Mała "Tajemnica Miłości"

W domu panuje spokój... ucicha plusk wody wpływającej do zmywalni, ostatnie talerze z cichym brzękiem ustawiam na półce... wszystko już na miejscu... koniec domowych obrządków. Odzywa się dziecięcy głos: Mamo, skończyłaś? To Jean-Marie przywołuje mnie z głębi mieszkania, ze swojego pokoju, gdzie więzi go jeszcze niegroźna zresztą grypa. Zabrał się właśnie do malowania swymi pędzelkami dzieła sztuki godnego jego siedmiu lat. - Tak, tak, skończyłam, już do ciebie idę. Biorę jeszcze jakąś sztukę ubrania do reperacji i oto już sadowię się przy nim. Mój mąż jest w biurze, Marie-Noelle w szkole, jesteśmy sami, najlepsza chwila do poufnej rozmowy.

Nagle on podnosi żywo główkę:

- Powiedz, mamusiu, teraz już nie płaczesz?

- Nie, kochanie. - Powiedz mi, mamo, prawda, Pan Bóg cię chyba rozpieszcza: dał ci takiego chłopaka jak ja i taką dziewczynkę jak Marie-Noelle! - Tak, kochanie, naprawdę można powiedzieć, że mnie rozpieszcza.

Pyzate policzki malca robią się jeszcze okrąglejsze w szerokim, błogim uśmiechu. Z nowym zapałem powraca do przerwanego malowania. Po chwili znowu prosi przymilnie:

- Opowiedz mi jeszcze trochę o moim życiu!

Dla mojego chłopca jego własne dzieje są najulubieńszą opowiastką, która nigdy mu się nie znudzi.

- No więc to było tak: przez długi, długi czas, aż trzynaście lat, twój tatuś i ja żyliśmy w wielkim strapieniu. Nie mogliśmy "dać życia", wiesz dobrze, bo ci to przecież tłumaczyłam, nie mieliśmy dziecka, nie mieliśmy kogo kochać całym sercem. Zaczęliśmy więc staranie, żeby mały dzidziuś, który nie ma swojej mamy, przeszedł do naszego domu i stał się naszym dzieckiem.

Jean-Marie przestaje na chwilę malować, trzyma pędzelek nieruchomo uniesiony w górę, potem odkłada go nagle i wtula mi się w ramiona. Na jego ślicznej buzi pod rozwichrzoną czupryną wykwita uśmiech, długie jasne włosy zdają się przyciągnąć do siebie całe światło.

- Biedna mamo, nie mogłaś nosić nas w swoim ciele, ale w twoim sercu byliśmy!

Kiedy byli jeszcze mali, w wieku czterech czy pięciu lat powiedzieliśmy obojgu prawdę dotyczącą "tajemnicy życia" i tajemnicy ich narodzin; fakt, że powitaliśmy ich w naszym domu jako prawdziwy "dar od Boga" zrobił to, że mogliśmy się spotkać wszyscy czworo i kochać się tak, jak się kochamy. Z początku mój mały był tak olśniony, że chciał wszystkim dokoła opowiedzieć o tym szczęściu, jakie nas spotkało. Przekonałam go jednak, że to jest nasza mała «tajemnica miłości»; każda prawie rodzina ma jakąś swoją własną tajemnicę. Uznał wtedy, że to jest skarb, którego trzeba strzec.

Dla naszych dzieci jasne było, że nasza miłość jest im potrzebna, a nam potrzebna jest ich miłość.

Jean-Marie nie chce stracić ani kawałka swojej historii: - Opowiedz mi o tym, jak przyjechałaś mnie szukać. - Wsiedliśmy do samochodu i odbyli siedemsetkilometrową drogę. Wiedzieliśmy, że jesteś chłopczykiem. Miałeś przybyć do naszego domu w dzień świętego Jana-Marii Vianneya. Oddałam cię pod jego opiekę, zanim cię zobaczyłam i postanowiliśmy dać ci jego imię. Nie mieliśmy żadnych wahań ani wątpliwości: byłeś naszym dzieckiem.

Szaroniebieskie oczy otwierają się szeroko ze zdumienia: - Więc ty kochałaś mnie już, zanim mnie zobaczyłaś? - Oczywiście, kochanie, jak wszystkie mamy, które oczekują dziecka. - A potem? - No, przyjechaliśmy po ciebie do szpitala, razem z tatusiem i z Marie-Noelle, twoją starszą siostrzyczką, która wtedy skończyła trzy lata. Kiedy cię zobaczyła, zaczęła mnie ciągnąć za suknię, mówiąc: - Zabierz go z nami, zabierz go!

Przestrzegali nas w szpitalu, żeby cię w drodze powrotnej nie przewijać, bo mógłbyś się zaziębić. Miałeś zaledwie kilka tygodni i dopie{-302-}ro co przeszedłeś żółtaczkę niemowlęcą. Wyglądałeś jak żółciutkie kurczątko. Przyjechaliśmy do domu bardzo późno, zmieniłam ci pieluszki, a ty płakałeś tak, że serce mi się krajało. Patrząc na to moje kurczątko takie maleńkie, takie drobniutkie (ważyłeś zaledwie dwa kilogramy i trzysta gramów), powiedziałam ze łzami w głosie: - Ależ dali mi go zbyt małego! Byłam przerażona widząc, jaki jesteś słabiutki. Na szczęście, była na miejscu ciocia "Zou" i swoimi zręcznymi rękami pielęgniarki zawinęła cię jak trzeba i podała mi w ramiona. Byłeś już cichutki i spokojny.

A na to Jean-Marie mówi z czułością: Mamo, waga nic nie znaczy, ważna jest miłość!

