Już drugą niedzielę spędzałem w sanatorium. Atrakcją tego dnia był koncert symfoniczny, ale upał sprawił, że przegapiłem godzinę rozpoczęcia koncertu. Spóźniłem się znacznie.
Ławki okalające muszlę koncertową niemal w całości były zajęte. Tylko na jednej, z boku, siedziała starsza pani. Przysiadłem się na brzegu, wsłuchując się w ostatnie akordy Opowieści z Lasku Bulońskiego.
W oczekiwaniu na drugą część koncertu zaczęliśmy rozmawiać. Niespodziewanie starsza pani ożywiła się.
Proszę pana - mówiła cichym, lekko matowym głosem - ostatni raz w takiej kuracyjnej miejscowości byłam jeszcze przed wojną ze swoim śp. mężem. Teraz mogę jedynie wspominać te dawne, cudowne czasy. - Zdania układała wolno, jakby z ogromnym namysłem, lecz tak słowa jak i tembr głosu miała łagodny i miły. - Zmieniły się tylko stroje, znajduję nowe utwory... lecz nastrój kurortu i jego atmosfera pozostała taka sama jak dawniej.
- Tak się pani wydaje, bo dawno nie była pani na koncercie. A przecież i tam, gdzie mieszkamy, możemy od czasu do czasu posłuchać muzyki...
- To prawda, lecz czyż taka stara kobieta jak ja mogłaby iść sama do teatru, opery, filharmonii... to nawet nie wypada... A właściwie to człowiek nie ma na takie sprawy czasu.
Przyglądałem się spod oka ładnie utrzymanym siwiuteńkim włosom, sukni skromnie, choć z gustem i jakimś smakiem uszytej. Przy okazji spostrzegłem zmarszczone i spracowane dłonie oraz "mysie łapki" wokół łagodnie spoglądających oczu.
- Tu pani chyba przesadziła, gdyż nie przypuszczam, by pani pracowała jeszcze zawodowo. A inne osobiste zajęcia można tak zaplanować, że znajdzie się czas również i na rozrywki.
- Jest pan młody. Czy żyje jeszcze matka pana?
- Tak, i mieszka blisko mnie - odpowiedziałem.
- Wobec tego może pan mi odpowie, ile razy był pan z matką w teatrze lub kinie?
Czułem, jak rumieniec oblewa mą twarz.
Zrobiło mi się naprawdę nieprzyjemnie, gdyż istotnie nie byłem w stanie przypomnieć sobie, bym w ostatnich kilku latach zaproponował mamusi jakieś wspólne wyjście z myślą o jej rozrywce.
- Milczy pan. A więc może i moje dzieci pod tym względem nie są wyjątkami. Mam ich troje. Wszystkie się ciągle dorabiają. Jakiś dziwny jest ten czas, że gania się ciągle za pieniędzmi, zapominając nie tylko o swej matce, ale często i o własnych dzieciach.
Słowa pełne ironii cięły mnie jak biczem. Robiło mi się coraz nieprzyjemniej, gdyż sam zbyt mało czasu poświęcałem rodzinie, a słyszane wyrzuty były jak gdyby kierowane pod moim bezpośrednio adresem.
- Nie zwierzałam się dotąd nigdy nikomu z tego, co od wielu lat leży mi na sercu, choć wielekroć płakałam w samotności nad swym losem.
- Uważam, że pani widzi świat trochę w zbyt czarnych kolorach. Możliwe, że od czasów młodości pani tak się dalece zmienił, iż trudno się do niego przyzwyczaić., A może ludzie obecnie mniej kierują się uczuciami, gdyż życie jest trudniejsze, a walka o byt przesłania nam wartość więzów rodzinnych w dawnym stylu.
- Być może jest w tym wszystkim trochę racji, lecz proszę mi wierzyć, że i w latach mojej młodości życie nie było wiele lżejsze, a jednak zawsze był czas na wychowanie dzieci, na rodzinne spotkania, na spacery, dla domu i dla kościoła. Uważam też, że dawniej rodzice nie odczuwali takiej samotności, jak to dzisiaj bywa.
