Podajemy poniżej wyjątek ze wspomnień misjonarza franciszkańskiego w Japonii, który przez czterdzieści cztery lata kierował i wspierał swą pracą misję założoną w Nagasaki przez św. Maksymiliana. O. Samuel Rosenbaiger, urodzony 1898 roku we wsi Teodorówka koło Dukli (dziś woj. krośnieńskie), szkołę średnią ukończył we Lwowie, tam też odbył nowicjat i częściowo studia teologiczne. Wyświęcony na kapłana 29 VI 1921 r., przez wiele lat pracował wśród młodzieży zakonnej, pełniąc obowiązki nauczyciela i wychowawcy.
W roku 1936 wybrano go przełożonym klasztoru Mugenzai no Sono. Z powodu wielkich trudności finansowych związanych z wydawaniem japońskiego "Rycerza Niepokalanej" i utrzymywaniem tamtejszego Małego Seminarium, wyjechał do Ameryki i przez kilkanaście lat pracując jako rekolekcjonista wśród Polonii, utrzymywał japońską placówkę. W znacznej mierze jego wysiłkom zawdzięcza prowincja franciszkańska w Japonii swój rozwój, kierował nią bowiem przez 24 lata. Zmarł w Konagai koło Nagasaki 7 listopada 1981 r. Jednak decyzja wyjazdu na misje nie przyszła mu łatwo, jak można się przekonać z jego relacji.
Myśl o misji, choć trudno ją określić jako zapał, nieraz mnie pociągała. Jak wspomniałem, w roku 1930 niespodziewana wieść okrążyła Prowincję, że Ojciec Maksymilian Kolbe ruszył w świat szukając stosownej placówki na misyjny Niepokalanów w Egipcie, Indiach lub w Chinach, by wreszcie zrealizować swój zamiar w Nagasaki. Stamtąd utrzymywał kontakt z Seminarium, przysyłając japońskiego "Rycerza" i tłumaczone listy czytelników. Gdy wracał do Polski, dawał opis misyjnych wysiłków, choć przez pryzmat jego ducha wszystko wyglądało różowo. Oddany całkowicie Niepokalanej, heroicznie nie uginał się pod ciężarem niezwykłych trudności i dotkliwych ofiar, jakie były codziennym chlebem w początkach misji. One właśnie sprawiły, że zarówno w seminarium, jak też w całej Prowincji wrażliwość na sprawy misji była raczej słaba. Lecz ziarno nie padło na opokę. Więc najpierw zwerbował trzech kleryków po studiach humanistycznych, w nadziei, że odbywając dalsze studia na miejscu i ucząc się tam języka, zaaklimatyzują się w tak obcym kulturowo terenie. Próba skończyła się niemal fiaskiem, bo zaledwie jeden z nich, o. Mieczysław, wytrwał całkowicie oddany idei Ojca Maksymiliana. Po pewnym czasie pojechało do Japonii dwóch innych ojców: Metody i Konstanty, lecz i oni wkrótce wrócili do kraju. Wreszcie ojciec Kornel Czupryk, zakończywszy w r. 1933 swoje obowiązki prowincjalskie, podjął krzyż misyjny wypadający z rąk innym i został wybrany gwardianem w Nagasaki. Przez sześć lat pełnienia funkcji prowin[280]cjała patronował on wszystkim inicjatywom Ojca Maksymiliana. On wyraził w r. 1927 zgodę na założenie - Niepokalanowa, tamtejszego Małego Seminarium i na wiele innych ryzykownych projektów, do których należał także wyjazd Ojca Maksymiliana do Japonii, a który napotykał sprzeciwy z różnych stron. Teraz, po wielu zawodach, które misję w Japonii dotknęły, sam ochotniczo wstąpił w szranki, być może, z poczucia odpowiedzialności za placówkę, do powstania której pośrednio się przyczynił. Sam mi później oświadczył: "Nie czułem powołania, by być misjonarzem, lecz pojechałem, gdyż placówka była u podstaw zagrożona. Nie tylko niechęć Prowincji, lecz nawet podejrzenia w Rzymie wskutek donosów narastały". Jego wyjazd przeżyłem bardzo głęboko, a przy pożegnaniu nawet łzawo. Prowincja jednak doznała ulgi płynącej z nadziei, że teraz, sprawy w Japonii lepiej się ułożą.
Ja w tym czasie w Krakowie żyłem w natłoku różnych zajęć, a szczególnie pochłaniało mnie przygotowanie do egzaminów i pracy doktorskiej. Wreszcie w 1933 roku otrzymałem promocję doktorską na Uniwersytecie Jagiellońskim, na podstawie pracy o krakowskiej bazylice. Rozprawa wydrukowana została w zbiorze Towarzystwa Miłośników Krakowa i zyskała przychylne recenzje za oryginalne naświetlenie niektórych problemów, związanych z przybyciem pierwszych franciszkanów do Polski. Jednak czułem, że powołanie kapłańskie salus animarum nie pokrywa się z pracą historyka. Jako wychowawca kleryków, wskazując im przy różnych okazjach ideał apostoła i misjonarza, czułem się zaambarasowany: łatwo ci wypychać innych, a sam trzymasz się z boku. Czyn więcej skutkuje niż kazanie. Pusto i drętwo brzmiała moja zachęta do misji, gdy ograniczała się tylko do dorocznej akademii z wyświetleniem przeźroczy o Chinach czy innych krajach misyjnych i do zbierania ofiar dla tych, co gdzieś ponoszą ciężar pracy na dalekich placówkach. Czułem rosnący pociąg do misji, z których kilka lat wcześniej się wycofałem. Wszak teraz to nie rozłąka z Prowincją-Matką, bo misja w Nagasaki była już legalnie jej integralną częścią. Szczególnie zaś czytanie Dziejów duszy świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, patronki misji, budziło apel: "Idź na żniwo Pańskie". Lubiłem co roku pomagać w czasie odpustu w Kalwarii Pacławskiej. Praca w konfesjonale w gorączce i zaduchu, w hałaśliwym tłoku była żmudna. Lecz widok mas ludzkich zmizerowanych, utrudzonych, lgnących do Boga, padających jak snopy na powitanie i pożegnanie kalwaryjskiej Panienki pogłębiał zamiar, by oddać się duszom, które jeszcze Boga i Niepokalanej nie znają. Żegnając się z cudownym obrazem modliłem się, by Maryja była gwiazdą wiodącą mnie na pole misyjne. Tak, choć z Japonii nie otrzymywałem zbyt natarczywej zachęty, moje powołanie dojrzało z końcem roku 1935. Za głosem wewnętrznym poszedłem na misje.
Z pamiętnika misjonarza ojca Samuela Rosenbaigera


