Którędy do wiary?

Kiedy o. Rufin Orecki na drzwiach kościoła franciszkanów w Krakowie umieścił wielki afisz informujący, że rozpoczyna katechezy dla dorosłych, którzy chcieliby przyjąć chrzest, w klasztorze wywiązała się ożywiona dyskusja. Pytano, czy to potrzebne, czy w tradycyjnie i powszechnie wierzącym Krakowie są dorośli nie ochrzczeni i czy jest ich wystarczająco wielu, by dla nich rozpoczynać specjalną akcję duszpasterską. Wkrótce okazało się, że akcja była potrzebna. Zgłaszało się coraz więcej chętnych. Trzeba było otwierać w Krakowie nowe punkty przygotowania dorosłych do chrztu. Inne większe miasta Polski podjęły podobną akcję. Zdarzają się polskie rodziny, które nie przekazują swoim dzieciom Chrystusa i Jego Ewangelii. Po latach młodzi niechrześcijanie pytają o drogę do Chrystusa.

Od kilku lat proszę studentów pierwszego roku teologii KUL o pisemną wypowiedź na temat miejsca Chrystusa w ich życiu. Okazuje się, że spory procent tych wspaniałych młodych chrześcijan przeżyło już kryzys własnej wiary. Niektórzy po kilka lat błąkali się daleko od Chrystusa. Kwestionując wiarę otrzymaną, dojrzewali do wiary uwewnętrznionej, przemyślanej i przeżytej. Świadomi dziś swojej wiary opowiadają o dziwnych drogach, które doprowadziły ich do Chrystusa, obecnie już Chrystusa własnego, któremu z radością powiedzieli "Tak!". Okazuje się, że do Chrystusa tyle wiedzie dróg, ilu szuka Go ludzi. Można jednak dostrzec pewną drogę typową, która powtarza się w wielu wariantach: droga do Chrystusa wiedzie poprzez człowieka. Doświadczyła tego Anka.

Mówi Anka

Dzisiaj Jezus jest dla mnie "Drogą, Prawdą i Życiem", najlepszym Ojcem, Bratem Przyjacielem... On pozwala mi odnajdywać sens życia i świata, gdy zaczynam wątpić.

Jednak mam świadomość, że moja wiara nie zawsze była taka. Był okres w moim życiu, kiedy przestałam uczęszczać na katechezę i nie chodziłam do kościoła na Mszę św. Z zarozumiałością twierdziłam, że wiem dostatecznie dużo, a Msza jest tylko symbolem, dziś już bez większego znaczenia.

Dziwne, jak czasem jedno wydarzenie może zadecydować o całym dalszym losie człowieka. Tak było i ze mną. Ceną mojej wiary była ciężka choroba najdroższej mi osoby - mojej matki. W obliczu jej śmierci zwróciłam się do Boga. Przyrzekłam, że gdy tylko mama powróci do zdrowia, będę znów chodzić do kościoła i uczestniczyć we Mszy św. Moja prośba została wysłuchana. Bóg jeszcze raz okazał swoje Miłosierdzie grzesznej, zbłąkanej owieczce. Jednakże trzeba było wypełnić przyrzeczenie. Początkowo szło mi bardzo opornie. Każde wejście do kościoła przeżywałam niemal jako zaprzeczenie samej siebie. Kazania wydawały mi się nudne, a Komunia św. niezrozumiała.

Potem przyszła pierwsza gorąca modlitwa. To było oszałamiająco piękne doświadczenie. Podczas modlitwy nie widziałam nic prócz Chrystusa. Zaczęłam płakać. Płynęły rzęsiste łzy szczęścia. Wstydziłam się tego, że płaczę. Wtedy trafiła do moich rąk maleńka książeczka młodego francuskiego pisarza Didiera Decoina. Tak... On też płakał. Swoje odnalezienie Boga, swoją pierwszą gorącą modlitwę przeżywał tak samo. Ten płacz jest - być może - najpiękniejszą chwilą, najpiękniejszym odczuciem w życiu człowieka, przeżyciem oszałamiająco osobistym.

Sądziłam kiedyś, że mam wiarę. Ale jaką wiarę? Najgorszą, taką, która żywi się cudzymi doświadczeniami, wiarę zrodzoną z [150]doznań estetycznych, z uroczystych Mszy, z katechez, z organowych koncertów; wiarę intelektualną, wdrażaną przez łagodnych i logicznych księży, którzy istnienia Boga dowodzą niepodobieństwem Jego nieistnienia.

A więc chciałam znaleźć Boga łatwymi drogami. Moje życie było właściwie bez trosk i zmartwień (poza tymi zmartwieniami dziecięcymi, które wtedy wydają się życiową tragedią). Można by powiedzieć, że chciałam znaleźć Boga na drodze prostej i wygodnej, pragnęłam nie poszcząc znaleźć Chrystusa, który pościł 40 dni, nie cierpiąc spotkać Chrystusa, który przyjął bicze, cierniową koronę, pragnienie, ból, krzyż, przerażenie... Chciałam odnaleźć Chrystusa mając zatwardziałe serce, obojętne na ludzkie cierpienie, i oczy, które nie dostrzegały cierpiących pod krzyżem. Dziś już wiem, mój Jezu, że nie tędy prowadzi do Ciebie droga. Teraz, gdy zauważyłam ludzkie cierpienie, gdy pomagam ludziom dźwigać ramiona ich krzyża, jak kiedyś Szymon z Cyreny, odnalazłam mojego Chrystusa i teraz dopiero jestem szczęśliwa. Spłynęła na mnie lawina cudów, spotkań z Chrystusem i Jego Przenajświętszą Matką, nowych odkryć, niezbitych dowodów na to, że Bóg istnieje, że żyje, działa i jest wśród nas. Znajduję Go w potrzebującym człowieku, czasem w niedzielnej homilii rozumnego kapłana, czasem na lekcji religii...

Mówi Starzec Zosim

Fiodor Dostojewski (zm. w 1881 r.), światowej sławy pisarz rosyjski, w powieści Bracia Karamazow (wyd. Warszawa 1959 PIW, t. I, s. 69-70) opowiada o starcu Zosimie, świątobliwym mnichu prawosławnym do którego przychodzili ludzie po radę, pociechę i cuda.

Przyszła do starca Zosima również pani Chochłakowa. Miała córkę, która nie mogła chodzić. Opowiedziała starcowi o tym nieszczęściu i z zawstydzeniem dodała, że córka pogrążyła się w wątpliwościach co do wiary. Zapytała, jak wydobyć dziecko z tego stanu.

- Dowieść - to niczego nie można; można się tylko przekonać - powiedział starzec.

- W jaki sposób można się przekonać pytała dalej strapiona matka.

- Doświadczeniem czynnej miłości. Staraj się kochać bliźnich czynnie i bez ustanku. W miarę, jak będziesz czyniła na tej drodze postępy, będziesz się równocześnie utwierdzać w wierze w Boga i w nieśmiertelność twojej duszy. Skoro zaś dojdziesz do zupełnego poświęcenia się w miłości do bliźnich, wtedy uwierzysz na pewno i już żadne zwątpienie nie będzie miało dostępu do twej duszy. Wypróbowany to sposób i pewny.

Doświadczenie Ani mądrość starca Zosima spotykają się w odkrywaniu prawdy, że Chrystusa najpewniej można spotkać na drodze do człowieka, w świadczeniu czynnej miłości.

Grafika do art. Którędy do wiary?

[Fot. s. 150: Jałmużna.]