Kochać i działać jak Ojciec Damian

W bieżącym roku dzień 15 kwietnia obchodzony jest w Zgromadzeniu Najświętszych Serc Jezusa i Maryi i w całym świecie jako dzień setnej rocznicy śmierci wielkiego Apostoła Trędowatych, Ojca Damiana de Veuster.

Józef de Veuster (imię Józef otrzymał na chrzcie świętym), urodził się 3 stycznia 1840 roku w Tremelo (Belgia) jako siódme dziecko chłopskiej rodziny flamandzkiej. Od najmłodszych lat musiał pomagać rodzinie w pracy na małym gospodarstwie rolnym. Gdy miał trzynaście lat, wykonywał już prawie wszystkie prace gospodarcze: był pasterzem, siewcą i żniwiarzem, doskonale uprawiał rolę, a ponieważ był dobrze zbudowany, silny i usłużny, korzystano chętnie z jego pomocy.

W 17 roku życia udaje się do szkoły średniej w Braine-le-Comte. Tam właśnie usłyszał głos Boży: "Pójdź za Mną". Bez wahania odpowiedział na wezwanie Boga. Mając dziewiętnaście lat wstępuje do Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Lowanium i przybiera imię zakonne Damian. Misjonarze Najświętszych Serc (Picpus), znani ze swej pracy misyjnej i nieustannej adoracji Najświętszego Sakramentu, wychowują młodego kleryka, który bez wytchnienia przez pięć lat oddaje się gorliwie studiom. filozofii i teologii, najpierw w Paryżu, a potem na uniwersytecie w Lowanium. Potrzeba mu było niepospolitej odwagi w tych studiach, do których miał tak mało przygotowania. Jednak pokonał wszelkie trudności i 21 maja 1864 roku otrzymał święcenia kapłańskie, już na ziemi misyjnej - w Honolulu na Hawajach. Osiem lat pracuje wśród Kanaków na głównej wyspie, obsługując duży, mało zamieszkały okręg Kohala, gdzie buduje [108]kaplice i szkoły i bez przerwy katechizuje. W 1873 r. zgłasza się do pracy wśród trędowatych na wyspie Molokai. Nic oprócz miłości nie może wytłumaczyć tej śmiałej decyzji młodego misjonarza.

Na Molokai sama natura stworzyła zamknięty, odizolowany obszar. Znajdują się na nim dwie małe wioski: Kalawao i Kalaupapa, do których zsyłano ludzi chorych na trąd. Ich sytuacja była wręcz nieludzka. Pozostawieni sami sobie, niemal bez żadnej opieki, bez podstawowych środków do życia, oczekiwali już tylko na śmierć jako wybawicielkę z cierpień. Molokai, będąca niegdyś jednym z małych "rajów", przez trąd stała się "piekłem" na ziemi, wyspą przeklętą. Taka opinia utrzymywała się do chwili przybycia na nią Ojca Damiana.

33-letni misjonarz ląduje na Molokai 13 maja 1873 r., by pozostać tu już do końca życia. Doskonale wie, że z tej wyspy nigdy się nie wraca. Nie to go jednak przeraża, lecz widok codziennie umierających ludzi. Dlatego zaraz po przyjeździe szybko zabiera się do dzieła. Pielęgnuje chorych i organizuje ich obsługę w leprozorium i po domach, a także organizuje pracę dla tych wszystkich, którzy są zdolni do jej wykonywania. Duży nacisk kładzie na uprawę ziemi, która będzie ich żywić. Dzięki jego staraniom powstają domki z drewna i zostaje uruchomiony wodociąg z wodą zdatną do picia. Zakłada dwa sierocińce: dla chłopców i dla dziewcząt. Będąc realistą z natury, na każdym kroku czyni to, co konieczne i dobre, a jego trędowaci przyjaciele czują w nim najlepszego ojca, bez którego nie potrafiliby już żyć.

Rząd widząc ofiarne postępowanie Ojca Damiana, które spowodowało zmianę sytuacji na lepsze, udziela mu swego poparcia: asygnuje pomoc finansową. Świat zaczyna podziwiać jego wprost niebywały heroizm. Ze wszystkich stron napływa pomoc dla dzielnego misjonarza w postaci żywności, odzieży i leków, których bardzo brakowało trędowatym.

Pod koniec roku 1874 misjonarz z Molokai pisze: "Od rana do wieczora żyję wśród wstrząsającej potrzeby cielesnej i duchowej trędowatych. Rany, które powstają na całym ich ciele, wydzielają nieprzyjemny zapach. Również ich oddech skaża powietrze. Bardzo szybko przyzwyczaiłem się jednak do tego i bez przeszkód mogę wchodzić do domów, gdzie mieszkają trędowaci. Mimo to przy słuchaniu spowiedzi trędowatego, którego rany są pełne robaków, muszę sobie zatykać nos. Kiedy chcę udzielić sakramentu Namaszczenia Chorych, nieraz nie wiem, gdzie mam namaścić olejem świętym zniszczone ciało".

Tylko wiara i miłość chrześcijańska pozwalają Ojcu Damianowi trwać na posterunku wśród trędowatych. Wyznał: "Oni są odrażający, to prawda, ale i oni mają duszę odkupioną za cenę krwi Zbawiciela". Siłą misjonarza jest Eucharystia. "Bez Najświętszego Sakramentu - mawiał - moja sytuacja byłaby nie do zniesienia. Ale mając przy sobie Pana Jezusa jestem zawsze wesoły i pracuję z zapałem dla dobra moich drogich trędowatych".

