Majdański - Marks - Gomułka - "Tu i teraz"

Nasi czytelnicy sprzed lat z pewnością pamiętają śp. Walentego Majdańskiego, który swoje świetne pióro chętnie oddawał na usługi "Rycerza". Autor książek Kołyski i potęga oraz Polska kwitnąca dziećmi z pasją bronił życia nienarodzonych, a w stu tysiącach Polaków widział gwarancję znaczenia, siły i dobrobytu Polski. Tymczasem tygodnik "Tu i teraz" (11 maja 1983) nazwał pisarza demagogiem i apologetą ciemnogrodu oraz człowiekiem, który nienawidził kobiet.

Godną odpowiedź tygodnikowi "Tu i teraz" dała p. dr Kinga Wiśniewska-Roszkowska na łamach "Ładu" (10 VII 1983). Autorka w sposób przekonywający wykazuje demagogiczność tez o przeludnieniu, które ma być związane "z niepohamowanym rozwojem demograficznym". Autorka pisze:

"Otóż jest to nieprawda. Chyba że «Tu i teraz» wyłącza Europę z cywilizowanego świata. Europa oraz Ameryka Północna - ogólnie biorąc rasa biała - nie tylko nie cierpi na niepohamowany rozwój demograficzny, ale wyraźnie starzeje się, co oznacza powolny proces jej wymierania. Według wskaźnika ONZ, demograficznie stare jest społeczeństwo, w którym ludności w wieku powyżej 65 lat jest więcej niż 7 %. Otóż już w latach 1967 -70 odsetek ten wynosił we Francji 12,6. w Finlandii 8,3, w NRD 15,3, w RFN 12,5, w Wielkiej Brytanii 12,7, w Polsce 8,4 (...). Czas już skończyć z naiwnym mitem o światowej eksplozji demograficznej - w żadnym wypadku nie dotyczy ona Europy. Czy dlatego, że w Azji i Ameryce jest wysoka rozrodczość, my, w Europie, mamy jeszcze przyśpieszać swe wymieranie?"

W oparciu o prosty rachunek autorka przypomina odpowiedź na pytanie "Ile dzieci w małżeństwie, by utrzymać status quo w społeczeństwie?".

"Dla utrzymania stanu liczebnego w społeczeństwie, przeciętna ilość dzieci na jedno młode i płodne małżeństwo musi wynosić dwoje z grubym ułamkiem, praktycznie biorąc troje. Dlaczego nie dwoje? No, bo oczywiście płodne małżeństwa muszą «nadrobić» za tych, którzy dzieci nie mają i umrą bezpotomnie. Przy przeciętnej troje, przyrost byłby minimalny. Ale taka przeciętna oznacza, że na każde małżeństwo z jednym dzieckiem musi przypadać inne, które ma pięcioro, a na każde z dwojgiem - inne, które ma czworo. Rozejrzyjmy się dokoła i odpowiedzmy sobie na pytanie, czy mamy dziś taką sytuację? (...) Liczba decyduje o przyszłości narodu".

Czy jednak nie należy ograniczać liczby dzieci w imię wyższej stopy życiowej społeczeństwa? Często słyszy się argumentację, która przyjmuje jako coś oczywistego, że duża rozrodczość i dobrobyt wzajemnie się wykluczają. Zarówno nauka, jak. Karol Marks rozpoznali w takim twierdzeniu szkodliwy z punktu ekonomicznego mit, który należy demaskować:

"J. de Castro, autor Geografii głodu, mówiąc na III Panamerykańskiej Konferencji Nauk Politycznych o Krajach Ameryki Łacińskiej, powiedział, co następuje: «Mylne jest twierdzenie, że kontrola urodzin umożliwiłaby rozwój gospodarczy. Zmniejszenie ilości urodzin nie jest skutecznym sposobem walki z głodem. Istota problemu polega nie na przeludnieniu, lecz na niewłaściwości obecnych struktur gospodarczych. Mieszkańcy Ameryki [155]Południowej są prawdziwym kapitałem i gdyby przystąpiono do realizacji programu rozwoju społeczno-gospodarczego tego kontynentu, zaistniałaby nawet potrzeba importowania robotników z zagranicy».

Podobnie rozumował Marks, zwalczając obawy Malthusa przed przeludnieniem. Dla systemu gospodarczego, który planuje i buduje, duży przyrost naturalny nie tylko nie jest klęską, ale stanowi konieczną energetyczną bazę (...)".

Polska dała się nabrać na ekonomicznie szkodliwy mit "niższy przyrost - wyższa stopa":

"W okresie Władysława Gomułki twierdzono, że wysoki przyrost naturalny jest poważnym hamulcem dla wzrostu stopy życiowej narodu. Pokładano wielkie nadzieje w ustawie o dopuszczalności przerywania ciąży (...). Wielodzietność była wyszydzana, obrzucana błotem, traktowana jak społeczne przestępstwo, z trudem tolerowano jedno dziecko w rodzinie. Pamiętam artykuł Jerzego Urbana, który wywodził, że Polska winna być rodzajem klubu, do którego jedna para małżeńska miałaby prawo za specjalnym pozwoleniem - wprowadzić jednego - i tylko jednego - nowego członka. No cóż - nie było chyba trudno wyliczyć, jak długo mógłby istnieć taki klub...".

"Już w latach sześćdziesiątych propaganda antyurodzeniowa i ustawa o dopuszczalności przerywania ciąży zrobiły swoje. Rozrodczość wybitnie spadła, a roczna liczba sztucznych poronień wzrosła kilkunastokrotnie. Stały się one «metodą» planowania rodziny. Era dobrobytu jakoś nie zjawiła się. Natomiast dały się zauważyć wyraźne objawy moralnej degradacji społeczeństwa. W latach 1955-80 czterokrotnie wzrosła liczba rozwodów, pięciokrotnie wzrosła liczba sierot społecznych, czterokrotnie zwiększyło się pijaństwo, a o uczciwości i rzetelności w pracy może już nie warto mówić. Ale czy można temu się dziwić? Jeżeli dla dobrobytu i wyższej stopy życiowej pozwala się zabijać własne dzieci, to już ludzie sami - dla dobrobytu - rozgrzeszą się i z kradzieży, i z łapownictwa, i z wszelkich wykroczeń, byle dały się ukryć i zamaskować".

W imieniu własnym i PT Czytelników "Rycerz" serdecznie dziękuje pani Kindze Wiśniewskiej-Roszkowskiej za jej mądre słowo nie tylko w sprawie nieodżałowanego obrońcy życia nienarodzonych, pana Walentego Majdańskiego, naszego niezawodnego współpracownika sprzed lat, ale również w demaskowaniu mitów szkodliwych dla jednostek, rodzin i społeczeństwa.