Matka Boża w moim życiu (22)

We wrześniu skończę 42 lata. Zacznę jednak od wspomnień najdawniejszych, jakie zachowały się w mojej pamięci, bo one też mówią o miejscu Matki Bożej w moim życiu.

Gdy miałam około sześć lat, otrzymałam stłuczoną figurkę Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku. Stroiłam ją kwiatami, śpiewałam i rozmawiałam godzinami z moją umiłowaną Panią. Kiedyś młodsza o pięć lat siostrzyczka zapragnęła bawić się moim skarbem. Zabawa skończyła się tak nieszczęśliwie, że stłukłyśmy figurkę do reszty. Została nietknięta tylko główka - bardzo piękna - Matki Bożej. Bojąc się, by mi jej nie zabrano, zakopałam ją do ziemi. Odnalazła ją dopiero ubiegłego roku 5-letnia brataniczka. Obecnie znajduje się ta główka w moim mieszkaniu. Oby Matka Boża zawsze już pozostała z nami w sercach trójki moich dzieci, męża i moim własnym, a nie zawsze tak było.

Ile łask zawdzięczam Maryi, osądzą sami Czytelnicy, gdy opiszę małą tylko ich część.

Gdy miałam 14 lat opuściłam dom rodzinny. Maryja była mi wtedy pociechą w chwilach tęsknoty. Z czasem jednak przestałam się modlić i zaniechałam praktyk religijnych. Jedno co mi pozostało - to szacunek dla Matki Bożej.

Przez 10 lat mieszkałam u lekarza, który dzień w dzień, nie wyłączając niedziel, zabijał nienarodzone dzieci. Dziwię się dziś, że tak daleko odeszłam od Boga, iż to mnie nie przerażało. Za pomoc w domu miałam zapewnione mieszkanie, wyżywienie, wszelkie wygody, wyjazdy, wycieczki. Oprócz tego miałam inną pracę. Zarobione pieniądze wydawałam na zabawy. Uroda, zdrowie, młodość przysłoniły mi to, co najważniejsze. Na Boga nie było miejsca. Brnęłam w coraz większe grzechy. Dwukrotnie usiłowałam odebrać sobie życie. Tylko Miłosierdziu Bożemu i wstawiennictwu Niepokalanej zawdzięczam, że żyję sama i moje dzieci.

Mając 24 lata zakochałam się i to naprawdę, bo dotychczas igrałam z uczuciami, za co też poniosłam zasłużoną karę, bo musiałam czekać 7 lat na ślub kościelny, którego wcześniej sama nie chciałam, nie mając własnego mieszkania. Maryja nie opuszczała mnie jednak, przychodziła z pomocą, nawet wówczas, gdy się zwracałam do Niej jednym tylko wezwaniem, jednym westchnieniem.

31 maja 1967 r. chciałam się pozbyć mojego dziecka. Lekarz, do którego przyszłam w tym celu, był wierzącym katolikiem. Gdy mu przedstawiłam, o co mi chodzi, odrzekł: "Matka Boża nie wybaczyłaby mi tego. Nie zrobię tego! Może pani kiedyś mi podziękuje" - zawołał za mną. Nie zrezygnowałam z zamiaru pozbycia się dziecka. Skoro nie chciał jeden lekarz, wybraliśmy się z mężem do innego. Mąż wybrał drogę obok kościoła, z którego akurat wychodziła procesja eucharystyczna. Uklękliśmy. Do kościoła nie weszliśmy, ale pozostaliśmy do końca nabożeństwa. W pewnej chwili wzrokiem spotkałam się z Chrystusem ukrytym w hostii. To wystarczyło. W moim sercu zaszła zmiana. Nie stracę dziecka. Trzeciego grudnia urodziłam syna.

W 1980 roku przeszedł on operację kolana. Operacja miała też niezwykły przebieg. Przed operacją syn zwrócił się do Matki Bożej, zaufał Jej. Rezultat był taki, że w 4 dni po operacji wrócił do domu, a w 15 dni wybrał się pieszo do babci (7 km). Syn biega, jeździ na rowerze, nawet blizna mało widoczna.

Drugi raz doznałam pomocy Matki Najświętszej, gdy staraliśmy się o mieszkanie. Znalazłam się przypadkowo w Mogile koło [121]Krakowa. Tym razem sama zwróciłam się do Maryi, zawierzyłam Jej. W kilka dni później przydzielono nam mieszkanie.