Kątem oka spostrzegłem, że ręce jej zadrżały, a w oczach pojawiły się łzy. Byłem zły na siebie, że wdałem się w tę rozmowę. Nie wypadało teraz jednak przerywać wątku, gdyż w jej oczach byłbym następnym człowiekiem, który mógłby urazić jej uczucia.
- Mówi pani o dzieciach, wnukach, nie dostrzegam więc tej samotności, którą pani podkreśla.
Ma pan rację. Wydaje mi się, że dzieci mam nie najgorsze. Nie potrafimy jednak ze sobą rozmawiać. Ja nie rozumiem zupełnie ich problemów, chociaż czasem bardzo się staram. Ich natomiast zupełnie nie interesuje to, z czym sama się borykam. Potrzebują mnie tylko wówczas, - gdy trzeba dopilnować dzieci, gdy chorują, lub wychodzą wieczorem do kina, do znajomych. Zamyśliła się na moment. - Poza tym jestem im już zupełnie niepotrzebna. Gdy jeszcze kilka lat temu dopisywał mi wzrok, trochę szyłam, haftowałam. Teraz, gdy już nie mogę, dzieci nie przyjdą, bym im coś pomogła, doradziła; wszyscy wiedzą wszystko lepiej.
- Z tego wynika, że pani ma dużo czasu dla siebie i może go teraz poświęcić, na rozrywki.
- A czy pan wie, ile taka kobieta jak ja otrzymuje renty. A przecież gdy wnuki mnie odwiedzą, chciałabym im coś postawić, upiec... by nie zapomniały babci, gdy umrę, Rodzice często zapominają, kiedy ich dziecko ma imieniny lub urodziny. Babci nie wy[209]pada zapomnieć. Zabieram je wówczas do kościółka, ale też i na lody, lub daruję skromny prezencik, bo na duży już mnie nie stać. Czy wie pan, ile wówczas pozostaje mi na życie?
Prąd ponownie przeszedł mi po ciele. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Coś ściskało w gardle, gdyż rozmawiając z tą steraną życiem kobietą, miałem przed oczyma swą własną matkę. Zastanawiałem się, dlaczego tak mało starałem się słuchać tego, co do mnie mówiła, dlaczego ktoś zupełnie obcy musi mi przypominać o podstawowych obowiązkach dziecka?
- Nie odpowiada pan. Nie chcę pana urazić, ale czy kiedykolwiek spytał pan swoją matkę, czy ma za co wykupić na przykład mięso na kartki?
- Przykro mi ogromnie, ale naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem i takich rozmów nie prowadziłem.
- Są rzeczy, które są stokrotnie trudniejsze do zniesienia dla samotnej kobiety i matki poświęcającej całe życie swym dzieciom. Gdy dziecko jest jeszcze małe, całą dla niego ostoją we wszystkich problemach są rodzice. Ono wie, że jedyną jego obroną, jedyną osobą, u której znajdzie serce i radę, jest matka. Mijają dni, lata, staje się coraz bardziej samodzielne, zaczyna wszystko wiedzieć lepiej, traci kontakt z tą osobą, która oddała mu całe serce i gotowa oddać życie. Dzisiaj w zasadzie jestem całkowicie niepotrzebna swym dzieciom i mimo że mieszkamy blisko siebie, rzadko się widzimy; przechodzimy obok siebie wielokrotnie jak obcy sobie ludzie. Może przesadzam w rozgoryczeniu, lecz prawdą jest, iż spotykając się z sąsiadką również kłaniamy się i wymieniamy zdawkowe słowa. Podobnie zachowujemy się przy spotkaniu z córką, z którą dzieliliśmy się wszystkim, co posiadaliśmy.
- Może pani popełniła gdzieś jakiś błąd w wychowaniu swych dzieci, a może dzieci kochają panią, a tylko różnica pokoleń doprowadziła do braku zrozumienia potrzeb. Oni, jak słyszę, posiadają również swoje dzieci, pragną prowadzić swe życie według wzorów, które same tworzą. Czy to również byłoby niewłaściwe według pani?
