Urodziłam się w 10 rocznicę śmierci ojca Maksymiliana Kolbego
Od pięciu lat nie mogłam zdobyć się na napisanie tego listu, dopiero choroba skłoniła mnie, by napisać do "Rycerza Niepokalanej".
Urodziłam się w 10 rocznicę śmierci o. M. Kolbego, w wigilię święta maryjnego, co uważam za szczególną łaskę dla siebie. Nie mogłam odżałować, że nie noszę Jej imienia. Dopiero w czasie bierzmowania przez obecnego Ojca Świętego, wówczas biskupa mojej diecezji, przyjęłam imię Maria.
Wychowywałam się w wielodzietnej rodzinie chłopskiej. Dzieciństwo miałam bardzo szare: od początku do końca praca w gospodarstwie, a w czasie wakacji wypadały żniwa. Nie mogłam pogodzić się z tym, że moje zmęczone, brudne rodzeństwo zasypiało około 10, 11 wieczorem bez modlitwy. Ojciec szarpał je, krzyczał, a gdy miał zły humor, potrafił uderzyć pasem: "A modliłaś się?" Zalęknione, wyrwane ze snu dziecko niewiele korzystało z takiej wymuszonej modlitwy. Zawsze też bolało mnie niesprawiedliwe traktowanie dzieci; ze łzami w oczach wspominam surowe słowa mojej matki: "Wy darmozjady!". Chyba już wtedy odizolowałam się od moich rodziców; dla nich istniała tylko robota i robota w "świątek i piątek" na gospodarstwie. Gdy dorosłam, wcześnie wyszłam za mąż, spotkałam dobrego, spokojnego człowieka. Moja teściowa była odwrotnością mojej matki: ciągle zatroskana
o swoją bardzo liczną gromadkę. Jak kura pisklęta niby skrzydłami otaczała wszystkich, opłakiwała, gdy któregoś z dzieci zabrakło w święta w domu.
Długo oczekiwaliśmy z mężem na dziecko. Kiedy leczenie nie dało rezultatu, teściowa doradziła mi wysłać na Mszę świętą do Niepokalanowa. Cóż za radość w naszej rodzinie, a szczególnie dla mojego męża, kiedy po którejś wizycie u lekarza dowiedziałam się, że jestem w upragnionym, błogosławionym stanie. Wszyscy postępowali ze mną jak z jajkiem. Zaczęły się poważne kłopoty ze zdrowiem, leżenie w szpitalu przeszło pół roku, dostałam żółtaczkę, w końcu wątroba przestawała pracować, również chorowałam na trzustkę, żółć rozlewała się z krwią po skórze tworząc liczne owrzodzenia i straszne uczulenie. Leżałam
w szpitalu, bardzo się modliłam, z domu donosili mi "Rycerza Niepokalanej". Mój mąż wysyłał na Mszę świętą do Niepokalanowa w mojej intencji, modliłam się do o. M. Kolbego o pomoc i wstawiennictwo u Matki Bożej, aby przeżył i mój pierworodny. Wiedziałam, że muszę urodzić zdrowego syna. Lekarze jednak nie dawali żadnej nadziei. Pani ordynator z oddziału zakaźnego była zdziwiona, że jeszcze o tym myślę przy moim stanie zdrowia. Powiedziała, że po tylu lekarstwach i zastrzykach "nawet gdybym urodziła to dziecko, to nie będzie ono normalne". Dobiła mnie tym zupełnie. Przyszłam do domu na przepustkę i na drugi dzień mąż odwiózł mnie do szpitala z ciężkimi bólami. Był to początek 8 miesiąca. Znowu położna orzekła, że nie mam co liczyć na dziecko. Płakałam i modliłam się na przemian. Czułam opiekę ojca Maksymiliana i Matki Bożej. Rodziłam całą dobę, strasznie cierpiałam, byłam bardzo pocięta. Kiedy już traciłam przytomność, urodziłam wreszcie dziecko, oczywiście syna. Cała służba zdrowia "postawiona na nogi" cieszyła się, a ja czułam radość i pomoc Matki Bożej. Podczas porodu potrafiłabym nawet wskazać Jej miejsce bardzo blisko mnie.
Znowu lęk, czy dziecko będzie zdrowe. Ja sama miałam wysoką temperaturę, znowu zastrzyki, ale trzy dni i trzy noce nie zmrużyłam oka w obawie przed kryzysem dziecka. Wreszcie lekarz oznajmił, że choć wcześniak, ale jest zdrowy, zdolny do samodzielnego życia. Mąż, mimo że czekał na córeczkę, był szczęśliwy, że oboje przeżyliśmy. Dziś mój synek ma 5 lat, jest zdolnym przedszkolakiem, a co najważniejsze, normalnym, zdrowym dzieckiem. Potem przyszła budowa naszego domu, bardzo trudne dla nas dni. I kolejna ciąża, teraz oczekiwaliśmy na córeczkę, znowu choroba, uczulenie, pół roku nie spałam, minimalnie jadłam. Tym razem urodziłam już o wiele łatwiej zdrową i śliczną córeczkę, choć także przedwcześnie. Więc i tata miał swoje dziecko. Mąż bardzo ciężko pracował zawodowo przy budowie domu, jak mogłam starałam się mu pomagać. Swoje troski zawsze ofiarowuję Matce Bożej, której zawierzyłam swoją rodzinę. Przepracowany mąż ciężko zachorował, był operowany. Teraz powoli wraca do zdrowia, chociaż stał się bardzo nerwowy, a życie z chorym człowiekiem nie jest łatwe. Jednak gdy i ja zachorowałam, bardzo troskliwie zajął się mną i dziećmi. Wiem, że bardzo kocha swoją rodzinę, dzieci lgną do niego. Ma satysfakcję ze swego osobistego życia.
Pragnę, aby mój syn został kiedyś księdzem, ale wierzę, że o tym, czy godni jesteśmy takiego zaszczytu, zadecyduje Matka Najświętsza. Nie rozpieszczamy dzieci, ale pragniemy je wychować na dobrych ludzi. W każda rocznicę urodzin staramy się być w kościele, zanosząc wdzięczne modlitwy przed cudowny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Pragnę, aby moja rodzina była Bogiem silna, bo wtedy nic jej nie zagrozi, aby nasze oddanie się życiu rodzinnemu służyło Bogu. Również pragnę wyrazić swoją wdzięczność tak wielkiemu Pośrednikowi jak ojciec Kolbe za opiekę Matki Bożej nad moją rodziną.
Wierna czytelniczka "Rycerza Niepokalanej"
