Kiedy miałam 17 lat, otrzymałam od mojej nauczycielki w prezencie imieninowym obrazek Matki Boskiej.
Powiesiłam go nad swoim łóżkiem i od tego dnia przed nim codziennie wieczorem się modliłam. Wszystkie kłopoty, troski i zmartwienia moich kilkunastu lat powierzałam Matce Bożej.
Wiele z Nią rozmawiałam, wiele przyrzekałam (niestety, nie dotrzymywałam niektórych przyrzeczeń), o wiele prosiłam.
Lata mijały. Pokochałam dobrego chłopca, mieliśmy się pobrać. Wyjechał po szkole do pracy do innego miasta - zabrała mi go inna dziewczyna. Rozpaczałam bardzo. Wyjechałam na studia, mój kontakt z domem rozluźnił się. W środowisku studenckim chciałam zapomnieć o tamtej miłości. Był tam inny chłopak, wesoły, towarzyski, lubiący dziewczyny. Zanim zastanowiłam się nad tym, co robię, byłam w ciąży. Był to straszny cios dla rodziców, ludzi szanowanych w małym miasteczku. Uradzono, że ciążę trzeba usunąć. A ja chciałam mieć to dziecko.
I wtedy zwróciłam się do Matki Boskiej o pomoc. Pamiętam, jak klęcząc przed Jej obrazem z płaczem mówiłam: "Pozwól żyć mojemu dziecku, nawet za cenę mego osobistego szczęścia. Niech on będzie dla mnie niedobry, niech mnie nawet nie kocha i zdradza (wszystko się spełniło), byleby dziecko miało prawo żyć".
Zostałam wysłuchana. Ojciec (bardzo religijny) po spowiedzi odstąpił od swego zamiaru. Cichy ślub i po 4 miesiącach urodziłam córkę. Dalszy ciąg studiów, po 9 miesiącach ponowna ciąża. Nosiłam się z zamiarem usunięcia jej, ale pewien mądry lekarz odwiódł mnie od tego. Po [249]absolutorium rodzę drugą córkę. Zaczynamy życie o własnych siłach. Mąż odrabia staż, ja z dwojgiem małych dzieci i egzaminami dyplomowymi na głowie. Po 8 miesiącach ciąża (mąż nie uznawał wstrzemięźliwości) i moja rozpacz. Żyjemy ze stażowego i łaski rodziców. Załamuję się - ciążę usuwam. Wyrzuty sumienia są straszne, które uspokajam świadomością złych warunków materialnych. Grzech ponawiam... W konfesjonale trafiam na wspaniałego księdza. Nie potępia, nie krzyczy. Spokojnie mówi: "przyrzeknij, że nigdy więcej tego nie zrobisz. Jeżeli nie będziesz chciała następnego dziecka, ja je wezmę - przynieś". Przyrzekam jemu, Matce Bożej i dotrzymuję przysięgi. Wracam znów przed mój obrazek Matki Bożej i znów codziennie Ją proszę o pomoc w małych i większych sprawach. Po paru latach rodzę trzecie dziecko.
Tak mijają lata. Pracuję, starzeję się. Przed 5 laty, ginekolodzy (po badaniu histopatologicznym) orzekają konieczność operacji. Nie decyduję się. Klękam i modlę się. Matka Boska i tym razem pomaga. Zmiany cofają się bez zabiegu. Podobna historia zdarza się w tym roku. Okres przekwitania - prawdopodobieństwo nowotworu. Proszę Matkę Boską, bym została jeszcze z tymi, których kocham. Badanie kontrolne - pozytywne. Dziś mam 53 lata i wiele doświadczenia życiowego. Od dawna już wiem, że tylko z Bogiem można uczciwie żyć. Kocham Matkę Boską z całego serca. Od dwu lat codziennie odmawiam różaniec. Mam tyle długów wdzięczności wobec Niej. Chciałabym choć małą część spłacić.
