Legendy o św. Bonawenturze

Znamy przyczyny i mechanizm powstawania legend, opowiadań pełnych niezwykłości i cudowności, najczęściej o postaciach lub wydarzeniach historycznych. Nie możemy ich wykluczyć z życiorysów sławnych i świętych ludzi. Zresztą po co? Są ładne, budujące, ciekawe. Są wielkim skarbcem fantazji ludzkiej, z którego pokolenia mogą czerpać wątki do piśmiennictwa, malarstwa, rzeźby i architektury. Mają ten tylko minus, że w życiorysach świętych tasują się one z historią, jak w kwietniu zima z latem, i nie sposób oddzielić ich od siebie. Historia tkwi w legendzie, a legenda w historii. Legenda, podobnie jak fikcyjna fabuła literacka, chwyta i utrwala pewną prawdę, która nie pokrywa się z prawdą historyczną, ponieważ leży ona na innej płaszczyźnie, ale przez to nie przestaje być dla nas cennym odbiciem rzeczywistości.

Minęło z górą 700 lat od śmierci Jana Fidanzy (ok. 1221-1274), człowieka mądrego i dobrego, który przeżywszy na tym świecie przeszło 50 lat zyskał sobie tytuły filozofa i teologa, a po śmierci świętego i doktora Kościoła, co więcej: doktora serafickiego. Był przecież zakonnikiem-franciszkaninem, w zakonie serafickim piastował nawet najwyższy urząd generała.

O nim właśnie zebrałem dane historyczne, które mogą być legendami, i legendy, które mogą być faktami historycznymi.

Był zwyczaj w zakonie franciszkańskim, że kandydatom zmieniano imiona chrzestne na zakonne. Jan Fidanza znany jest w zakonie pod imieniem Bonawentura, co po polsku znaczy "przyszłe dobra". To imię nadał Janowi sam św. Franciszek z Asyżu, gdy Jan był jeszcze dzieckiem. Matka Rytela powiła dziecię płci męskiej, bardzo słabe i chorowite. "Lekarze - pisał w Żywotach świętych ks. Piotr Skarga - już mu o pewnej śmierci tuszyli, matka, pragnąc żywota synaczka swego, do innego się lekarstwa uciekła. Obiecała ślubem Panu Bogu, jeśliby zdrowym został, dać go do zakonu Św. Franciszka". Właśnie św. Franciszek wtedy pojawił się w tej okolicy i z powodzeniem głosił słowa pokuty. Prosiła go pani Rytela o modlitwę za syna, by wyzdrowiał. Św. Franciszek tak gorąco się modlił za dziecięciem, że natychmiast wyzdrowiało i jeszcze okazywało szczególne zainteresowanie św. Franciszkiem. Wówczas Święty, dziwiąc się wielce, prorokował po włosku: Bona ventura è la tua, czyli: "Spotka cię w przyszłości wiele dobrego", i od tej pory Jana nazywano Bonawenturą.

Do zakonu wstąpił mając 25 lat z poczuciem wdzięczności za ocalone życie. "Przyjmij, błogosławiony ojcze - zwrócił się do św. Franciszka - tę lichą i skromną ofiarę, którą składam za Twe zasługi i tak spełniam ślub mojej matki." Był pilny i zdolny, w myśleniu ścisły i zamiłowany w nauce. Wykształcenie teologiczne otrzymał w Paryżu pod kierunkiem sławnego filozofa franciszkańskiego, mistrza Aleksandra z Hales. Cechy młodego studenta: jego niewinność, pracowitość i zdolności, a jednocześnie dowcip, inteligencja i uroda przypadły mistrzowi do gustu. Stąd zwykł mawiać o nim: "Jest to prawdziwy Izraelita. Wydaje się, że w tym człowieku Adam nie zgrzeszył".

W tym samym czasie i w tym samym uniwersytecie w Paryżu studiował młody kleryk z zakonu dominikanów, Tomasz z Akwinu. Obaj studenci, Bonawentura i Tomasz, byli więc kolegami, więcej: przyjaźnili się nawet, tak jak założyciele ich zakonów - św. Franciszek ze św. Dominikiem. Obaj, tęgie głowy w filozofii i teologii, objęli katedry w paryskim uniwersytecie, obaj też dzielnie kruszyli kopie w dysputach ustnych i pismach z Wilhelmem de St-Amour, profesorem Sorbony, który w swojej rozprawie O niebezpieczeństwach ostatnich czasów (z r. 1256) zaatakował zakony żebrzące, widząc w nich antychrysta. Powiadają biografowie, że pewnego razu Tomasz zwrócił się do Bonawentury: "Przechodzi ludzkie pojęcie, skąd ty masz tyle rozległej i głębokiej wiedzy? Proszę, pokaż mi swoje studium i warsztat pracy". Bonawentura zaprowadził Tomasza do swojej celi zakonnej i pokazał mu regał z książkami. Tomasz, obejrzawszy je z zainteresowaniem i dużym znawstwem, powiedział: "To nie to, identyczne ja mam u siebie. Pokaż inne, z których tyle mądrości wyczytałeś". Wówczas Bonawentura skierował jego wzrok na krucyfiks, wiszący na ścianie. "Przyjacielu - powiedział - to jest moja księga osobliwości i z niej, najdroższej, uczę się więcej niż ze wszystkich innych". Jak zapisał biograf, Tomasz zadumał się bardzo i o nic więcej nie pytał.