Ojciec Damian jest dla trędowatych lekarzem ciał, ale przede wszystkim dusz. Dzięki niemu odnaleźli oni sens życia i cierpienia. Kiedy przybył do Kalawao, było tam 200 katolików na 600 chorych. Wkrótce miał 400 katechumenów, których pilnie katechizował. Powiększył kościół św. Filomeny i zbudował drugi w Kalaupapa, a z czasem jeszcze dwa na wyspie. Na Mszach niedzielnych, na których śpiewano z zapałem, 300 do 400 wiernych przystępowało do Komunii św. Każdego wieczoru odmawiano Różaniec. Misjonarz wprowadził też stałą adorację Najświętszego Sakramentu, po pół godziny, również w kościele w Kalaupapa. Na większych uroczystościach i na pogrzebach występowała orkiestra. Pogrzeby były częste - dwa, trzy na tydzień - ale panowała na nich nadzwyczajna atmosfera świę[109]ta i radości. Każdego chorego starał się misjonarz przygotować dobrze na śmierć, zapewniając mu niebo. By rozwinąć życie chrześcijańskie, Ojciec Damian założył dwa stowarzyszenia religijne: dla mężczyzn i dla kobiet, których członkowie spieszyli z pomocą chorym, zwłaszcza w ich domach. Największy ból sprawiali misjonarzowi niektórzy trędowaci, wymykający się spod jego wpływu i prowadzący życie niemoralne.

Robiąc wszystko, aby życie na Molokai było bardziej ludzkie i chrześcijańskie, Ojciec Damian mało zważał na siebie. W roku 1884 spostrzegł, że zaraził się trądem, ale to go nie załamało i nie osłabiło w gorliwości. Mawiał teraz: "Stałem się trędowatym z trędowatymi, aby pozyskać ich wszystkich dla Jezusa Chrystusa". Jest czynny aż do 28 marca 1889 r., kiedy już nie mógł podnieść się z łóżka. Odprawiając ostatnią Mszę św., powiedział do zebranych: "Pan nieba i ziemi zostawił nam obietnicę: «Błogosławieni, którzy cierpią, bo do nich należy Królestwo niebieskie». Pan nasz dotrzymuje słowa za cenę ofiary. Jesteście błogosławieni, bo cierpicie. Jesteśmy szczęśliwi, bo jesteśmy trędowaci. Naszą ojczyzną jest niebo. Tam nie będzie trądu ani brzydoty, lecz przeciwnie, będziemy przemienieni. Niech nikt nam nie współczuje".

15 kwietnia 1889 r. -był to poniedziałek Wielkiego Tygodnia - Ojciec Damian umiera w wieku 49 lat. Przed śmiercią wyznał najbliższym: "Teraz, kiedy moim braciom trędowatym żyje się lepiej, mogę spokojnie odejść do Pana. Nie chcę gdzie indziej umierać, tylko tu, na Molokai, z moimi trędowatymi. Niosę Krzyż bez odpoczynku, do końca. Ufam, że w końcu osiągnę szczyt mej Kalwarii. Teraz czeka mnie radość umierania. Będę umierał jako syn Najświętszych Serc Jezusa i Maryi. Z Bogiem, Molokai...".

Pochowano go nazajutrz w miejscu, które sobie wybrał wśród 2000 mogił jego ukochanych trędowatych. Na jego grobie wzniesiono krzyż z czarnego marmuru z napisem: "Ku pamięci Ojca Damiana de Veuster, który umarł jako męczennik miłości za nieszczęsnych trędowatych". Tuż po jego śmierci dziennik londyński "Times" pisał: "Ten kapłan katolicki stał się dla całej ludzkości przyjacielem. Jego chwalebna pogarda własnego życia i jego odważne tłumaczenie Ewangelii jego Mistrza sprawią, że jego pamięć czczona będzie wiecznie. Nie można płakać z powodu jego śmierci, można tylko chwalić, błogosławić i dziękować, czując pewność, że dla Ojca Damiana wszystko jest teraz dobrze na zawsze". Podobne pochwały ukazały się w prasie całego świata. Co więcej, pojawiły się "nowe" dary z siebie: Ojciec Damian miał wielu następców. Pisał "Daily Telegraph", że "widok miłości na wskroś chrześcijańskiej tego bohaterskiego misjonarza, wywołał entuzjazm". Coraz więcej ludzi przyswaja sobie dewizę Ojca Damiana: kochać i działać.

W 1936 r. rząd belgijski zatroszczył się o przewiezienie ciała Ojca Damiana z Molokai do Lowanium i ogłosił go bohaterem narodowym. Od 1938 r. toczy się proces beatyfikacyjny bohaterskiego misjonarza. W 1967 r. papież Paweł VI otrzymał petycję o jego wyniesienie na ołtarze, podpisaną przez 33 tysiące trędowatych i 302 biskupów, w których diecezjach żyją chorzy na trąd. W dziesięć lat potem tenże papież mógł ogłosić heroiczność cnót Ojca Damiana, któremu odtąd przysługuje tytuł: czcigodny.


P.S. Drogi Czytelniku, jeśli pragniesz bliżej poznać biografię Ojca Damiana lub też wstać, tak jak on, Misjonarzem Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, napisz pod adres: Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, 52-225 Wrocław, ul. Snopkowa 5.

[s. 109]

Grafika do art. Kochać i działać...

[Fot. 1, s. 108] O. Damian de Veuster przed wyjazdem na Molokai.

Grafika do art. Kochać i działać...

[Fot. 2, s. 109] O. Damian wśród trędowatych w 1888 r.