Jestem wierzącą i praktykującą, ale miałam chwile załamań i nieraz było mi bardzo ciężko, walczyłam ze sobą, nie wiem, czy to były chwile niewiary, czy może Pan Bóg chciał mnie nauczyć większej pokory. Po każdej takiej walce wiele stawało się jaśniejsze i prostsze. Nie byłam stale jednakowo wytrwała w modlitwie, miałam trudne okresy wewnętrznej szarpaniny. Pewna jestem tylko jednego, że nigdy nikogo świadomie nie skrzywdziłam.
Od dłuższego czasu odmawiam akt poświęcenia się Pannie Niepokalanej, dodając tylko słowa: św. Maksymilianie, módl się za nami.
Mój ojciec był przez 4 lata więźniem Aschwitz (nr 27 331) i do niedawna nie mogłam wyzbyć się tych skomplikowanych wojenno-okupacyjnych urazów. Nosiłam w sercu niewygasły żal, ilekroć wspominałam ojca, Oświęcim i tamte lata...
Aż tu nagle udało mi się kupić "Tygodnik Powszechny" z listopada ubiegłego roku, w którym był obszerny artykuł na temat "Dzieła Maksymiliana Kolbego" we Freiburgu. Po przeczytaniu go natychmiast napisałam list do p. Elisabeth Erb, z którą był przeprowadzony wywiad. Wylałam wszystkie żale nagromadzone od tak dawna, zapiekłe i ciężkie nieraz jak kamienie. Nigdy i nigdzie nie pisałam o pomoc materialną (choć mam najmniejszą rentę inwalidzką, a rodzinie mojej jest też bardzo ciężko, zresztą nie tylko nam) i tu nagle, niespodziewanie nadchodzi paczka żywnościowa z Freiburga, a po pewnym czasie otrzymuję list od p. E. Erb, list dla mnie niemal bezcenny, przy którym płakałam, a jednocześnie czułam, jak rozpływają się gdzieś wszystkie żale, bóle i urazy. Jestem najgłębiej przekonana, że stało się to za sprawą św. Maksymiliana. W tym liście otrzymałam również wizerunek Ojca Kolbego oraz oświęcimską różę. Oczy naszego Świętego powiedziały mi, żebym darowała, przebaczyła wszystko i to do końca, abym uwierzyła, że są dobrzy ludzie, tacy, którzy rzeczywiście pracują szczerze i wytrwale nad niwelowaniem zła, pracują nad budową pokoju między ludźmi, abym wyciągnęła otwartą dłoń i podała tym, którzy na ten uścisk czekają. Nie jestem egzaltowana, ale czuję, po raz pierwszy, świętość. Właściwie po raz pierwszy zetknęłam się tak niemal namacalnie ze świętością. Chyba nie będzie to grzechem, jeśli powiem, że święci byli dla mnie jakby abstrakcją, istotami nadprzyrodzonymi. No nie, nie umiem tego wyrazić. Dopiero św. Maksymilian, którego opiekę czuję, rozjaśniać [343]poczyna moją niewiedzę. Wiem, że cokolwiek nieudolnie napiszę, nie oddam słowami tych łask Bożych, których wciąż doznaję za sprawą św. Maksymiliana. Doznaję tyle ludzkiej dobroci (nie chodzi o tę materialną, która oczywiście w tych trudnych czasach jest bardzo cenna), ale o tę miłość rozgrzewającą serce i wyzwalającą w człowieku jego najlepsze "ja". Może ktoś mi wyjaśni, czy to, co mówię, jest właściwe? Czy wypada mi o tym mówić?
