Matka Boża w moim życiu (23)

Miałem około 5 lat, a młodsza siostra roczek, gdy wybuchła wojna. Mieszkaliśmy w Poznańskiem. Ojciec w 1940 roku został zabrany na roboty do Niemiec. Obowiązek wychowywania nas i prowadzenia całego domu spoczął na mamie. Długie wieczory mama poświęcała robótkom na drutach. Jeden wieczór utkwił mi w pamięci. Siedziałem na podłodze u stóp mamy i bawiłem się zabawkami. Mama zaczęła śpiewać pieśni do Matki Boskiej. Jedna z nich to Matko niebieskiego Pana. Słowa i melodia tej pieśni mocno na mnie podziałały. Odczułem jakby Maryja z całym niebem była wśród nas. Już jako małe dziecko lubiłem się modlić. Modlitwy w domu odmawialiśmy wspólnie. W czasie okupacji kościoły u nas były zamknięte. Po wyzwoleniu wnet zapisałem się do ministrantów. Był to początek miesiąca maja i rozpoczęły się nabożeństwa majowe, na które chętnie chodziłem.

W roku 1947 jesienią do naszej parafii przyjechali klerycy z seminarium poznańskiego i przepięknie śpiewali na chórze pieśni po łacinie. Bezpośrednie spotkania z nimi tak mocno na mnie podziałały, że postanowiłem też zostać księdzem. Poczułem w sobie głęboki pociąg do służby Bożej. Swoim powołaniem żyłem na co dzień. Dużo się modliłem, szczególnie do Maryi. Po ukończeniu szkoły podstawowej zostałem przyjęty do Niższego Seminarium Duchownego prowadzonego przez zakonników. Przyszedł fatalny rok 1952 i nasze seminarium zostało zamknięte. Przełożeni zakonni zabrali do nowicjatu tych kandydatów, którzy rokowali nadzieję pozostania kapłanami. Wśród nich i ja się znalazłem. Bardzo się cieszyłem z tego, bo i ubiór zakonny też bardzo pociągał. W nowicjacie zawierzyłem całkowicie Maryi. Przyszła na mnie jednak wielka próba i niepewność jutra co do dalszej nauki. Opuściłem więc nowicjat mając lat 17. Dalszą naukę podjąłem w średniej szkole korespondencyjnej, ale jej nie ukończyłem. Równocześnie poszedłem do pracy, którą bardzo sobie chwaliłem i byłem z niej zadowolony. żeby uspokoić sumienie, zacząłem zaglądać do kieliszka i szukałem mieszanego, wesołego towarzystwa. Chciałem za wszelką cenę zapomnieć o dawnych latach i z utęsknieniem oczekiwałem pójścia do wojska. Jednak o Maryi nigdy nie zapomniałem. Zmieniłem tylko sposób zanoszonych próśb: nie modliłem się o wytrwanie w powołaniu, a o dobrą żonę. W pracy, w sposób cudowny, zostałem ocalony od śmiertelne go wypadku. Mimo to kieliszek górował ponad wszystkim. W wojsku różnie bywało, "raz na wozie, raz pod wozem", ale nigdy nie opuściłem modlitwy Pod Twoją obronę uciekamy się... Nosiłem też zawsze przy sobie własnoręcznie zrobiony różaniec. Nigdy się z nim nie rozstawałem.

Kilka tygodni przed odejściem do cywila raz miałem trochę czasu i dla wypełnienia go odmówiłem różaniec. Wpłynął na mnie dodatnio, tak że zacząłem zastanawiać się nad sobą, co ja z siebie zrobiłem, gdzie jest moje człowieczeństwo. Serdeczny żal mnie ogarnął. Nie mogłem powstrzymać się od płaczu. Maryjo - wołałem - okaż się mą Matką. Co mam robić po wyjściu z wojska, bo przecież tam na mnie czeka moja ulubiona praca i dziewczyna. W czasie tego wewnętrznego bólu na krótko zasnąłem na łóżku. Trwało to około dwóch minut. W czasie tego snu widziałem siebie jako kapłana przy ołtarzu i przebywającego wśród duchowieństwa. Od tego momentu zmieniłem się całkowicie. Zerwałem z alkoholem i z wszelkim złem. Nie wątpiłem już o swojej przyszłości. Gorąco i serdecznie dziękowałem Maryi za ten znak. Po wyjściu z wojska krótko jeszcze pracowałem zawodowo i wnet wstąpiłem do seminarium zakonnego. Czułem się jak nowo narodzony człowiek, którego Maryja mimo wszystko kochała. Dzisiaj już jako kilkunastoletni kapłan od dłuższego czasu nie przestaję nigdy dziękować Maryi za dar kapłańskiego powołania. To Ona, w tych burzliwych i złych mych latach, skierowała mnie na swoją drogę. Mam wobec Niej do spłacenia wielki dług wdzięczności. Całe dalsze moje życie kapłańskie należy całkowicie do Niej.

Grafika tytułowa