Matka Boska Oświęcimska

Figurkę Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia wyrzeźbił w obozie oświęcimskim Bolesław Kupiec, góral z Poronina. Miał wtedy 26 lat, skończył Państwową Szkolę Przemysłu Drzewnego w Zakopanem i specjalizował się w rzeźbie: Był w tym kierunku szczególnie uzdolniony. Jego kolegą w szkole był znany rzeźbiarz, Antoni Kenar. 17 stycznia 1940 roku został ujęty w swym rodzinnym domu przez gestapo i po bestialskim śledztwie wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, jako więzień polityczny, nr oboz. 792.

Razem z nim zabrany był najmłodszy brat, Antoni. Karola i Władysława ujęto gestapo na drugi dzień, a Józefa i Jana na trzeci. W domu pozostali sami skatowani w czasie rewizji rodzice. Synowie wykazali niezwykły hart w czasie śledztwa, a w obozie odznaczali się szczególną dobrocią charakteru, spiesząc z pomocą słabszym więźniom, nawet w tamtejszych nieludzkich warunkach. Na wolności, od początku okupacji, stawili się do służby w dywersyjnej organizacji podziemnej, a w obozie byli członkami tworzącego się tam ruchu oporu.

Bolesław, fizycznie najsłabszy z braci, odznaczał się szczególną wrażliwością. Figurka, którą wyrzeźbił w oświęcimskim piekle, jest wyrazem jego ucieczki od tamtejszej strasznej rzeczywistości w świat Piękna i Dobra. Twarz Matki Boskiej jest skupiona i smutna, Jej płaszcz z kapturem na plecach przypomina opończę, przepasana jest góralską krajką, a wieńcząca Jej głowę gwiaździsta korona wyrzeźbiona jest w motywy góralskie. Skośne fałdy Jej szaty znamionują ruch i są typowe dla nowych prądów rzeźbiarskich lat trzydziestych, których zwolennikiem był Antoni Kenar.

Z dłoni Matki Boskiej spływają promienne łaski, wkomponowane w fałdy płaszcza.

W początku listopada 1940 r. Niemcy urządzili w Oświęcimiu dużą stolarnię, z wydzielonym oddziałem rzeźbiarskim w oddzielnym baraku. W stolarni od samego początku pracował Władysław Kupiec. Był jednym z organizatorów pierwszych "piątek", będących zalążkiem obozowego ruchu oporu. Pierwsze grypsy przenosili poza druty w tzw. "klockach" cywilni robotnicy zatrudnieni przy rozbudowie obozu. "Klocki" były płaskie, miały około 30 cm długości i 15 cm szerokości, w kształcie dwóch wydrążonych w środku deszczułek. Gestapo kontrolowało na bramie wychodzących robotników, więc przenoszenie ich wiązało się z wielkim ryzykiem. W stolarni pracował również m.in. późniejszy ks. bp Kozłowiecki, którym więźniowie troskliwie opiekowali się i starając się go osłonić, wykonywali nieraz za niego robotę, o której oczywiście nie miał pojęcia._ Równie troskliwie dbali o mistrza Ksawerego Dunikowskiego. Według relacji współwięźniów, w tej "akcji życzliwej pomocy" wyróżniali się bracia Kupcowie.

Dwaj młodsi bracia Kupcowie - Bolesław i Antoni - pracowali w rzeźbiarni. Bolesław był rzeźbiarzem figuralnym, dwudziestoletni Antoni ukończył Państwową Szkołę Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Krakowie. W rzeźbiarni i stolarni pracowało łącznie przeszło 60 więźniów.

Gestapowcy z kierownictwa obozu zlecali więźniom wykonywanie artystycznych pamiątek, co przedłużało im życie, gdyż dzięki temu pracowali pod dachem, w znośniejszych warunkach. Było wśród nich wielu Podhalan, gdyż górale są w tym kierunku szczególnie uzdolnieni i przekazują tę sztukę następnym pokoleniom.

Oczywiście po pracy więźniowie wracali do ogólnych baraków i brali udział w znanych, morderczych apelach. Ich bezpośrednim dozorcą w rzeźbiarni był Niemiec, oberkapo Balke. Wszelkie przewinienia były karane chłostą, {45} wykrycie "zbrodni" groziło egzekucją. "Zbrodnią" było niewątpliwie wyrzeźbienie figurki Matki Boskiej i ukrywanie grypsów w klockach, które w późniejszym etapie wynosiło za druty Arbeitskommando, idąc do pracy na zewnątrz obozu i wyrzucało w umówionych miejscach. Podnosiły je łączniczki AK i przekazywały na plebanię, skąd wiadomości obozowe wysyłane były, przez Kraków, do naczelnego dowództwa AK. Tak wyglądała pierwsza łączność obozu z wolnym światem.

