Bóg objawiał się w ciągu dziejów wielokrotnie. Jakieś efektowne i bardzo bezpośrednie objawienie miało miejsce w zaraniu zaistnienia człowieka. Adam i Ewa cieszyli się jakimś szczególnym obcowaniem z Bogiem. Echa tego wyjątkowego objawienia przetrwały do dzisiaj u pierwotnych plemion, do których nie dotarła jeszcze cywilizacja. Misjonarze i etnografowie, spotykając się po raz pierwszy z tymi ludźmi, odkrywali ze zdziwieniem, że u nich -przechowuje się mniej lub więcej wyraźna tradycja o jakiejś pierwotnej szczęśliwości, którą człowiek utracił popełniając grzech. Żyje też u nich nadzieja odzyskania utraconego szczęścia, gdy się dopełnią czasy. Przyjdzie wówczas ktoś, co naprawi wyrządzoną przez człowieka szkodę.
Później objawiał się Bóg Patriarchom. Łaski tej dostąpili: Abraham, Izaak, Jakub. Wielokrotnie rozmawiał z Bogiem Mojżesz. Świadkiem niezwykłego objawienia na Synaju był cały lud izraelski. Prorocy, Sędziowie, Sybille to jeszcze jeden rozdział objawień Boga.
A gdy nastała pełnia czasów objawił się Bóg w sposób najdoskonalszy przez Syna swego, który stał się człowiekiem, dał się ukrzyżować, umarł i zmartwychwstał.
Objawienie betlejemskie było skuteczne. Każdy człowiek dobrej woli mógł je łatwo poznać. Znamienne, że do Żłóbka Jezusowego pośpieszyli przed wszystkimi prości pasterze pobliskich pastwisk, a za nimi uczeni mężowie z odległych, nawet niezbyt dobrze znanych, krain. Przekrój kulturalny tych, cci poznali objawienie był rozległy: maluczcy i uczeni, bliscy i dalecy. Wszyscy więc mogli zrozumieć znaki czasu. W praktyce jednak nie wszyscy je pojęli. Niczego nie zrozumiał znajdujący się tuż pod bokiem Herod. Nie odczytał znaku światowładny Rzym, a z nim wiele ludów narodów, z których wiele do dziś jeszcze go nie rozumieją.
Bóg uczynił wszystko, by ludzie mogli Go poznać. Reszta należy do człowieka. Człowiek powinien wyjść na spotkanie objawiającemu się Bogu. Lecz człowiek jest stworzeniem wolnym. Może sprzeciwić się woli Bożej. Może wznieść takie zapory, że Bóg ze swoją łaską nie przebije się do duszy opornego człowieka.
Kto zamknie oczy, ten choć będzie odczuwać na twarzy ciepło promieni słonecznych, samych promieni nie zobaczy, dokąd oczu nie otworzy. Na nic się przyda potęga słonecznego blasku, jeśli człowiek przemocą zawrze powieki.
Podobnie i Boga nie ujrzy człowiek, który na oczy swej duszy i serca zapuści jakąś nieprzeniknioną kurtynę. Bezskuteczna staje się wtedy dla człowieka siła Bożego objawienia.
Człowiek staje się ślepcem z własnego wyboru, który przymusza siebie do nieuznawania tego, co samo przez się jest widoczne. Do takich kieruje słowa nasz poeta: "Wierzysz, że Bóg narodził się w betlejemskim żłobie, biada, jeśli nie narodził się w tobie".
Każda ślepota jest dotkliwym kalectwem. Duchowa tym bardziej. Człowiek nią dotknięty jest ogromnie nieszczęśliwy. Większość niewierzących nie umie analizować i nazywać stanów swego ducha. Są jednak wśród nich tacy, którzy potrafią to robić doskonale.
Ateista niemiecki, Nietzsche, gdy chciano go pocieszyć komplementem, że jest szczęśliwy bez Boga, gorzko się rozpłakał i przyznał: "Idea Boga jest wielka. Ja ją straciłem. Teraz nie mogę wrócić". Boga, którego się wyrzekł, wzywał do powrotu: "O powróć znów z wszystkimi mękami swymi do ostatniego z samotników! O powróć, przyjdź! Wszystkie źródła moich łez do Ciebie płyną wszak, ostatni serca mego płomień Tobie zapłonął. O powróć, przyjdź nieznany Boże mój, mój bólu, me ostatnie szczęście" A kiedy popadł już w obłąkanie - zapewne w niemałym stopniu pod wpływem swego wewnętrznego cierpienia duchowego z utraty upragnionego Boga - stawał się zawsze chory i niespokojny, ilekroć usłyszał dzwony kościelne wzywające na modlitwę.
Rosyjski pisarz, Zinowiew, słowiański odpowiednik Nietzschego, stracił wiarę w 12 roku życia. Obecnie przeżywa po[9]dobne męki jak jego germański kolega, W "Modlitwie wierzącego ateisty" daje wyraz swemu cierpieniu: "Boże mój, czemu nie istniejesz? ... Przyjdź, mówię Ci. Jakże trudno Jest żyć bez Ciebie!". "Koniec Boga oznacza koniec człowieka - przyznaje Zinowiew - Jeżeli człowiek nie dostrzega już religii, wraca do stanu zwierzęcego". Dlatego pisarz za najszczęśliwszy okres swego życia uważa ten, kiedy posiadał wiarę. "Miałem sen - pisze - pełen światła i radości. Śniło mi się, że matka prowadzi mnie do kościoła, do spowiedzi czy Komunii św[iętej]. Pierwszy miły sen w ostatnich 30 latach. Ale też ostatni" - wyznaje z bólem.
Ci ludzie mówią o Bogu jak o dobrze znajomym, a jednak Go nie posiadają, Przypominają ludzi, którym bielmo zasnuło oczy. Teraz z nostalgią i bólem wspominają te czasy, kiedy cieszyli się jasnym wzrokiem. Bóg im się objawił, ale oni zawiesili grube kotary niewiary przed sobą i teraz znoszą duchowe tortury. Gdyby im ktoś pomógł zedrzeć tę kurtynę odzyskaliby radość i szczęście jak św. Augustyn. On również przez wiele lat błądził poza Bogiem. Pragnął Go i szukał, a równocześnie uciekał przed Nim. Lecz miał więcej szczęścia od innych. Za Augustynem szła matka jego trop w trop; składała daninę łez, modlitwy i pokuty. Pomógł jej też św. Ambroży, W końcu dumny i pewny siebie retor odnalazł drogę do Boga. Jakże inaczej pisał wtedy Augustyn niż Zinowiew i Nietzsche. "Późno Cię pokochałem - czytamy w jego "Wyznaniach" - Piękności, tak dawna, a tak nowa. Byłaś ze mną, a ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie te rzeczy, które nie istniałyby, gdyby nie były w Tobie. Zawołałaś, wezwałaś - i przerwałaś moją głuchotę; zabłysnęłaś, zajaśniałaś i - usunęłaś moją ślepotę" .
Nie naszą zasługą jest, że posiadamy wiarę w Boga. Ale jest winą Heroda, Zinowiewa, Nietzschego i tylu innych, że nie poznali objawiającego się Boga Nie naszą rzeczą jest sądzić ich. Raczej współczujmy im, a Bogu dziękujmy, że my wiarę mamy. Pozbawionym wiary pomagajmy modlitwą i wszelkimi innymi sposobami, by i oni poznali Tego, bez którego żyć jest trudno.

