Kiedy myślę o swoim życiu i łączności z Maryją, powinnam cofnąć się w czasy odległe, bo aż do roku 1906. Wtedy to mój dziadek Antoni, ożeniony z babką Anną, opuszczał rodzinny dom moich pradziadków Bołtralików i otrzymał od rodziców, na nowe życie, obraz Matki Bożej Bolesnej. Obraz ten przechodził różne koleje i o jego istnieniu dowiedziałam się niedawno, bo około dwadzieścia lat temu. Dziwnym zrządzeniem losu, przed sześciu laty, rodzina moja przekazała go mnie i Bolesna Matka zamieszkała ze mną w moim nowym mieszkaniu.
Nie mogę wyznaczyć początku granicy mojej łączności z Maryją. Odkąd pamiętam, moją nieodłączną modlitwą była ucieczka do Maryi Częstochowskiej. Niezmiennie od lat modlitwa ta jest moim pokrzepieniem, siłą, która utrzymuje mnie przy życiu. Codziennie uciekam się do Bożej Rodzicielki, ale nie jestem żebrakiem. Moje intencje są prawie wyłącznie dziękczynne, bo wiem, że Boża Matka wie najlepiej, czego potrzeba Jej dzieciom. I jeśli zasługujemy - tonie poskąpi nam niczego.
Marzenia lat dziecinnych i tęsknota za Maryją ziściły się w szczególniejszy sposób. Miałam około trzynastu lat, gdy Maryja przyszła do mnie jakby we śnie. W kościele w Augustowie rozmawiała ze mną Niepokalana. To była żywa postać Matki Bożej. Maryja prześliczna, jasnowłosa, okryta niebieskim płaszczem, siedziała na szarym kamieniu i prosiła mnie kilkakrotnie: "Dziecko, pamiętaj - przychodź do tego kościoła w każdą sobotę o godzinie siódmej rano, pamiętaj, dziecko...". Po wypowiedzeniu tych słów znikła. A prośba ta dźwięczała mi w uszach przez ten i wiele następnych dni. Postać Maryi pozostała na zawsze w moim sercu i pamięci.
Następnego dnia rankiem przyszłam do naszego kościoła, położyłam głowę na kratkach oddzielających prezbiterium, zamknęłam oczy i z dziecięcą wiarą i ufnością usiłowałam przedłużyć ten cudowny sen. Byłam zawiedziona, nie ujrzałam już Niepokalanej. I nigdy więcej.
Minęły lata szkolne, zaczęło się dorosłe życie. Wyszłam za mąż. W drugim roku małżeństwa urodził się syn - Grzegorz, a w dwa lata później oczekiwałam następnego dziecka. Ale to drugie nie miało być tak upragnione przez ojca jak pierwsze. Dorosły człowiek uświadomił sobie, że dziecko to nie zabawka i wszelkimi silami starał się uwolnić od odpowiedzialności, która wiąże się z ojcostwem. Było mi bardzo przykro, bo to dziecko właściwie już przed urodzeniem się było skazane na sieroctwo ze strony ojca. 30 czerwca 1966 roku urodziło się moje małe, nieporadne, nie podejrzewając nawet tego, że niektóre oczy będą patrzyły na nie wrogo. Otrzymało imię Wojciech. Po odchuchaniu przyniesiono mi je, podano do pierwszego karmienia. I wtedy - o Boże - do dzisiaj dziękuję Ci za tę chwilę, wtedy szybko przychodzi do głowy myśl - zbawienna myśl. Szepcę do ucha małemu: Synku, nie martw się, jest Ktoś, Kto cię przyjmie na pewno. W Roku Milenijnym Matka Boża jest szczególnie łaskawa. Ze łzami w oczach, razem z moją małą kruszynką mówię: "Panno Święta, co Jasnej bronisz Góry... ", a następnie "Pod Twoją obronę uciekamy się... " Proszę Maryję Jasnogórską, by była łaskawa otoczyć to dziecko opieką i prowadzić je drogą, którą Ona - Maryja - zechce uznać za najlepszą. Ja będę posłuszna wszystkiemu i wypełnię wolę Bożą.
To była nasza pierwsza wspólna modlitwa.
I nie wiem, czy kiedykolwiek przedtem, a chyba i potem potrafiłam się tak modlitewnie unieść, tak zapamiętać, tak modlić gorąco, a jednak bardzo prosto.
Gdy sięgam myślami do tamtych dni, to próbuję czerpać wzór do modlitwy. Wiem, że niepotrzeba wielkich słów, trzeba tylko bezgranicznie zawierzyć.
Moje małe rosło, rozwijało się, było cichutkie, grzeczne, zdawało się po prostu przepraszać, że żyje. Serce się radowało, że nawet w trakcie zabawy potrafiło oderwać się od gro[120]madki rówieśników, wpaść do domu, zaszyć się w kąciku, złożyć rączki i pozostać w modlitewnej zadumie.
Często się zdarzało, że rozdokazywane dzieciaki wpadały do domu w poszukiwaniu mego małego, a ja kładłam palec na ustach i dawałam znaki, że teraz Wojtuś się modli.