Figurka Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia miała specjalne zadanie. Bolesław Kupiec wyrzeźbił ją z lipowego klocka, wydrążył i zamknął mahoniowym kołeczkiem. Włożony do środka gryps również miał specjalną treść. Na jednej stronie Bolesław napisał:

"Tę karteczkę powierzam w opiekę Matce Boskiej i niech nas nadal ma w swojej opiece", a z drugiej strony kartki:

"Prosimy o pomoc dla naszych rodziców, którzy pozostali bez opieki, gdyż sześciu synów jest zamkniętych od 17 I 1940 r. Tę figurkę wykonał jeden z tych synów. Adres: Kupcowie, Poronin k. Zakopanego, ul. Kasprowicza 7".

Bolesław Kupiec przetrwał w kaźni oświęcimskiej do października 1941 r., po czym wskutek następnego podłego donosu zostało wznowione śledztwo przeciwko sześciu braciom Kupcom.

Przewieziony do gestapowskiego śledczego, Bolesław bohatersko wziął ciężar winy na siebie. Jako dowód służyć może gryps, który napisał w tym czasie do potajemnie opiekującej się nim znajomej: "...niech Bóg wam wynagrodzi za to. Głodny już teraz nie jestem, nawet mnie dużo przybyło i siły nabieram na nowe bicie. Ale trudno, taki los mój. Dziękuję za pociechę - ale niestety koniec się zbliża i tylko koniec wojny może wyratować nas. Otóż ja całą winę wezmę na siebie i będę chciał Władka ratować, tak samo w domu niech wszystko robią, żeby Władek wyszedł na wolność, gdyż on tak pragnie żyć i ma dla kogo żyć. A ja życie miałem bardzo fatalne... a śmierć to będzie koniec mojemu cierpieniu. A mojej śmierci nie będzie się musiał nikt wstydzić... Mam jedno jeszcze pragnienie ucałować matuli rączki i proszę Ją, żeby przebaczyła mnie, że na takim skrawku, ale warunki więzienne... Serdeczne pozdrowienia ślę Wam i Matuli Waszej, moją Matulę całuję i familię pozdrawiam Bolek".

Wątły, wrażliwy Bolesław Kupiec przeszedł straszliwe tortury i zmarł, zakatowany w śledztwie, 4 marca 1942 roku. Karol Kupiec został rozstrzelany w Oświęcimiu 10 lipca 1942. Józef Kupiec zginął na morzu koło Lubeki, w katastrofie zbombardowanego statku "Cap Arcona" 5 V 1945. Przeżyli trzej bracia - Władysław, Józef i Antoni.

W obozie figurkę Matki Boskiej zamykał kołeczkiem brat Władysław, pracujący w stolami. Niemcy dobrze wyposażyli stolarnię i rzeźbiarnię sprzętem i narzędziami zrabowanymi z warsztatów O[jców] Salezjanów w Zakopanem. Można więc było figurkę wypolerować i pociągnąć pokostem.

Zaraz po wyswobodzeniu bracia Kupcowie nawiązali kontakt z muzeum w Oświęcimiu. Dowiedzieli się tam, że wszystkie grypsy wysyłane przez nich w klockach dotarły do miejsca przeznaczenia. Nie odnalazła się tylko figurka Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia. Bracia szukali jej przez długie lata, bezskutecznie i dopiero w trzydzieści lat później, w dniu 3 grudnia 1971 r., figurka odnalazła się u ks. kanonika Władysława Grohsa, w Wieliczce.

Dawny kolega obozowy, Karol Świętorzecki, wstąpił do Władysława Kupca, jadąc z Zakopanego do Wieliczki. Wśród innych obozowych wspomnień Władysław nadmienił o figurce, tak drogiej dla nich pamiątce rodzinnej:

Najświętsza Panienka poszła za druty, ale nigdy się nie odnalazła - powiedział.

Karol Świętorzecki jechał wtedy do ks. kan. Grohsa ze swymi przyjaciółmi, Zofią i Romanem Sroczyńskimi, w innej sprawie związanej z Oświęcimiem.

