4 października [1987] r., na początku Synodu Biskupów poświęconemu miejscu katolików świeckich w Kościele i w świecie, Ojciec Święty ogłosił błogosławionym Marcelego Callo.
Jako młody drukarz, należący do harcerstwa i JOC (Chrześcijańska Młodzież Robotnicza), w roku 1943 został wywieziony z rodzinnego miasta Rennes do Niemiec na roboty przymusowe. Za działalność w Akcji Katolickiej znalazł się 19 kwietnia 1944 r. w więzieniu w Gotha. Stąd dostał się do obozu koncentracyjnego w Flossenburgu, a potem do Mauthausen, gdzie umarł z wyczerpania 19 marca 1945 r., w wieku 24 lat.
O stylu życia bł. Marcelego świadczy dobrze jego list z 6 lipca 1944 r., ostatni, jaki otrzymała rodzina. Na początku wyraża w nim swój ból, że od trzech miesięcy nie otrzymał od swoich żadnego listu, co spowodowało w jego życiu wielką próżnię.
"Na szczęście - pisze dalej - jest Przyjaciel, który nie opuszcza mnie ani na chwilę i który umie podtrzymać mnie w godzinach udręki i przygnębienia. Z Nim znosi się wszystko. Jakżeż dziękuję Chrystusowi za to, że wytyczył mi drogę, na której znajduję się obecnie. Jak wspaniałe dni mogę Mu zaofiarować! Jakże miła musi Mu być moja codzienna ofiara! Wszystkie swe cierpienia i trudności ofiaruję za Was, moi ukochani Rodzice, za swoją narzeczoną, za Jana (brata, księdza), aby jego posługa kapłańska była owocna; za wszystkich moich przyjaciół i towarzyszy. Tak, słodka to i krzepiąca rzecz cierpieć za tych, których się kocha".
W dalszym ciągu listu Marceli snuje swoje plany na przyszłość. "Co wieczór - wyznaje zanim zasnę, myślę o przyszłości. Robię przegląd swoich zalet i wad. Staram się stawać lepszym, zbliżając się coraz bardziej do Boga. Powoli przygotowuję i buduję to piękne gniazdo rodzinne, które założę, gdy wrócę. Co wieczór też myśl moja biegnie ku Francji. Jakżeż pragnę, aby była ona piękna i kwitnąca! Wraz z towarzyszami niedoli cierpię z powodu stanu, w jakim się obecnie znajduje. Odbudujemy ją i nadamy jej prawdziwy wygląd. Bóg, rodzina, ojczyzna, to trzy pojęcia, które się uzupełniają i których nigdy nie wolno oddzielać. Gdyby każdy budował i opierał się na tych trzech podstawach, wszystko by poszło dobrze".
Bł. Marceli żywił głębokie nabożeństwo do Eucharystii. Na robotach przymusowych, gdy tylko mógł, codziennie przyjmował Komunię św. "Co rano przed wyjściem - informuje mogłem uczestniczyć we Mszy św. i przyjmować Komunię św. Nie zaniedbałem się tu, więc wychodziłem w formie". "Od kilku tygodni zwierza się kiedy indziej - Chrystus każe mi dźwigać ciężkie krzyże. Ale tego ranka udzielił mi wielkiej łaski. Nie możecie sobie wyobrazić, jaka radość zalała moje serce w czasie Mszy św. i ile mi ona dała odwagi". Kiedy nawet w więzieniu w Gotha miał raz nieoczekiwaną okazję przyjęcia Komunii św., zapisał sobie w notesie: "Komunia. Radość przeogromna".
Mając głęboką wiarę i sam doświadczając siły sakramentalnej, apostołował wśród innych robotników. Oto fragmenty z jego listów: "Udało mi się namówić dwóch towarzyszy na Mszę św.... Dziś, 23 maja, dzięki moim zabiegom pewien 19-letni towarzysz spełnił swój obowiązek wielkanocny... Miło jest widzieć, jak w każdą niedzielę siedmiu lub ośmiu Francuzów zbliża się do Stołu Pańskiego".
Od dzieciństwa bł. Marceli kochał bardzo Niepokalaną. W jego parafii Matki Bożej Dobrej Nowiny w Rennes kwitło nabożeństwo maryjne. Modlitwa do Maryi, której nauczyła go matka, pomogła mu zachować delikatność serca. Bywało, że przechodząc przed kaplicą Matki Bożej i widząc drzwi otwarte, wstępował i odmawiał cały różaniec. Wieczorem czynił zawsze rachunek sumienia oraz odmawiał pacierz i różaniec, a przed zaśnięciem całował ze czcią medalik Niepokalanej, który nosił na szyi.
Papież Jan Paweł II przy beatyfikacji Marcelego Callo powiedział, że doszedł on do doskonałości ewangelicznej nie sam, ale z pomocą najpierw rodziny, a potem harcerstwa i JOC. "Karmiony modlitwą, sakramentami i świadomą akcją apostolską według pedagogii tych ruchów, budował Kościół wraz ze swymi braćmi, młodymi robotnikami chrześcijańskimi". Nie od razu osiągnął doskonałość. "Był pełen ta[376]lentów i dobrej woli, ale znał też długie walki z duchem świata, ze sobą, z ciężarem rzeczy i ludzi. Jednak, będąc w pełni otwarty na łaskę, pozwolił się stopniowo prowadzić Panu aż do męczeństwa". Świadek jego śmierci pułkownik Tibodo wyznał ze wzruszeniem, że w owej chwili "Marceli miał spojrzenie świętego".
Bł. Marceli, jak oświadczył Ojciec Święty, "na nowo przypomina nam wszystkim powszechne wezwanie do świętości: do świętości i młodości duchowej, której tak bardzo potrzebuje nasz świat zachodni, aby dalej głosić Ewangelię «w porę, czy nie w porę»" (2 Tm 4,2).
