Matka Boża w moim życiu (7)

Urodziłem się w Niemczech, w Westfalii. Do kraju przyjechałem jako 6-letni chłopiec. Z rodzicami i dwiema siostrami mieszkałem w wielkopolskim miasteczku, w Pleszewie. Rodzice bardzo bogobojni wychowali nas w umiłowaniu dobra. Mam jeszcze przed oczyma dwa obrazy: Pana Jezusa i Matki Bożej zawieszone w sypialni, przed którymi klękaliśmy rano i wieczorem do modlitwy. Nie opuszczaliśmy też nabożeństw majowych i październikowych.

Gdy przyszła wojna, Niemcy prześladowali szczególnie tych, którzy nie przyjmowali obywatelstwa niemieckiego, chociaż urodzili się w Niemczech. Pewnego dnia w listopadzie aresztowano mnie wraz z ojcem. Przesłuchano nas i zwolniono, ale niebezpieczeństwo groziło nadal. Trzeba było uciekać. Uciekłem do Sieradza. Tam zacząłem pracować jako podwórzowy w gorzelni. Od miejscowego volksdeutscha kupiłem radio. Nakrywając się pierzyną słuchaliśmy nocą wiadomości z Londynu. Wkrótce zorientowałem się, że jestem śledzony przez szpicli. Udało mi się jeszcze ukryć aparat w popiele i już następnego dnia aresztowano mnie. Trzy dni trzymano mnie o głodzie na mrozie, bito i przesłuchiwano, zarzucając sabotaż w pracy, słuchanie radia, nieprzyjmowanie obywatelstwa miejsca urodzenia itd... Potem przeniesiono mnie do Kalisza, by mnie stawić przed sądem doraźnym. Gdy mnie wywleczono z wagonu, myślą pobiegłem do pobliskiego Turku, dokąd od młodych lat jeździłem z kolegami lub szedłem z pielgrzymką w Zielone Świątki do cudami słynącej Matki Boskiej. W drodze do więzienia przyrzekłem Jej, że jeśli mnie uwolni, to po wojnie do końca życia, dokąd będę mógł, każdego roku będą odbywał do Niej pielgrzymkę.

Zaczął się sąd. Rozprawa trwała od godz. 8 do 14. Jeszcze przed wejściem na salę, w korytarzu siostra najmłodsza zdążyła mi szepnąć, że mama zakończyła nowennę w mojej intencji. Mam się trzymać, nie będzie źle. Trzyosobowemu kompletowi sędziowskiemu przewodniczył młody gestapowiec polakożerca. Było dużo pytań, wielu świadków z fabryki i tłumacz. Gdy mi pozwolono mówić we własnej obronie, mówiłem jak w jakimś natchnieniu, że nic złego nie zrobiłem dla Trzeciej Rzeszy, pracowałem od rana do wieczora, nic innego mnie nie obchodziło, nie przyznaję się do winy i żądam uniewinnienia.

Gdy ogłoszono wyrok uniewinniający, nie mogłem uwierzyć, że to się już skończyło.

Obawiając się dalszych represji, uciekłem do Generalnej Guberni, zabierając ze sobą tylko różaniec i mały obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, który dostałem od matki. Do dziś wisi on u mnie na honorowym miejscu.

Po Powstaniu Warszawskim, w którym brałem udział, wywieziono mnie do obozu w Niemczech Zachodnich. Po wyzwoleniu przedostałem się do dywizji gen. Maczka. Stale miałem ze sobą obrazek Matki Bożej i z nim wróciłem do Pleszewa w lipcu 1946 roku. Modlę się i dziękuję Matce Bożej za ocalenie. Słowa też dotrzymałem. Dokąd mogłem, chyba 25 razy chodziłem do Turku pieszo, w każde Zielone Święta. Teraz, gdy wieńcówka już nie pozwala, jadę jakimś środkiem lokomocji.

W domu odmawiam codziennie różaniec i nowennę do św. Maksymiliana Marii Kolbego, którego otaczam wielką czcią. Będąc w obozach, stawałem w obronie młodszych kolegów, ale nie zdobyłem się na to, by pójść za któregoś na śmierć. Gdy patrzę na jego oblicze na obrazie, mam wrażenie, że on czegoś oczekuje od nas.