Tę wrażliwość na uczucie miłości Jean-Marie ma tak jak wszystkie dzieci, ale przejawia ją w sposób tak świeży, swój własny, że daje nam to wiele radości. Na początku roku wyjechaliśmy, bez dzieci, na kilka dni duchowego odosobnienia. Po powrocie - jakież radosne powitanie, jaka serdeczna troskliwość!... Dzieci przyozdobiły nakryty stół, przyniosły nam domowe pantofle, szalały z radości, że już jesteśmy w domu, był to uroczysty wieczór. Nazajutrz mój chłopiec, zwykle taki ruchliwy i hałaśliwy, zbliżył się do mnie, spokojnie i czule zwierzył mi się po cichutku: - Mamo, teraz, kiedy cię odzyskałem, czuję, że mam nowe serce!

Wzruszyło mnie takie poetyckie wyrażenie tego wszystkiego, co ta krótka rozłąka wzbudziła, czy też rozbudziła na nowo w jego duszy. W ciągu dni, które potem nastąpiły, nie musiałam sobie szukać przedmiotu rozmyślania. Ileż to razy idziemy na spotkanie z Panem, a nigdy dotychczas nie dziękowaliśmy Mu za tę radość powrotu do naszych dzieci z "nowym sercem!". Przeżywaliśmy teraz nasze godziny w sposób naprawdę nowy - dzieci objawiały to posłuszeństwem i serdeczną pogodą, ja - głębszą czcią dla Boga, który mieszkał w duszach moich dzieci.

Jeżeli czasem, po tej rozłące i ponownym spotkaniu, nasz spokój zakłóciła jakaś chwila irytacji czy wyrzutów z tego czy innego powodu, Maria-Noelle prosiła: - O, nie, mamo, teraz już nie! - Ileż razy dzieci pomogły nam w ten sposób żyć zgodnie z naszą wiarą, z ich własną logiką i potrzebą prawdy.

Jean-Marie skończył sześć lat i przygotowywał się do Pierwszej Komunii. Pewnego ranka powiedział mi z właściwą sobie szczerą prostotą: - Mamo, ty nie jesteś jak Pan Bóg. - Pewnie, że nie, kochany, ale dlaczego mi to mówisz? - Przecież mi tłumaczyłaś, że Pan Bóg, kiedy przebacza, zapomina o wszystkim, co było, daje nam nowe serce i kocha nas jeszcze bardziej. Ależ tak, tak. - No więc w takim razie nie jesteś jak On! Mówisz, że przebaczasz, że odwracamy kartę... a potem jeszcze o tym mówisz, jeszcze pamiętasz! - To prawda, Jean-Marie, mama nie jest jak Pan Bóg: powinna starać się przebaczać zawsze, co dzień, jak On, przecież Jezus powiedział: "Bądźcie doskonali, jak wasz Ojciec w Niebiesiech doskonały jest", ale to jest bardzo trudne.

Nasze dzieci umieją zwracać nas w stronę spraw najważniejszych, w stronę Boga. Kiedyś, gdy umarł ktoś z naszych krewnych, rozmawiałam z dziećmi o śmierci. Jean-Marie miał wtedy pięć lat. W jakiś czas potem, słysząc bicie dzwonów kościelnych zapytał: - Mamo, czy to dzwonią na ślub czy na pogrzeb? - Na pogrzeb, kochanie.

Chwila milczenia, po czym powiedział z przekonaniem: - Mamo, będziesz szczęśliwa, kiedy umrzesz! - Oh! - bąknęłam słabo. - Ależ tak, przecież zobaczysz Boga! - Tak, to prawda, mój drogi, zobaczę wreszcie Boga. - Naturalnie, będzie ci także smutno nas zostawić, ale będziesz się nami dalej opiekowała i nie przestaniesz nas kochać, przecież sama to mówiłaś!

W moim chłopcu tajemnica Boga nie budziła żadnego niepokoju; i ja także zdałam się całkowicie na Boga, powierzyłam Mu troskę o moją duszę w godzinie, która kiedyś będzie musiała nadejść.

Kiedy nasze dzieci rzucają się z impetem w ramiona swego tatusia, bardziej niż jakakolwiek medytacja przybliżają mi tajemnicę ojcostwa Boga.

[319]

Kiedyś podczas uroczystej Mszy Jean-Marie, wówczas pięcioletni, usłyszał słowa świętego Pawła: "Wszyscy, których ożywia duch Boży, są dziećmi Boga. Otrzymaliśmy w darze ducha dzieci adoptowanych i on to każe nam wołać «Abba», co [o]znacza «Ojcze»".

Pociągnął mnie za rękaw: - Mamo, słyszałaś? Powiedz[i]ał "adoptowane", czy to znaczy to właśnie? - Tak, właśnie to - odpowiedziałam. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i chłopczyk słuchał grzecznie do końca. Po powrocie do domu i modlitwie z radością mogłam wyjaśnić mu bliżej, co te słowa znaczyły. - Widzisz, to jest właśnie to samo, wszyscy jesteśmy adoptowanymi dziećmi Boga. Czy rozumiesz dobrze, co znaczy "adoptowany"? - zapytałam chcąc sprawdzić jego wiedzę. - To znaczy - zawahał się tylko na mgnienie oka - to znaczy wybrany z miłością! - I ja sama poczułam w tej chwili silniej niż dotychczas, że to był "wybór z miłości", którego Bóg dokonał, czyniąc z nas swoje dzieci; a miłość, jaką darzymy nasze dzieci, pozwoliła mi pojąć do głębi, i jakby w nowym świetle, prawdę miłości, jaką darzy nas Bóg.

Z życia "focolarini" | Lui muore e la gente passa, Roma 1972.