Janusz Korczak - wielki przyjaciel dzieci

Janusz Korczak (właściwie Henryk Goldszmit) urodził się w 1878 (lub 1879) roku, zmarł śmiercią męczeńską w 1942 r. Nie skorzystał z możliwości ucieczki, lecz pozwolił zamknąć się w murach getta wraz z dziećmi, dając tym jeszcze jeden dowód wielkiej do nich miłości. 6 sierpnia prowadził męczeński pochód 200 dzieci - na rampę kolejową, skąd wszyscy zostali wywiezieni do komory gazowej w Treblince.

Miał pasję pisarską, jednak służyć praktycznie człowiekowi wydawało mu się więcej niż pisać, dlatego został lekarzem. Stał się lekarzem modnym i rozrywanym, może dlatego, że nie brał pieniędzy od biednych, a nawet zostawiał na lekarstwo. Ale i to wydawało mu się działaniem nie wystarczającym, wkrótce więc stał się współzałożycielem i współkierownikiem Domu Sierot, później także znanego sierocińca "Nasz Dom".

Dla dzieci był ojcem i przyjacielem. W prowadzonym przez siebie domu realizował swój własny system wychowawczy, polegający przede wszystkim na rozwijaniu społecznej aktywności dzieci, wdrażaniu prawidłowych form współżycia w grupie. Zainicjował powstanie sądu koleżeńskiego, by wyrabiać w swoich wychowankach poczucie sprawiedliwości, i sam czasem przed tym sądem stawał. Mała Łajcia pozwała go przed dziecięcy trybunał, ponieważ posadził ją na akacji, a ona się bardzo bała i jeszcze z niej dowcipkował i śmiał się. Wyrok brzmiał: "sąd nie przebaczając stwierdza, że A. uczynił to, o co jest oskarżony". Po ogłoszeniu werdyktu Łajcia rzuciła się w ramiona wychowawcy.

Nie znaczy to, że dzieciom wszystko było wolno. Sam Korczak mówił: "Więc na wszystko pozwalać? Przenigdy - z nudzącego się niewolnika zrobimy znudzonego tyrana". W domu sierot panował wzorowy porządek, a nawet pewien rygor.

Miłośnik dzieci Janusz Korczak potrafił zrozumieć dziecko, aż do utożsamienia się z nim, czego dał wyraz w książce: Kiedy znów będę mały. Bohater opowiada, że dzięki krasnoludkowi, który spełnia jego marzenia, z tornistrem na plecach idzie jako dziecko do szkoły. "Już w pierwszym dniu przeżywa wiele tragedii: stoi w kącie, wpada na pana kierownika i słyszy: «przyjdź jutro z matką», łobuz zaczepia go na ulicy i zrywa mu czapkę z głowy. Wreszcie po wielu takich, a nawet jeszcze gorszych, dniach, osamotniony, zapłakany, znowu spotyka krasnoludka i szepce mu przez łzy: «Chcę być duży. Już pragnę być dorosły»". Z tej fikcji literackiej bez trudu wyczytamy miłość do dziecka i umiejętność wczucia się w jego przeżycia.

W Warszawskim Instytucie Pedagogiki Specjalnej urządził on zajęcia (1919 r.) dla studentów w gabinecie rentgenologicznym. Przyprowadził wtedy ze sobą małego chłopca. Słuchacze zobaczyli na jasnym ekranie, jak gwałtownie bije serce dziecka wylęknionego. Chłopczyk bowiem wystraszył się otaczającej ciemności oraz dziwnej maszyny, przed którą stanął. Korczak powiedział zebranym głosem cichym i wzruszonym, że powinni dobrze przyjrzeć się i zapamiętać, jak wygląda dziecięce serce, gdy gniewamy się lub chcemy karać w uniesieniu.

Korczak niejednokrotnie oskarża dorosłych o egoizm, brak miłości, a nawet tyranię w kontaktach z dziećmi. Warto zatrzymać się nad głosem wielkiego pedagoga, by dostrzec w nim wiele gorzkiej prawdy, ale i nauki dla nas. Już samo zwrócenie uwagi na nasze odnoszenie się do dziecka, przyniesie dziecku i nam wiele dobra.