Ksiądz Jerzy Aleksander Popiełuszko

Porwanie w dniu 19 października [1984] roku, a następnie zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki poruszyło do głębi nie tylko mieszkańców Warszawy, ale całe społeczeństwo polskie, a także wielu ludzi wszystkich wyznań na całym świecie. Był to bowiem akt terroru obcy duchowi naszego narodu, morderstwo dokonane na duszpasterzu (...).

Surowo odniosły się do tej zbrodni władze państwowe, a naród cały zjednoczył się w bólu i modlitwie, ale i potępieniu dla gwałtu i przemocy oraz wyczekiwaniu na wyjaśnienie wszystkich okoliczności i motywów tego czynu. (...).

Ksiądz Jerzy pochodził z wielodzietnej rodziny. Na rozwój jego życia religijnego miała wpływ - według opinii rodziców i rodzeństwa - babka ze strony matki, Marianna Gniedziejko. Ona też opiekowała się innym wnuczkiem, również kapłanem: Kazimierzem Gniedziejką. (...).

Jako duszpasterz Jerzy głosił hasło: ZŁO DOBREM ZWYCIĘŻAJ! Cechami swego charakteru i konsekwentną wiernością wyznawanym zasadom pozyskał wielu (...) Nie tylko niósł pomoc materialną potrzebującym, ale dawał im przede wszystkim swój czas oraz samego siebie. Skromny w obcowaniu z innymi, nie manifestował swojego autorytetu, jakim się cieszył, zwłaszcza od czasu kiedy na odprawiane przez niego Msze święte (...) przybywało po kilkanaście tysięcy ludzi i kiedy stał się on narzędziem wielu nawróceń (...).

19 października 1984 r., w piątek, brał udział w ostatnim nabożeństwie różańcowym swojego życia, w kościele pod wezwaniem Pięciu Męczenników Polskich w Bydgoszczy. Rozważał wraz z wiernymi mękę i śmierć Jezusa Chrystusa oraz duchowe męczeństwo Matki Odkupiciela. Nie przeczuwał zapewne, że tego samego wieczoru zbrodnicze ręce, kierowane nienawiścią, w okrutny sposób przerwą jego życie i działalność. Ta nienawiść dawała znać o sobie wcześniej w pogróżkach i nadsyłanych mu anonimach, ale ksiądz Jerzy był nieulękły, choć w poruszaniu się poza domem zachowywał roztropną ostrożność. Jednakże nigdy nie odmawiał wezwaniom i udawał się wszędzie tam, gdzie go oczekiwano. Oddał życie wracając z posługi duszpasterskiej.

Od chwili porwania, aż do dnia pogrzebu, przy kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie gromadziły się nieprzebrane tłumy ludzi z całej stolicy oraz z różnych stron Polski. W modlitewnym czuwaniu brali udział (...) przedstawiciele społeczeństwa. Zanoszono modły do Boga i Matki Najświętszej w intencji ocalenia księdza. Bóg zdecydował inaczej: mordercy odebrali mu życie, ale wrócił do swego kościoła w glorii śmierci męczeńskiej (...).

Na miejsce jego wiecznego spoczynku Ksiądz Prymas wyznaczył - przychylając się do próśb proboszcza, księdza T. Boguckiego oraz licznych wiernych - dziedziniec przykościelny.

Zwłoki księdza Jerzego po wydobyciu ze zbiornika wodnego pod Włocławkiem przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku. Dnia 2 XI 1984 r. w prokatedrze białostockiej, a następnie na granicy archidiecezji w Żółtkach, duchowieństwo i wierni wraz ze swym biskupem pożegnali modlitwą, wiązankami kwiatów i łzami żalu trumnę ze zwłokami księdza Jerzego.

Tymczasem w Warszawie już od godzin południowych narastał tłum oczekujących w kościele i wokół niego: księża odprawiali Msze święte, wygłaszali homilie, których myślą przewodnią był cytat z Modlitwy Pańskiej: "I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy...". Śpiewano pieśni, zbierały się wieńce kwietne, zapalano znicze. Było ich tysiące wokół kościoła, na sąsiednich ulicach, placach, skwerach.

O godzinie 18:30 kondukt żałobny dotarł do kościoła św. Stanisława Kostki. Rozległo się bicie dzwonów i przy śpiewie "Boże, coś Polskę" wśród płaczu zgromadzonych(...) wzięto trumnę na ramiona, przenosząc ją do świątyni, stawiając ją na katafalku. Niosący następnie ucałowali ją z uszanowaniem i wielkim wzruszeniem. Przy katafalku stanęły poczty sztandarowe. (...) Po Mszy św. koncelebrowanej odbył się dwugodzinny Apel Jasnogórski. Przez całą noc, ustawieni w wielotysięcznej kolejce, wierni przesuwali się przed trumną, oddając ostatni hołd księdzu Jerzemu. Na zewnątrz kościoła, nie zważając na nocny chłód, księża słuchali spowiedzi tych wszystkich, którzy szukali pojednania z Bogiem.

Od wczesnego rana liczne Msze święte przy udziale wiernych tłumów (...).

Wkrótce zaczęły napływać delegacje z całego kraju; tłum szczelnie wypełniał pobliskie ulice i place, a nawet dachy okolicznych domów. Z głośników płynęły słowa homilii księdza Jerzego. Modlono się głośno, powta[9]rzając raz po raz: "...jako i my odpuszczamy". Około godziny 11:00 przybył Ksiądz Prymas z wielu biskupami i rozpoczęła się główna Msza św. pogrzebowa. Przewodniczył jej Józef Kardynał Glemp w otoczeniu około tysiąca współcelebrujących kapłanów. On też wygłosił słowo pasterskie nad trumną księdza Jerzego. Potem przemawiał też bezpośredni przełożony męczennika, ks. prałat Teofil Bogucki. (...).

Po Mszy świętej przy odgłosie dzwonów procesja żałobna do przygotowanego grobu. Za trumną szli Rodzice i Rodzeństwo księdza Jerzego oraz delegacje i poczty sztandarowe. Ksiądz Prymas poświęcił mogiłę, w której spoczęły zwłoki. Przy śpiewie "Boże, coś Polskę" na grobie wyrósł olbrzymi kopiec z przyniesionych wieńców.

Od dnia pogrzebu nieustannie trwa nawiedzanie tej mogiły i wokół płoną zapalone znicze. A w kościele trwa modlitewne czuwanie (...).