Byłam jeszcze dzieckiem, gdy moja matka zapisała całą rodzinę do MI w Niepokalanowie. Mieliśmy swoje dyplomiki i nosiliśmy medaliki Niepokalanej. Mama otrzymywała co miesiąc "Rycerza", a my dzieci "Rycerzyka Niepokalanej". Zawsze czekałam z utęsknieniem na każdy numer " Rycerzyka". Czytałam go od pierwszej do ostatniej strony. Wspólny codzienny pacierz i różaniec coraz bardziej łączył nas z Matką Bożą.
Gdy brat mój miał 9 lat - było to w roku 1933 - zachorował bardzo ciężko na obustronne zapalenie płuc. Lekarz bywał w naszym domu codziennie. Stan chorego pogarszał się z dnia na dzień. Pewnego dnia lekarz orzekł, że już więcej nie przyjdzie, że już nic więcej uczynić nie może, a jedyna nadzieja w Bogu. Pamiętam moją matkę zmartwioną i zbolałą, ale jakże spokojną i skupioną. Wieczorem przy wspólnym pacierzu podała braciszkowi mojemu cudowną wodę z Lourdes. Całą noc przeklęczała przy łóżku chorego. Nastał ranek. Promienie słońca zawitały w nasz dom. Podczas śniadania brat usiadł na łóżku i poprosił o jedzenie. Po kilku dniach, gdy lekarz dowiedział się, że chory żyje, przyjechał do nas, wziął go na kolana i wyrzekł te słowa: "Bóg tylko ciebie uzdrowił, chłopcze". Był to starszy, sędziwy pan. Matka Boża nie zawiodła, wysłuchała prośby modlącej się matki, a brat żyje do dnia dzisiejszego.
Gdy wybuchła wojna i nastała okupacja hitlerowska, podczas jednej z łapanek zostałam zabrana i wywieziona jako 14-letnia dziewczynka w głąb Niemiec na przymusowe roboty. Był to dzień 3 Maja, święto naszej Królowej, gdy transport ruszał z dworca bydgoskiego. Ze zbolałych serc wywożonych dzieci i osób dorosłych uniósł się śpiew "Pod Twą obronę, Ojcze na niebie". Był to śpiew - łkanie. Tam na dworcu widziałam ostatni raz moją matkę.
Za pół roku, w nocy z dnia 5 na 6 grudnia 1940 roku śniło mi się, że klęczałam przed dużym obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy i bardzo płakałam, wymawiając te słowa: "Tyś jedna została, do której będę się mogła uciec". W szlochu zbudziłam się, a twarz moja cała była we łzach. Jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że moja matka zmarła, że umierając poleciła mnie Matce Bożej Nieustającej Pomocy. Serce moje było bardzo niespokojne i czegoś wyczekiwało, a jednocześnie bałam się tej wiadomości, która może nadejść. Po południu tego dnia zawiadomiono mnie, bym odebrała telegram z poczty. Telegram potwierdził moje złe przeczucia. Był to dzień 6 grudnia 1940 r. przed świętem Niepokalanej, w którym moja matka zasnęła w Bogu, pogrzeb odbył się 9 grudnia. Niemcy nie pozwolili mi pojechać na pogrzeb. Serce matki nie wytrzymało tego, że jej dziecko zostało oderwane i wywiezione daleko na obczyznę. Odchodząc, dała swemu dziecku Matkę Niebieską, do której wpoiła miłość od najmłodszych lat.
Gdy Niemcy wywozili mnie, dostałam od mamy różaniec, który po mojej prababci był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Dając mi go powiedziała: "Pamiętaj, dziecko, żeby nie zardzewiał". Różaniec nie zardzewiał. Odmawiany codziennie dał mi siłę do przetrwania pięciu okrutnych lat niewoli hitlerowskiej. Do Ojczyzny wróciłam również 3 Maja, w dzień naszej Królowej. Różaniec mój przyprowadził mnie szczęśliwie do domu i na mogiłę mojej kochanej matki.
Z jaką wdzięcznością i radością powitałam pierwszy egzemplarz "Rycerza Niepokalanej"! Z wielką ufnością będę prosiła św. Maksymiliana Kolbego, aby nastąpił dzień, kiedy zawita "Rycerzyk Niepokalanej", by w małych serduszkach wzniecać od pierwszych chwil miłość ku Niepokalanej.
