Matka Boża w moim życiu (24)

Urodziłam się w Argentynie jako czwarte dziecko. Do Polski przyjechałam z rodzicami. Mieszkaliśmy na Pomorzu.

Mając trzynaście lat byłam zdecydowana na pójście do klasztoru. Stanowczo sprzeciwił się temu mój ojciec, choć był dobrym, praktykującym katolikiem. Była też druga bardzo poważna przeszkoda: brak wyprawy. Zdawało się, że nigdy tych trudności nie pokonam. W modlitwie pokładałam tylko moje nadzieje. Przeżyłam w tym czasie ciężkie chwile, lecz ufałam Maryi i wytrwale modliłam się do Niej.

Pewnego razu szłam drogą między stawami, gęsto porosłą dokoła wikliną; była tam wąska kładka.

Przed wejściem na kładkę odczułam dziwny niepokój, choć nieraz tamtędy przechodziłam. Zatrzymałam się, odmówiłam modlitwy: Niech Twej czystości nieskalanej sława, Pod Twoją obronę i spokojnie przeszłam. W jakiś czas potem dowiedziałam się, że tam wówczas siedzieli zaczajeni na mnie chuligani -że tylko moja pieśń do Matuchny wstrzymała ich od podłości.

W czasie drugiej wojny światowej Niemcy wysiedlili naszą rodzinę z Pomorza. Trzeba było jechać do Guberni. Rodzice chcieli zatrzymać się gdzieś w okolicy Warszawy, Łodzi; ja pragnęłam dojechać do Krakowa do moich przyszłych sióstr zakonnych. Modliłam się, błagając Maryję, by mi dopomogła. No i dopomogła. W dziesięć dni po przyjeździe do Krakowa byłam już w klasztorze sióstr albertynek. To było coś cudownego. Wierzę, że to Ona przeprowadziła mnie przez dziesiątki piętrzących się trudności.

W trzy lata potem, już po profesji, zostałam wysłana do domu. starców i sierot w malej miejscowości górskiej, który od niedawna siostry prowadziły. Przydziały żywnościowe były tak małe, że nie było czym wyżywić podopiecznych. Dwie z nas musiały prawie bez przerwy chodzić po kweście, zbierając żywność. Tak w ciągu dwu lat przewędrowałam prawie cale Podkarpacie: Krynica, Nowy i Stary Sącz, Tarnów, Grybów, Krosno, Wadowice, Limanowa... Jak często byłyśmy o włos od śmierci, łatwo się zrozumie, jeśli się uświadomi, że kwesta była nielegalna. Niemcy surowo zabraniali tego sposobu zdobywania żywności. Groziło rozstrzelanie lub co najmniej więzienie. Wiele razy cudem prawie uratowała nas Niepokalana.

Nowy Sącz. Weszłyśmy do lokalu-baru i przy bufecie mówimy, dla kogo i co zbieramy; barman dał parę złotych, my chciałyśmy już wyjść. Wtem ostrym głosem ktoś wola z akcentem niemieckim, byśmy się zatrzymały, wyjmuje pistolet z kabury, wyciąga ku nam i krzycząc pyta: Kennkarte, jak sze nazywasz? Przystawia pistolet to jednej, to drugiej, na zmianę. Siostra, towarzyszka, nazywała się Czekaj - co w tej sytuacji było wprost groteskowe. To też ów napastnik posądzał ją, że jest przebranym mężczyzną-partyzantem. Już kazał nam iść za sobą na dwór, gdy w tym momencie odwołano go. Tak uniknęłyśmy śmierci.

[186]

Podobnych sytuacji, może jeszcze dramatyczniejszych, przeżyłyśmy dużo. Wspomnę jeszcze jeden szczególniejszy wypadek. Wracałyśmy z miesięcznej wędrówki kwestarskiej spod Krosna. Miałyśmy w Nowym Sączu przesiadkę. Ja czekałam na peronie z bagażem, druga siostra z dokumentami poszła do kasy dokupić bilety do Krynicy. Było to lato 1943 roku.

Terror ogólny, a zwłaszcza przeciwko ludności żydowskiej, się wzmagał. Wtem gwałtowny ruch na peronie, ktoś ucieka, ktoś goni. Krzyki stają się coraz głośniejsze, pojawiają się żandarmi, biegną wzdłuż peronu i strzelają. Patrzyłam w tamtym kierunku, nie zauważyłam, co działo się koło mnie. Wtem czuję coś ciepłego przy mym boku. Początkowo myślałam, że oberwałam kulę. Słyszę jednak, jak to coś sapie, drżąc jak osika.

Siedzę długą chwilę nieruchomo. Nieznacznie kątem oka patrzę w dół i widzę błyszczące czarne oczęta wpatrzone we mnie błagalnie. Wszystko mówią bez słów.

Czuję teraz, że i ja drżę jak i to dziecko dosłownie skamieniałe z przerażenia. Zdrętwiałymi ustami nie potrafię się składnie modlić, tylko jak zaklęcia szepczę: Matuchno Najświętsza, ratuj nas - zmiłuj się nad tym maleństwem - ratuj je; Tyś mi je tu przysłała, osłaniaj nas.

Bezwiednie robię w tym momencie ruch, gest otulania swym szerokim płaszczem-peleryną, szczelniej przykrywając. Myślę tylko o tym, czy ktoś z pasażerów na peronie nie widział momentu, jak się dziecko do mnie tuliło, czy nie zrobi zaraz donosu. Myśl gorączkowo szuka sposobu, jak je przewieźć. Siostra sama przygotowała wszystko do pociągu. Ja tymczasem owinęłam dziecię chustą i pod peleryną wniosłam do wagonu.

Działałam jak automat, jakby ktoś mną kierował. Dziecko potem zostało oddane do sierocińca w Tarnowie, prowadzonego przez nasze siostry.

Potem przyszedł czas jeszcze większych dla mnie prób i doświadczeń. Zachorowałam; po roku okazało się, że jest to gruźlica. Zapadła decyzja odgórna, że muszę opuścić klasztor. Zbyt dużo w tym czasie młodych sióstr umierało na gruźlicę. Uważano, że w zmienionych warunkach stan się poprawi.

I stało się. Choć pracowałam jako pedagog z chorymi dziećmi, nie byłam sobą. Żal do wszystkich dominował nade mną. Znikła moja serdeczna głęboka wiara, moja żarliwość. Byłam okresami obojętna w sprawach i obowiązkach religii. Aż kiedyś, będąc w kościele, przeżyłam coś, na co pewnie nie zasłużyłam. Patrząc na obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy, usłyszałam nagle Jej głos: "Nie bądź pustą ramą, z której wyjęto obraz - wszak duszy ci nie zabrano: Staraj się wypełnić czas modlitwą wynagradzającą za wszystkich, którzy Mnie obrażają w różnych lokalach, za tych, którzy nie uznają mego Niepokalanego Poczęcia". Byłam wówczas wstrząśnięta. - W swej zarozumiałości sądziłam, że przez lata w klasztorze przeżyte zdobyłam pewne zasługi, choćby skromne. A tymczasem zrozumiałam, że jestem jak ta pusta, pozłacana rama, że do ostatnich dni życia trzeba pracować na niebo!

I właśnie dlatego piszę to wszystko, bo wiem, jak mało moja modlitwa sama znaczy. Może niedługo odejdę. Nim to się stanie, pragnę, by poszerzyło się grono osób, które by chciały ofiarować swe modlitwy jako wynagrodzenie Matce Najświętszej.

Grafika tytułowa