Matka Boża w moim życiu (15)

Niezgłębione jest Miłosierdzie Boże, a Jego drogi, po których prowadzi ludzi do pełni człowieczeństwa, są cudowne.

Urodziłam się w średnio zamożnej rodzinie chłopskiej. W dziewiątym roku mego życia śmierć zabrała nagle ojca, który w wychowywaniu dzieci odgrywał decydującą rolę. Było nas pięcioro rodzeństwa w wieku od czternastu lat do dziewięciu miesięcy. Ponieważ matka nie umiała zaopiekować się pięciorgiem dzieci, ich wychowaniem zajęła się siostra mamy - osoba samotna, tercjarka, gorąca czcicielka Matki Bożej i św. Franciszka z Asyżu. Ona uczyła nas prawd wiary, żarliwej modlitwy i umiłowania Matki Najświętszej. Przed każdym świętem maryjnym, przed uroczystością św. Józefa i św. Franciszka odprawialiśmy nowennę. W naszym domu gromadzili się na modlitwy majowe sąsiedzi, z którymi śpiewaliśmy litanię loretańską i pieśni maryjne. W październiku odmawialiśmy różaniec. Ciocia włączyła starsze rodzeństwo do Żywego Różańca. Po dwuletnim wdowieństwie moja matka powtórnie wyszła za mąż. Ojczym pochodził wprawdzie z rodziny wierzącej, ale miał obojętny, a niekiedy wręcz lekceważący stosunek do naszej postawy religijnej. Z czasem ograniczył "wtrącanie się cioci w wychowanie pasierbów". Dziewczętami zaopiekowała się druga siostra, odznaczająca się wielką zaradnością życiową, energią i pewnością siebie. Kontynuowała ona dzieło cioci, wychowując nas w tym duchu, jaki był właściwy pierwszej opiekunce. Ten duch pozostał w nas na zawsze.

W piątym roku życia uległam nieszczęśliwemu wypadkowi. Boleśnie się oparzyłam na lewej części ciała, z wyjątkiem twarzy. Cztery moje siostry pod przewodnictwem cioci codziennie z płaczem klękały przed obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy i modliły się o cud uzdrowienia. Wielu twierdziło, że cud nie nastąpi, a jednak... żyję do dnia dzisiejszego. Jeszcze teraz widzę oczyma wyobraźni tę scenę, gdy gromadka dzieci wraz ze starszą osobą głośno wypowiada błagalne wezwania do Matki Najświętszej. Wypadek miał miejsce w uroczystość Przemienienia Pańskiego, a już we wspomnienie liturgiczne Matki Bożej Różańcowej miałam siłę biegać, chociaż byłam jeszcze lekko obandażowana. To był pierwszy cud Miłosierdzia Bożego, dokonany za pośrednictwem Maryi. Zespolił on naszą gromadkę pod Jej płaszczem. Gdy ciocia umarła, los naszej rodzinki powierzyliśmy Maryi. Piętrzące się trudności zbliżały nas do Niej.

Każda z dziewcząt pragnęła osiągnąć jakiś szczytny cel. Ja chciałam zdobyć studia i poświęcić swoje życie jako nauczycielka lub wychowawczyni sierot dzieci najbiedniejszych. Mając jednak na względzie warunki i sytuację rodzinną, w której się wychowywałam, ten cel był nieosiągalny. Nie było żadnych widoków nawet na kontynuowanie nauki w szkole podstawowej. I znów, podobnie jak przed laty, gromadka już nieco starszych dzieci gromadziła się przed tym samym obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy i błagała o zmiłowanie. Mimo usilnych modlitw cud nie nastąpił. Byliśmy bliscy załamania duchowego. Wreszcie ostatni zryw - i małoletnia "Magdalena" znalazła się u krat konfesjonału w dzień Przemienienia Pańskiego (6 VIII). Tu spotkałam kapłana, który zainteresował się moim losem. Za zgodą mojej matki stworzył on warunki do nauki w innym mieście. W ten sposób mogłam osiągnąć swój upragniony cel. Było to drugie znamienne wejrzenie Maryi na naszą rodzinę. W późniejszym [288]moim życiu tych wejrzeń i spotkań z Maryją było znacznie więcej. Cudowne drogi Miłosierdzia Bożego, po których Bóg prowadzi za pośrednictwem Maryi, są tak jasne, pewne i niezawodne, że byłoby niewdzięcznością z mojej strony o nich milczeć. Przytoczyłam tylko te dwa fakty ze swojego życia ku pokrzepieniu tych, którzy są przytłoczeni nadmiarem bolesnych przeżyć, pogrążeni w rozpaczy, zagubieni w wirze codziennego życia. Pragnę publicznie wyrazić swą wdzięczność Bogu za Jego Miłosierdzie, Matce Najświętszej za Jej interwencję i pomoc we wszystkich trudnościach, dobrym ludziom, którzy kierowani natchnieniem Bożym ułatwili mi start życiowy. "Niech Miłosierdzie Boże na wieki sławione będzie".