Pewnego dnia poprosił mnie, abym nauczyła go modlić się na różańcu. Odtąd różaniec maryjny stał się jego pierwszą modlitwą. Nosił i nosi go cięgle przy sobie. W wolnych chwilach zawsze wymykał się do kościoła - szczególnie kiedy kościół był prawie pusty - i tam w ciszy rozważał tajemnice różańca. Dwa lata temu, po jego powrocie z oazy, dowiedziałam się, że z radością odkrył - zapisał to w swoim dzienniczku oazowym - iż potrafi modlić się własnymi myślami i taką modlitwę najbardziej lubi.
Zadawano mu nieraz pytanie, czy nie myśli o poświęceniu się życiu zakonnemu. Nie potrafił od razu odpowiedzieć. Cięgle mówił, że powinien się dużo modlić i wtedy dopiero znajdzie odpowiedź. Uważałam, że w sprawach Bożych nie można wymuszać odpowiedzi.
Obserwując te może jeszcze dziecinne, ale już dojrzewające zamysły Wojtka, w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to nie bardzo wiadomo, kto tu komu bardziej pomaga, że właściwie nawzajem się uzupełniamy. A może on nawet bardziej pomaga mnie niż ja jemu. A nad wszystkim czuwa Maryja. I za to dziękuję Bogu i Matce Najświętszej.
Po uporządkowaniu swoich spraw osobistych i przygotowaniu się, postanowiłam spłacić zaciągnięty dług. Obietnic danych Matce Bożej zawsze się dotrzymuje. Uznałam, że nadszedł czas, aby pójść do Maryi i może trochę późno, bo dopiero po trzynastu latach, odnowić swoje obietnice i w Jej Sanktuarium Jasnogórskim dziękować za wszystkie łaski, za opiekę, za wytrwanie, za przyjęcie moich próśb. Mogłam zrobić to wcześniej, w sposób łatwiejszy i wygodniejszy. Ale chciałam właśnie tak: pieszo, z trudem, z pieśnią dziękczynną, pochwalną i błagalną. Nie było łatwo, wstydzę się - bo w pewnej chwili zwątpiłam, czy dojdę. Jednak wytrwałam. Szłam ze łzami w oczach i może nawet dziwiło to braci pielgrzymów, ale płakałam nie ze zmęczenia, utrudzenia, płakałam z radości. To była moja serdeczna rozmowa z Matką Bożą. - Doszłam.
Tak wiele chciałam powiedzieć Maryi, ale kiedy stanęłam przed obliczem Jasnogórskiej Pani - zaniemówiłam. Do dziś wyrzucam sobie, że mogłam więcej, dlaczego tak mało dałam z siebie?
Ale myślę, że jeśli Bóg pozwoli jeszcze, chociaż raz w życiu, wziąć udział w takim cudownym pielgrzymowaniu, to powiem więcej. Przecież tyle kłopotów ma ze mną Maryja, a ja tak mało - ciągle to sobie wyrzucam - daję z siebie. Nie dlatego, że chcę oszczędzać siebie, ale chyba trzeba dojść do wielkiej doskonałości, żeby umieć oddać się bez reszty.
W ósmej klasie Wojtek wyjawił mi, że pragnie poświęcić się życiu zakonnemu, chce służyć Niepokalanej. Powiedział, że tym wybranym miejscem będzie Niepokalanów. Sam napisał list do Ojca Rektora z prośbą o informację i kiedy nadeszła odpowiedź to spotkał mnie wracającą z pracy i już w połowie drogi wołał: - Mamo! - jak się cieszę, popatrz, co pisze Ojciec Rektor. Jak myślisz, czy ja też będę mógł?
Teraz zabrał się szczególnie pilnie do przygotowań. Uznał, że jeszcze goręcej powinien się modlić i przygotowywać pod względem duchowym. Tak naprawdę to jego dotychczasowe życie w niczym się nie zmieniło. Był jednak bardziej skupiony, częściej rozważał słowa Pisma Świętego, w związku ze śmiercią Ks. Prymasa postanowił zachowywać żałobę i umartwiać się. Na kilka dni przed egzaminem wstępnym do seminarium powiedziałam mu, jaki dar otrzymał w dniu urodzin - Najwspanialszą Matkę - Maryję i Matce Bożej winien jest serdeczne podziękowanie. Ze łzami w oczach przyjął przygotowane kwiaty, wziął różaniec i pobiegł do Maryi. Podziękował najpiękniej, jak tylko potrafił.
W ostatnim okresie jego myśli były przepełnione pragnieniem zdobycia serduszka. Nieśmiało zapytał mnie: "Mamo, czy gdybym poprosił, to kupisz mi serduszko?"
Radośnie zabłysły mu oczy, gdy spełniłam jego prośbę. Jego tajemnicą jest, gdzie to serduszko zawiśnie. Domyślam się - otrzyma je w podzięce Matka Jasnogórska.
Serdecznie się cieszę, że droga którą wskazuje mu Maryja, jest mu tak miła, że stara się i pragnie dziękować. A ja pragnę, aby Najświętsza Panienka była do końca jego życia Wspaniałą Gwiazdą, Najczulszą Matką, a on Jej wiernym synem.
