Matka Boża w moim życiu (20)

Kiedy po raz pierwszy na szpaltach "Rycerza Niepokalanej" ukazał się artykuł pod powyższym tytułem, pomyślałam: "I ja miałabym o czym napisać". Od tej pory ta myśl nie dawała mi spokoju.

Jestem zakonnicą w Zgromadzeniu franciszkańskim. Moje powołanie jest bardzo związane z osobą Matki Bożej, dlatego pragnę o tym kilka słów napisać. Poczytuję sobie tę okoliczność za szczęście, że mogę Maryi choć w ten sposób podziękować za opiekę, dając publiczne świadectwo.

Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Wychowanie otrzymałam religijne. W rodzinie naszej bardzo była czczona Matka Boża. Od dziecka pamiętam, jak na naczelnym miejscu wisiała Czarna Madonna z Częstochowy, którą Mamusia otrzymała jako ślubne "wiano" od babci. Kiedy wybuchła druga wojna światowa i wielu Polaków wywożono do lagrów niemieckich, wtedy rodzina nasza doznała widocznej opieki Matki Bożej, co stwierdzają naoczni świadkowie, wśród których znajdował się miejscowy kapłan. Do dziś jest dla nas wszystkich zagadką, jak to się mogło stać: - byliśmy na liście do wyjazdu. Sprawdzano kilkakrotnie. Rzeczy nasze Niemcy wrzucili już do auta, a młodszy brat trzymał na boku ów "rodzinny skarb" - obraz Matki Bożej - gdyż Niemcy, widocznie katolicy, mieli go na końcu włożyć do wozu, "by się nie rozbił" - jak mówili. Tymczasem ktoś daje znać, że naszego nazwiska nie ma na liście do lagrów. Chwilowa konsternacja i niemieckie "raus" z machnięciem ręki. Słyszę to i widzę do dziś po tylu latach...

Zostaliśmy w Polsce, choć przesiedlano nas przez cały czas okupacji co zimę do innego domu, a w naszym zamieszkał osadnik niemiecki. Nie było nam łatwo. Rok przed zakończeniem wojny światowej tatuś znalazł się w najcięższym obozie politycznym, gdy mamusia była po raz siódmy w ciąży. Tatuś nie wrócił. Przedtem umarło dwoje najmłodszych dzieci. W czasie działań wojennych, nalotów bombowych itp. przeżyć frontowych uciekaliśmy w lasy, do schronów i do piwnic: mama z dwojgiem dzieci, a ja, najstarsza, z drugą dwójką...

Pod opieką Matki Bożej przeżyliśmy wojnę szczęśliwie, powróciliśmy do ścian pustych, ale do swoich. Bohaterska mama poświęciła się całkowicie wychowaniu swojej piątki. Tylko silna wiara mogła podsuwać tej samotnej kobiecie sposoby zdobywania dla nas chleba codziennego. Nie wyszła powtórnie za mąż, choć byli chętni - zrobiła to dla nas. Życie jej nie oszczędzało. Mimo to chciała każdemu z nas dać zawód do ręki.

W tym czasie ja osiągnęłam pełnoletność. Przyznałam się mamusi, że Bóg od dłuższego czasu wzywa mnie na swoją służbę. Jako dobra katoliczka ucieszyła się. Była oczytana, gdyż mieliśmy przed wojną wielką - jak na owe czasy - bibliotekę dobrych dzieł w domu. Zaczęła mi więc tłumaczyć, że to nie ja Bogu zrobię łaskę, ale On mnie wielką łaskę wyświadcza. I wtedy wyznała z pokorą, że gdy mnie nosiła pod swoim sercem, odbyła pielgrzymkę na Jasną Górę i tam z wdzięczności, że po trzech latach leczenia może mieć dzieci, ofiarowała mnie przez ręce Matki Bożej na służbę Bogu.

Gdy jednak zbliżał się czas mego odejścia, tak przeżywała mamusia utratę swej najstarszej córki, że robiła mi trudności nie do opisania. Po prostu nie poznawałam swojej mamy. Że ja się wówczas nie załamałam zupełnie, a mężnie trwałam przy swoim postanowieniu, zawdzięczam tylko i jedynie Matce Bożej, przed której obrazem klęczałam nieraz długie godziny w nocy, błagając o siłę i pomoc.

Dziś mamusia jest bardzo szczęśliwa. Dała jeszcze później Bogu w ofierze drugą córkę, a On pomógł jej wychować resztę dzieci. Teraz ufamy bardzo Maryi, że jeszcze wyprosi kiedyś u Syna wielką łaskę nawrócenia dla brata. Jako dziecko kochał bardzo Niepokalaną. Dla Niej stał się zakonnikiem, był blisko związany z dziełem św. Maksymiliana, a usunięty z Zakonu - jak twierdzi, niesłusznie załamał się zupełnie i odszedł od Boga. To jest nasz wielki ból w rodzinie, a łagodzi go tylko wielka ufność do Maryi.

Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o takim prostym i na pozór banalnym wydarzeniu, jakim jest sen, ale ten najzwyklejszy sen zaważył bardzo na moim życiu. Kiedy byłam w nowicjacie, a więc u początków życia zakonnego, śniło mi się, że rozmawiałam z Panem Jezusem jako człowiekiem Naraz widzę, że na Polskę sunie jakaś nawałnica, jakiś olbrzymi niby lodowiec. Czuję, że grozi Ojczyźnie zagłada. Z wielkim przejęciem i trwogą zwracam się do Chrystusa i mówię: Panie, nie widzisz, co się dzieje? Ratuj nas, ratuj Polskę! A wtedy Pan Jezus spokojnie odpowiedział: Macie moją Matkę, to wystarczy. Do Niej się módlcie, Ona was uchroni od zguby.

To był tylko najzwyczajniejszy sen, ale przez całe 33 lata słowa Chrystusa brzmią mi w uszach i wierzę bardzo mocno, że opieka Matki Bożej uchroni naszą Ojczyznę od wszystkiego, co jej grozi, a zwłaszcza w ostatnich latach... Ona na pewno zwycięży! Byśmy Jej tylko gorąco ufali i czynili, co nam każe Jej Syn.