Przy innej okazji Tomasz przyszedł w towarzystwie współbrata do Bonawentury, gdy ten pogrążony w rozmyślaniu i wprost w zachwycie pracował nad życiorysem św. Franciszka. Nie pozdrowił go nawet, lecz w milczeniu opuścił mieszkanie przyjaciela, szepnąwszy tylko do zdziwionego tym zachowaniem współbrata: "Zaniechajmy świętego, niech pracuje dla Świętego".

Przyjaźń Bonawentury i Tomasza, zadzierżgnięta na uniwersytecie, trwała do końca ich życia i wielokrotnie łączyła ich losy. Król francuski Ludwik IX, ogłoszony później świętym, zapraszał obu do [195]swego stołu i zasięgał ich rady w najtrudniejszych sprawach. Obu zaproszono w r. 1274 na Sobór Lyoński, obaj zmarli w tym samym roku 1274, obu ogłoszono doktorami Kościoła.

Papież Urban IV, wielki czciciel Najświętszego Sakramentu, postanowił wprowadzić święto Bożego Ciała. Zwrócił się więc do Bonawentury i Tomasza, szeroko znanych już wtedy teologów i pisarzy kościelnych, aby do mszału i brewiarza ułożyli teksty eucharystyczne: hymny, antyfony, czytania i wersety i w oznaczonym terminie stawili się z nimi przed papieżem na mały konkurs. Pierwszy zaczął czytać Tomasz. Płynęły słowa pięknej poezji łacińskiej, głębokie myśli antyfon, rewelacyjne porównania i figury wyłowione z Pisma Świętego. W skupieniu słuchał papież i słuchał Bonawentura, trzymając ręce skryte pod peleryną kaptura.

- Teraz na ciebie kolej - powiedział papież, gdy Tomasz złożył odczytany rękopis.

- Ojcze Święty, moje teksty i modlitwy są jak siedem pustych kłosów we śnie Józefa. Sięgnij po te, które są pełne i piękne - to mówiąc pokazał w dłoniach porwany na strzępy swój rękopis.

Do katalogu pism św. Bonawentury wpisano również jako dzieło zaginione Oficjum na Boże Ciało, różne od tego, jakie ułożył św. Tomasz.

Kto z nas wie, czy gest św. Bonawentury był aktem samokrytyki, czy aktem pokory? Piszą o nim, że jako młody zakonnik, znając z jednej strony dostojność Najświętszego Sakramentu, a z drugiej czując się niegodnym tak wielkiej łaski - długo nie przyjmował Komunii św. Jednakże Pan Bóg, który patrzy na pokorę serca, w czasie Mszy św. posłał mu przez anioła część Świętej Hostii z ołtarza, dając w ten sposób znak, aby od Stołu Pańskiego nie stronił.

Z pokory nie przyjął arcybiskupstwa Yorku, które mu w roku 1265 ofiarował papież Klemens

IV. Nie zdołał się jednak wymówić od kardynalstwa. W r. 1273 nadał mu je papież Grzegorz, polecając jednocześnie udać się na sobór powszechny w Lyonie. Wiadomość tę razem z kardynalskim kapeluszem przynieśli Bonawenturze do klasztoru dwaj wysłannicy papiescy. Znaleźli go właśnie w kuchni, jak zmywał naczynia po zakonnym obiedzie. Nietrudno pojąć zdumienie wysłanników, kiedy Bonawentura poprosił ich, aby zaczekali, aż skończy swoją pracę. Tak więc kapelusz kardynalski wisiał na gwoździu, dopóki nie zostały umyte naczynia i nie wyschły kardynalskie ręce.

Nieliczni dziś wiedzą, że św. Bonawentura jest patronem brzemiennych matek i jako taki szczególnie był czczony w wieku XVI-XVII. Stare rytuały poświęceń i błogosławieństw podają odpowiedni obrzęd błogosławienia ciężarnych matek w dniu św. Bonawentury (14 VII). Jak doszło do tego patronatu? Ks. Piotr Skarga w Żywotach świętych tak napisał: "W Lugdunie niewiasta jedna, na imię Symona, znając go mężem świętym, miała osobne ku niemu nabożeństwo. I gdy ją nawiedził Pan Bóg, iż dziecię umarłe porodziła, przyzwała Bonawenturę i u nóg jego ciało ono dzieciątka położyć kazała, sama na łóżku wzdychając, a łzy wylewając i o modlitwę go prosząc. On z wielkiego użalenia modli się, ręce i oczy w niebo podnosząc, gdy krzyż święty na ciałko ono włożył, ożyło dzieciątko i żywe matce oddał".

"Po wielkich pracach w Kościele Bożym - pisał dalej ksiądz Piotr Skarga - szczęśliwie drogi tej dokonał w Lugdunie roku wieku swego 53, a Pańskiego 1274. Na podniesieniu ciała jego, we sto sześćdziesiąt lat po śmierci, inne członki znalazły się spróchniałe, ale głowa wszystka tak cała i świeża, iż ani się usta, ani język, ani zęby, ani włosy nic nie naruszyły. Kanonizowany jest od Sykstusa czwartego w dwieście lat i dalej po swym skonaniu, na cześć nieśmiertelnego Boga, który w Trójcy jedyny rozkazuje i rządzi niebo i ziemię na wieki".

Grafika do art. Legendy o św. Bonawenturze

[Fot. s. 195.]