W długiej rozmowie, już w Wieliczce, wspomniał o figurce. I wtedy nagle, po trzydziestu latach, odnalazła się Najświętsza Panienka. Okazało się, że łączniczki przyniosły ją księdzu Grohsowi, ówczesnemu wikaremu na plebanii w Oświęcimiu, który jednocześnie prowadził pośredni punkt kontaktowy między obozem {46} oświęcimskim i władzami AK w Krakowie. Ponieważ grypsy przerzucane były normalnie w z grubsza-. wykonanych klockach, ksiądz Grohs nie spodziewa! się, by taki gryps zawierała także artystycznie wyrzeźbiona figurka. Pozostawała na jego biurku do końca okupacji, mimo gestapowskiej rewizji na plebanii, i w końcu do aresztowania ks. Grohsa, który również znalazł się w Oświęcimiu.

W dniu 19 listopada 1971 roku, w obecności zebranych świadków oraz delegacji Muzeum Oświęcimskiego, Władysław Kupiec otworzył figurkę i usiłował odczytać tekst zawartej w niej kartki. Ze wzruszenia nie mógł tego dokonać i przyjaciele przyszli mu z pomocą.

Ks. kanonik Grohs tak gorąco przywiązał się do figurki, że nie oddał jej rodzinie Kupców. W swoim testamencie zapisał ją tworzącemu się muzeum bł. Ojca Maksymiliana Kolbego w Niepokalanowie. Może uczynił to pod wrażeniem podobieństwa ofiary życia, złożonej przez Bolesława Kupca, z ofiarą Ojca Kolbego.

W czasie Mszy św. koncelebrowanej przy prowizorycznym ołtarzu w Oświęcimiu-Brzezince w dniu 15 X 1972 r., w rok po beatyfikacji Ojca Kolbego, ks. Prymas Stefan kard. Wyszyński w okolicznościowym kazaniu - trzymając w ręku figurkę wyrzeźbioną przez Bolesława Kupca - wyjaśnił jej pochodzenie.

Rodzinie Kupców ciężko było rozstać się z tą rodzinną pamiątką. Najmłodszy brat, Antoni, chcąc uczcić pamięć i ofiarę brata, wyrzeźbił replikę figurki i w dniu 24 kwietnia 1980 r. jego żona, Zofia, wręczyła ją Ojcu Św[iętemu] na specjalnej audiencji w Watykanie. Antoni miał jednak bardzo niewyraźne zdjęcie figurki i wykonana przez niego replika niekorzystnie różni się od oryginału.

Niepowszednie dzieje figurki rozeszły się szeroko wśród ludności Podhala. Chociaż, zgodnie z testamentem śp. ks. kan. Władysława Grohsa, znajduje się w dalekim Niepokalanowie, nabożeństwo do Matki Boskiej Oświęcimskiej winno szerzyć się na Podhalu. W archiwach Niepokalanowa figurka jest zarejestrowana pod sygnaturą D-1123 816.

Rodzinny dom Władysława i Antoniego Kupców w Poroninie odwiedzają dawni więźniowie Oświęcimia. W ciężkich chwilach nabierają tu otuchy, zawsze spotykając się z pomocą i życzliwością.

Dziwnym zbiegiem okoliczności odnajdują się dalsi świadkowie hitlerowskich zbrodni w hotelu "Palaco" w Zakopanem. Po czterdziestu latach zawitała tu siostra Wencjana Władysława Rusek ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego. Siostra Wencjana przez całą okupację pracowała w szpitalu w Zakopanem, gdzie Niemcy przywozili zmasakrowanych torturami więźniów, żeby ich podleczyć przed dalszym śledztwem.

Siostra pomagała w ucieczkach żołnierzy AK ze szpitala i z całą serdecznością opiekowała się ofiarami gestapowskich śledztw. Zetknęła się tam z braćmi Kupcami i los sprawił, że odnaleźli się po czterdziestu latach. Ile taka serdeczna opieka znaczyła, świadczą słowa z grypsu Bolesława Kupca:

"...cieszę się, że jest jeszcze ktoś, kto się interesuje mną...".

Do Matki Bolesław zwraca się:

"...proszę Ją, żeby mi przebaczyła, że tyle cierpień ma przeze mnie i tyle nieszczęść. Ale poszedłem za głosem serca - kochać Ojczyznę".

Są to bardzo proste, zwykle słowa, ale są wyrazem góralskiej wierności dla Polski.

Grafika do art. Matka Boska Oświęcimska

[Rys. s. 46: Matka Boża "zza drutów".]