Córka moja na obozie harcerskim zdobyła pierwszą nagrodę w jeździe na łyżwach, choć była najmłodszą uczestniczką imprezy. W kilka minut później straciła przytomność, zapewne w wyniku doznanego wstrząsu w wypadku. Szpitalne badania nie umiały wykryć przyczyny. Przypadki utraty przytomności powtarzały się. Stan samopoczucia dziecka zaczął się stopniowo poprawiać dopiero od dnia, gdy w jej intencji odprawiła się Msza św. na Jasnej Górze. Ostatecznie dziewczynka powróciła do zupełnego zdrowia.

Nie umiem sama pojęć, dlaczego mimo wielu jawnych łask (uratowanie dwojga dzieci, otrzymanie mieszkania) bałam się przyjścia trzeciego dziecka. Przerażała mnie perspektywa zrezygnowania z pracy, ciasnota w mieszkaniu, niewygoda, brak środków na wyżywienie, narażenie się modzie (jak to iść z trójką, dwoje to jeszcze, ale więcej?)...

I znowu znalazłam się w szpitalu, na życzenie męża. Spóźniłam się na wyznaczoną godzinę, więc pozostałam do następnego dnia. Zaciekawiła mnie jedna z pacjentek: młoda, piękna, miała może 20 lat. Podeszłam do niej. Zauważyłam, że odmawiała różaniec. Zaczęłyśmy rozmowę. Była matką dwojga dzieci. Po cesarskim cięciu urodziła drugie. Teraz, choć zdawała sobie sprawę, że czeka ją cesarka, nie zgodziła się na usunięcie dziecka. Spod bandaży wyciekała ropa, a ona znosiła wszystko cierpliwie i modliła się. Ze wstydem wyznałam jej cel mojego pobytu w szpitalu. Obiecała, że tej nocy będzie modlić się za mnie.

Usnęłam twardo. W nocy śniła mi się Matka Boska Częstochowska. Zanim przyszła ranna zmiana, wymknęłam się z sali. Przy drzwiach wejściowych stał mąż blady jak płótno. Miałem straszne sny - mówił - co za szczęście, żeś tego nie zrobiła. Wracaj do domu! Widząc czekające kobiety, zaczęłam im odradzać, by nie robiły tego. Szydziły ze mnie: głupia. Poddawano je pierwszemu badaniu, by stwierdzić stan zaawansowania cięży. Badania przeprowadzał profesor i grupa studentów. Prosiłam, by mnie badali delikatnie, bo ja chcę dziecko urodzić. Profesor dał mnie za przykład: "Tak powinna postąpić każda Polka".

Zosia miała się urodzić w styczniu 1973 r., ale urodziła się wcześniej, w samą wigilię tuż przed północą; cieszyłam się z podwójnego narodzenia.

W cztery miesiące później, podczas nieobecności męża i starszych dzieci, nagle zasłabłam: miałam uczucie nadciągającej śmierci. Jedyną moją myślą było: wyspowiadać się. Czułam, że do kościoła sama nie zajdę. Dziecko cięgle płakało. Bałam się zostawić je samo. Poprosiłam sąsiadkę. W domu przygotowałam list do męża. Sąsiadka widząc, że naprawdę jest źle, zaprowadziła mnie do szpitala (był niedaleko). Zabrałam ze sobą gromnicę z wizerunkiem Matki Bożej depczącej węża. Dyżurny lekarz, widząc mnie z takim rynsztunkiem i słysząc, że całkiem przytomnie i rzeczowo podaję swoje dane oraz stan samopoczucia, dziwił się. Gromnicę wzięłam - wyjaśniam - bo bardziej mi ona jest potrzebna niż lekarze, a naprawdę to potrzebuję księdza. Nie myliłam się; 15 minut później straciłam przytomność. Nie umarłam, chociaż gromnica okazała się bardzo potrzebna; tej nocy podawano ją kolejno trzem konającym.

30 maja wróciłam do domu, ale tak osłabiona, że nie mogłam wziąć na ręce dziecka. Popadłam w rozpacz. Opatrzność czuwała: przyjechała moja siostra i do swojej trójki dzieci zabrała i moje. Nie mogła się jednak zajmować dziećmi, bo miała gospodarstwo. Dobry Bóg i na to znalazł radę: Na urlop przyjechała znajoma pielęgniarka. Ona cały czas urlopu poświęciła dzieciom, i to bezpłatnie.

Jestem szczęśliwa, że mogę chować trójkę ocalonych dzieci; żałuję, że nie wszystkie ocalały. Dziewczynki uczę się dobrze. Z synem nie mam kłopotów. Cichym marzeniem moim jest, by został kapłanem, ale to jest sprawa Boga.

Grafika tytułowa