotu, w którym i nasze małżeństwo odżyło duchem Bożym.

Muszę jeszcze wspomnieć, że w czasie tego "wzlotu" byłem świadkiem wielkiej łaski Matki Najświętszej. Najpierw doświadczyłem jej sam. Za pośrednictwem zbiorowej modlitwy i wody z Lourdes zostałem cudownie uratowany z gruźlicy płuc. Wtedy postanowiłem podzielić się tą łaską z innymi. Zdarzyło się, że kobiety z naszego koła Rycerstwa Niepokalanej poprosiły mnie o wodę z Lourdes dla sąsiadki, która - zdaniem lekarza - dogorywała na gruźlicę wątroby. Po wypiciu wody z Lourdes i po zbiorowej modlitwie wyzdrowiała w ciągu trzech dni.

Nie byłem jednak człowiekiem pełnowartościowym. Byłem pyszny i szorstki. To poniekąd było przyczyną, że za moją pracę religijną zostałem usunięty z instytutu naukowego, w którym pracowałem.

W trzy lata później wybuchła wojna, a z nią przyszła na nas straszliwa nędza, z której wydawało się, że nie wyjdziemy żywi, a jednak wszyscy, to jest moja żona, ja i czworo dzieci naszych, przeżyliśmy wojnę, a potem powojenną nędzę. Ja jeszcze raz stoczyłem się duchowo, a następnie dźwignąłem się. Nauczony tyloma smutnymi doświadczeniami, czuwam teraz, by zawsze żyć w łasce uświęcającej.

Obecnie, od lat zgodni małżonkowie, bolejemy bardzo nad tym, że nasze dzieci i wnuki oddalają się od Pana Boga. Jedyna nadzieja nasza w tym, że Matka Najświętsza wyprosi i dla nich łaskę nawrócenia.


Na świecie - widzimy tyle nieszczęśliwych, zbłąkanych dusz, miłujących różne dobra znikome zamiast jednego dobra, Boga. Wielu też jest obojętnych względem miłości najwyższej. Pragniemy zaszczepienia i tak najsilniejszego wzrostu chwały Niepokalanej w tych duszach i błagamy Ją, byśmy w Jej rękach niepokalanych i najmiłościwszych byli narzędziem do tego użytecznym, by nie dozwoliła nam sprzeciwiać się sobie, by nas przymusiła, gdybyśmy Jej słuchać nie chcieli.

Św. Maksymilian [s. 59]

Grafika do art. Matka Boża w moim życiu

[Fot. s. 58: Matka Boża z Cudownego Medalika.]