Matka Boża zajmuje w moim życiu poczesne miejsce. Twierdzę tak oczywiście z perspektywy czasu, bowiem dziś mam 55 lat i jestem wdową. Wyznam na wstępie, że cala moja rodzina była przesiąknięta duchowością maryjną, miłością do Matki Bożej.
Z opowiadań dziadków i rodziców wiem, że mój pradziad szedł do powstania z ryngrafem Matki Bożej. Ryngraf ten na czarnej blasze posiadam do dziś. Dziadek, ojciec i matka byli sodalisami. Codziennie aż po dziś dzień przed wymienionym ryngrafem pali się wieczna lampka - dawniej oliwna, dziś elektryczna. Od dzieciństwa, jak tylko pamiętam, odmawia się u nas wspólnie różaniec, Anioł Pański itd. Moja miłość do Matki Bożej rozwijała się i wzrastała w miarę przybywania lat. Zaraz po wojnie zapisałam się do MI. W czasie wojny i w ogóle do dziś nie rozstaję się nigdy z moim ukochanym ryngrafem. Zawsze czułam wyraźną pomoc i opiekę Matki Bożej. Ona towarzyszyła mi w czasie okupacji, a pod koniec uratowała mi życie. Ona przeprowadziła mnie szczęśliwie przez burzliwą młodość. W małżeństwie doznała szczególnych jej łask, jak np. łaski nawrócenia męża. Trudno zliczyć wszystkie dary, otrzymane od Niej, i godnie za nie się odwdzięczyć.
Żal mi tych ludzi, którzy nie praktykują nabożeństwa do Matki Bożej, są obojętni, wykręcają się brakiem czasu. Nie pojmuję, jak można żyć bez Maryi...
Opiszę jedno z moich przeżyć. Może ujawnienie tego doświadczenia zachęci kogoś do gorętszej miłości względem Matki Bożej?
Od czasu pierwszej Komunii św., po przeczytaniu pewnej lektury maryjnej, postanowiłam, że będę szczególnie czciła Matkę Bożą we wszystkie Jej święta, przystępując do sakramentów św. Czyniłam tak przez całe moje dotychczasowe życie. Zdarzyło się jednak, że musiałam pójść do szpitala, gdzie ksiądz nie odwiedzał chorych systematycznie, chociaż szpital oddalony był od kościoła tylko o 50 m. W tym czasie przypadło święto Matki Boskiej Częstochowskiej (26 VIII). Słysząc dzwony, przypomniałam sobie moje postanowienie. Było mi bardzo przykro. Wypłakałam się. Wzbudziłam pragnienie przyjęcia Pana Jezusa w sposób duchowy. Niespodziewanie przyszła pielęgniarka i zapytała, czy chcę księdza. - Oczywiście - odpowiedziałam. Rozpromieniona, z nieopisaną radością czekałam na przyjęcie Pana Jezusa. Moja wdzięczność i miłość do Matki Bożej jeszcze bardziej się spotęgowała, był to bowiem widomy znak Jej matczynej miłości.
Trudno opisać, co daje nabożeństwo i prawdziwa miłość do Matki Bożej... to trzeba przeżyć osobiście. Jak dobrze jest przesiąknąć jej duchem miłości! Ona nigdy nie zawiedzie.
Wdzięczna służebnica