Zamyśliła się. Wietrzyk szumiał w gałęziach potężnych drzew. Słońce paliło. Od strony estrady dały się słyszeć nowe melodie. Nie mogłem rozpoznać utworu, lecz wydawało się, że był to fragment z Krakowiaków i górali, gdyż dźwięki miały coś z folkloru podkarpackiego.
Wsłuchałem się. Na chwilę zapomniałem zupełnie o wszystkim i o siedzącej obok babci, której jednak me ostatnie słowa nie dawały spokoju, bo skoro tylko przebrzmiały ostatnie tony, podjęła natychmiast rozmowę.
- Gdyby to była prawda i takie było usprawiedliwienie postępowania dzieci - nie tylko moich - w stosunku do ich rodziców, wówczas nie mogłaby istnieć rodzina jako ciągłość tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie, a tym samym musiałby zaniknąć naród jako ciągłość kulturowa. A przecież [210]my, Polacy, byliśmy zawsze dumni z tradycyjnej wierności dla Matki Najświętszej. Historia naszego narodu, pomimo zakrętów, wzlotów i upadków, posiada pewne stałe, zakorzenione cechy, z których czerpie nasza kultura i dzięki czemu zachowany jest ogólny kierunek rozwoju społeczeństwa.
Zdziwiłem się głębią myśli mojej rozmówczyni.
- A jednak na przestrzeni wieków - odezwałem się - zawsze istniały konflikty pokoleń i jak głęboko sięgamy pamięcią, zawsze słyszało się, że dawne pokolenie nie potrafiło znaleźć wspólnego języka z młodszymi.
- To prawda, gdyż prawem młodości jest wybieganie myślą w przyszłość, budowanie nowego, co wcale nie znaczy, że musi tracić szacunek dla tego, co stworzyli ich rodzice. Przeciwnie, to, co stare, musi być fundamentem nowego. Przecież i dziś, my, ludzie starego pokolenia, nie pragniemy, by świat toczył się tymi samymi torami, jakimi toczył się pięćdziesiąt czy sto lat temu. My pragniemy choć trochę szacunku, miłości i zrozumienia dla naszych słabostek i ułomności. Ciągle jednak widzimy wokół siebie mur obojętności i egoizmu.
- Myślę jednak, że nie kto inny, a właśnie dzieci załatwiły pani tutejszy pobyt w sanatorium, co świadczy, że myślą i troszczą się o swą matkę.
Uśmiechnęła się smutno i jakby z politowaniem. Chciała coś szybko odpowiedzieć, lecz łzy pokulały się po zmarszczonych policzkach. Po chwili opanowała się i zwróciła się w moją stronę.
- Przestańmy już dyskutować na te tematy, gdyż im bardziej się w nie zagłębiamy, tym więcej zaczynam od nowa przeżywać wszystkie swoje "dobra". Jestem tu już trzeci tydzień, a jeszcze nie otrzymałam żadnej wiadomości ani od dzieci, ani od wnuków, które przecież sama wychowałam.
Mówiła coraz ciszej, głos zaczął się znowu łamać.
- Załatwienie mego tutaj pobytu było również wyrafinowaniem z ich strony. Po prostu potrzebowali mego mieszkanka na ten czas.
Jakie to prozaiczne, prawda? Przy okazji oderwali się na jakiś czas od gderliwej, starej kobiety, która od czasu od czasu ukazuje się na horyzoncie jak wyrzut sumienia.
Przerwała znowu na moment, a ja już nie miałem śmiałości rozpoczynać dalszej dyskusji. Wytarła chusteczką nos i oczy i zaczęła kończyć rozpoczętą myśl.
- Przepraszam, że aż tyle żółci płynie ze mnie, ale teraz jest mi już lepiej. Mogę udać się na kolację. Może i pan po tej rozmowie trochę inaczej spojrzy na swą matkę. Jeszcze raz przepraszam i dziękuję za cierpliwość.
Ciężko wstała z ławki i powolnym krokiem udała się aleją w kierunku fontanny. Długo patrzyłem za nią, aż zmieszana z tłumem innych spacerowiczów, zniknęła za gęstwiną krzewów.


