S. Jadwiga Prętka franciszkanka misjonarka Maryi
"Ofiaruję moje życie za Kościół i zbawienie świata..." - takie słowa wypowiada każda franciszkanka misjonarka Maryi w dniu swojej profesji. Z całą świadomością powagi chwili wypowiedziała je s. Jadwiga Prętka w dniu swoich ślubów wieczystych 15 sierpnia 1974 r. w rodzinnej parafii w Głuchołazach. Jednocześnie odbyła się ceremonia wręczenia jej krzyża misyjnego. Wkrótce wyjechała na misje.
Misjonarze i misjonarki, którzy głoszą Chrystusa niosącego każdemu człowiekowi pokój i miłosierdzie, swoimi czynami i pracą na rzecz najbardziej opuszczonych, wydziedziczonych, najbiedniejszych, świadczą o prawdziwości i mocy Ewangelii. Siostra Jadwiga posługiwała ubogim w szpitalu jako pielęgniarka. Bóg postawił ją w sercu Afryki.
Siostry, które miały okazję. pracować razem z nią, podkreślają jej niezwykłą ofiarność, zapał, energię i wewnętrzną dyscyplinę: "Pracowała bardzo szybko i dokładnie. Nigdy nie można było za nią nadążyć. Była bardzo odpowiedzialna. Nigdy nie podała żadnego leku bez zastanowienia, nie pozostawiła -żadnego dziecka bez pomocy. Przy tym wnosiła tak wiele radości...".
Głęboką, cichą radość, która z niej promieniowała, i pełen miłości spokój czerpała z wewnętrznego dialogu z Bogiem, z modlitwy, która była istotną częścią jej życia.
Siostrzanym, bezpośrednim podejściem zjednywała sobie wszystkich: chrześcijan, muzułmanów, animistów, niewierzących. Szczera, a jednocześnie niezwykle dyskretna i delikatna, umiała trafić do każdego serca i wnieść doń ufność i pokój.
Droga, która doprowadziła ją na misje, nie była łatwa. Urodziła się w grudniu 1949 r. w Głuchołazach. Tam też skończyła szkołę podstawową i średnią. Zdolna i inteligentna miała zapewniony wstęp na studia. Ale ona chciała czegoś więcej... "Ofiaruję moje życie za Kościół i zbawienie świata...".
Mimo sprzeciwu rodziców wstąpiła do zgromadzenia franciszkanek misjonarek Maryi. "Któregoś dnia. przyjechali (rodzice), by mnie zabrać... - opowiadała. Płakali, prosili, bym wróciła. A ja miałam serce jak z kamienia. Chrystus dał mi tę łaskę, że dobrze czułam się na swoim miejscu... Odeszli. Długo
patrzyłam za nimi... Dopiero wtedy coś się we mnie załamało i zaczęłam płakać...".
W końcu i oni zrozumieli, że ich córka oddana Bogu, nie odeszła od nich, ona tylko rozszerzyła swoją rodzinę, przyjęła do niej wszystkich, a przede wszystkim małych, biednych i zapomnianych. Ze czcią ucałowali jej krzyż misyjny.
Po ukończeniu nowicjatu s. Jadwiga podjęła w lutym 1970 r. naukę w szkole pielęgniarskiej. Ukończyła ją w lutym 1972 r. W półtora roku potem wyjechała do Anglii na kurs języka. Przygotowywała się do pracy na Dalekim Wschodzie. Do Polski wróciła na rekolekcje i wtedy złożyła śluby wieczyste. Bezpośrednio potem udała się do Rzymu, do domu generalnego. Przed wyjazdem na misje kończyła tam kurs teologiczny.
Tymczasem niespodziewana wiadomość: Pielęgniarka ze szpitala w Niamey ciężko zachorowała. Musiała poddać się operacji i pozostać w Polsce. Umowa jednak o pracę obowiązuje; miejsce pozostaje puste.
- Czy siostra mogłaby pojechać do Niamey? - zaproponowała s. Lama, przełożona generalna.
- Jestem gotowa...
Znowu intensywny kurs języka - teraz francuskiego - na wakacjach i dokończenie kursu teologicznego... i s. Jadwiga odlatuje do Niamey. Było to 13 października 1975 r.
Domy S[ióstr] Franciszkanek Misjonarek Maryi mają charakter międzynarodowy, bo do zgromadzenia należą siostry z około 60 narodowości. Wspólnota w Niamey, do której weszła s. Jadwiga, liczyła 5 osób i składała się z przedstawicielek czterech narodowości. "Z wiarą przyjmujemy siostry, które On (Bóg) nam daje, akceptując naszą różnorodność i komplementarność" - mówią konstytucje zgromadzenia, a dodać należy, że w tym się wyraża również jedność i powszechność Ludu Bożego.
Siostra Jadwiga w czasie swego siedmioletniego pobytu w Afryce, najpierw w Niamey, potem w Dakarze, stolicy Senegalu - dwukrotnie odwiedziła Polskę.
W lipcu 1981 r. powróciła na urlop zdrowotny. Miała początki gruźlicy, której nabawiła się pielęgnując chorych. Bardzo pragnęła odzyskać zdrowie.
Tęskniła za Afryką. Mówiła: "Ja należę do tamtej prowincji. Muszę jechać tam jak najszybciej. Tam są tak wielkie potrzeby...". Na jej stoliku stała zawsze fotografia afrykańskich dzieci. Bóg dał, że wróciła do zdrowia. Przed powrotem do Afryki pracowała kilka miesięcy w Państwowym Domu Małego Dziecka w Łabuniach. Siostry, personel i podopieczni bardzo ją pokochali. W pracę i w życie wspólnotowe wkładała całe serce, jednak spieszno jej było do Afryki. "Jaka to będzie radość, gdy będę już z siostrami w Dakarze - powtarzała. - Siostrze Lucynie (przełożona prowincjalna) zawiozę na imieniny bukiet biało-czerwonych kwiatów, najpiękniejszy, jaki zdołam ułożyć...". Wyjeżdżając niepokoiła się: "Czy zrobiłam wszystko?". Po chwili zastanowienia powiedziała: "Wydaje mi się, że zrobiłam wszystko, co mogłam...". Pożegnała się ze wszystkimi, zabrała bukiet biało-czerwonych kwiatów i 5 lipca 1982 r. wyleciała samolotem z Warszawy do Moskwy, skąd niedługo po północy odlatywał samolot do Dakaru. W minutę po starcie samolot runął na płytę lotniska. Wszyscy zginęli. "Ofiaruję swe życie za Kościół i zbawienie świata" i "Zrobiłam wszystko, co mogłam...". Bóg przyjął ofiarę. "Jeśli ziarno padłszy w ziemię obumrze, przynosi plon obfity". Ciało jej wróciło do Polski w szkarłatnej trumnie - koloru krwi. W chwili śmierci miała 32 lata; 15 lat w zgromadzeniu; 7 lat na misjach. Jaki jest bilans dobra, które wykonała przez ten czas, wie tylko On - Bóg.

