Matka Boża w moim życiu (21)

Którejś nocy 1950 r. mój kilkumiesięczny synek konał w moich ramionach. Wtedy uklękłam z nim przed obrazem Matki Bożej i prosiłam: "Matko Najświętsza, ratuj!". Przyrzekłam, że - jeśli wyzdrowieje - wychowam go na kapłana. W pewnej chwili mój synek zaczął, jak mi się wydawało, bez przerwy wpatrywać się w obraz Maryi. Modliłam się długo i żarliwie. Rano lekarz stwierdził obustronne zapalenie płuc, ale dziecko powoli wracało do zdrowia. Rosło i rozwijało się prawidłowo.

Później wielokrotnie prosiłam Matkę Bożą ofiarowując w zamian własne cierpienie. Kiedyś doznałam krzywdy od ludzi i bardzo głęboko to przeżywałam. Być może pod wpływem tego stanu powiedziałam wówczas to, co nie powinnam była powiedzieć. Stało się to tak...

Był to rok 1964, syn kończył akurat szkołę podstawową i któregoś dnia powiedział do mnie: "Mamo, chcesz, żebym był księdzem, ale czy ja poradzę?..." - i patrzył na mnie pytająco. Zaskoczyły mnie jego słowa. Byłam załamana oszczerstwem, jakie niedawno mnie spotkało i dlatego pomyślałam: "Rzeczywiście, nie jestem godna, by mój syn został kapłanem... niech idą godni...". I głośno powiedziałam do dziecka niemal mściwe słowa: "Nie dasz rady, my też nie damy rady...". Nic nie powiedział. Później poszedł bez słowa do szkoły, jaką mu wybraliśmy, ale od szesnastego roku życia zmienił się... Już nie służył do Mszy, przestał chodzić na religię, w niedzielę wychodził do kościoła, ale na Mszy go nie było... Zmienił się bardzo, choć pozostał dobrym chłopcem. Gdy wrócił z wojska, jeszcze bardziej oddalił się od Boga.

Dopiero wtedy zrozumiałam, że winna jestem ja. To ja nie dotrzymałam przyrzeczenia Matce Bożej. Ministranci, klerycy, młodzi księża przypominali mi moją winę, patrzyłam na nich przez łzy. Ciągle słyszałam słowa syna i moje NIE!

Syn ożenił się, jest dobrym mężem, lecz nie chciał ślubu kościelnego, dziecka nie chciał ochrzcić. Prosiłam go, lecz grzecznie mnie zbywał. A mnie dręczyła myśl, że odszedł od Pana Boga przeze mnie. Modliłam się wytrwale i wierzyłam, że kiedyś się nawróci. Sama chciałam przebaczenia dla siebie. Błagałam też św. Maksymiliana o wstawiennictwo. Modliłam się przed cudownym wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, prosiłam o Mszę na Jasnej Górze w mojej i syna intencji. I teraz już opisuję ze łzami szczęścia; w październiku 1983 r. odbył się i ślub, i chrzest.

Przez "Rycerza Niepokalanej" pragnę wyznać swą winę i otrzymane przebaczenie. Dziękuję Bogu, Królowej Polski i św. Maksymilianowi za wstawiennictwo. Będę teraz prosić, by synowi wróciła wiara z lat dziecięcych...

Grafika tytułowa