Wspomnienie zaczęło się od tego, że rodzice małej Marysi chcieli, żeby jej patronką była Matka Boska z Fatimy, akurat ta, a nie inna...
- No, to kiedy imieniny? kiedy?
- Nie wiem - mówię - ale chyba wtedy, gdy się pierwszy raz ukazała i kiedy Ją odwiedził Ojciec Święty i kiedy go uratowała, no, więc musi być 13 maja.
I mała Marysia obchodzi imieniny 13-go maja.
Ale przy okazji tej rozmowy, jak to bywa, jedna myśl pociągnie za sobą cały wątek, tak i mnie wtedy ten trzynasty maja przypomniał się w całej głębi przeżycia - bo byłam tam 13 maja, właśnie wtedy, gdy był tam Ojciec Święty Jan Paweł II. Chyba nigdy nie przemawiał tak do Niej, jak tam, z takim autentycznym wzruszeniem i tak zwyczajnie - wobec tych tłumów, które potem żegnały Ją powiewaniem białych chusteczek. Rozdano tam wszystkim [137]ludziom te białe chusteczki, które powiewały, gdy Ona odjeżdżała na rydwanie z kwiatów Ale nawet nie o Ojcu Świętym chcę pisać, tylko o tym, co mi się objawiło w tej Fatimie -
Objawiły mi się tam trzy prawdy, czy, jak to powiedzieć, trzy sprawy znalazły tam pokrycie -
Pierwsza to samo "objawienie". Człowiekowi współczesnemu, a zresztą może zawsze każdemu, trudno jest przyjąć, że ot tak przyszła z nieba kobieta z krwi i kości, wniebowzięta, i stanęła na krzaku schodząc z obłoku - ot, tak sobie, jak my po ziemi - przyjąć to naprawdę wcale nie jest łatwo.
Myślę, że większość ludzi wierzących nie zatrzymuje się nad tym, nie drąży w to głębiej - tak trochę ten temat omija - i ja też właściwie bliżej tego nie analizowałam. No, było objawienie - był tam Paweł VI, Kościół zaakceptował - była Matka Boska w Fatimie w 1917 r.
No i teraz ten plac - w pierwszej chwili myślałam, że koło tego miejsca zgromadziła się grupa kalek, dopiero po chwili zobaczyłam, że to nie osoby kalekie, ale marsz na kolanach, ludzie okrążają to święte miejsce na kolanach nie śmiejąc deptać stopami tam, gdzie Ona stała -
I nagle okazało się, że nie jest to nawet akt wiary - nie mogę powiedzieć, że nagle uwierzyłam, nie - to coś zupełnie innego; właśnie nagle nabrałam pewności, że nie potrzebuję wysilać się na wiarę, bo właśnie wiem, że tu była Matka Boska, ta sama z Nazaretu - po prostu wiem.
Rozumiem tych ludzi, że klęczą, że się modlą, że tu są.
Była tu, wybrała to miejsce może dlatego, że okolica podobna do kraju Jej dzieciństwa, takie pagórki, pełne ostów i kolących krzaków, kamieni, nie góry wysokie, ale wzgórza. Zresztą nie wiem, dlaczego tu, ale wiem, że tu była.
A więc to takie pierwsze objawienie prawdy. Nie mogę powiedzieć, że to było owocem kontemplacji, rozmyślań głębokich, nie, zupełnie inaczej - pewność od góry, jakby z tego powietrza: tu była i już.
Po drugie, cóż ta Matka Boska tu chciała? Chciała, żeby dzieci mówiły Różaniec i czyniły ofiary. Różaniec nie, nie jeden raz - jak mały Franuś modlił się na różańcu za krótko, to wprawdzie widział Ją, ale nie słyszał, co mówiła, musiał "domodlić" ilość -
Właśnie tu zrozumiałam, dlaczego ilość -
W kontekście myśli o Różańcu zjawia mi się niespodziewanie skojarzenie z przeszłości -
Dawno temu, gdy byliśmy na tyle młodzi, że na sylwestra urządzaliśmy bal maskowy w pracowni Janki na górze, zdarzył mi się taki wypadek - po zamknięciu bramy jakiś spóźniony gość zadzwonił i ja posłałam na dół, żeby otworzył drzwi, młodego kolegę, lekarza, któremu jednak kazałam narzucić jaki bądź płaszcz, pierwszy z brzegu, bo w bramie zimno - mróz był. Chłopak zabrał jakiś płaszcz i skoczył na dół, po chwili wrócił razem z tym gościem, ale z jakąś dziwną miną zapytał mnie, czyj to płaszcz. Nie wiedziałam.
- Jak chcesz, to sprawdzę - sprawdziłam - Tolinka -
Po jakimś czasie, już nad ranem, chłopak mi mówi:
- Ja coś Pani chcę powiedzieć.
Usiedliśmy w kącie -
- Ja chciałem wiedzieć, czyj to płaszcz, bo tam odruchowo włożyłem rękę do kieszeni -
- No i co?
Chłopak milczał chwilę, a potem jakoś cicho powiedział:
- Bo tam był różaniec -
- No, to co?
- To mną wstrząsnęło -
- Dlaczego? Bo myślałeś, że to tylko stare baby klepią Różaniec? no, właśnie, a tu Tolinek - nie byle kto -
Miał w kieszeni różaniec i jak gdzieś szedł, jechał, korzystał z okazji i modlił się na różańcu.
Ojciec Święty też zawsze miał i ma różaniec w kieszeni - ileż razy w ciągu dnia mówi Różaniec!
Tyle razy słyszy się zarzut, że to takie klepanie, bezmyślna modlitwa, w kółko to samo, słyszy się argument, że nie chodzi o ilość, tylko o jakość pobożności -
A tu właśnie Matce Bożej chodziło o ilość - właśnie o ilość -
To Siostra Łucja spowodowała, że nagle pojęłam, dlaczego ilość, jak najwięcej różańców -
Rozmawiałam z nią, spokojną uśmiechniętą kobietą o oczach mojej mamy. Oczywiście, cóż ja za pytanie mogłam zadać tej kobiecie, która jako dziecko rozmawiała sobie z Matką Boską. O cóż może Polak pytać w Fatimie? Naturalnie, zapytałam, kiedy się nawróci Rosja, a ona żywo na to powiedziała:
- O nie, nie teraz, jeszcze nie czas -
- Dlaczego?
- Bo jest za duża przepaść między ilością co dzień popełnianych grzechów i zbrodni a ilością modlitwy i ofiary; od nas zależy, kiedy to będzie - od ilości naszej modlitwy, bo Matka Boska nie może działać przeciwko sprawiedliwości - więc trzeba tę ilość zbrodni zrównoważyć odpowiednią ilością modlitwy i ofiary brakuje modlitwy -
- A zwłaszcza - dodała - brakuje modlitwy ze strony księży i zakonnic -
- To prawda - pomyślałam - niedawno jeden stary ksiądz proboszcz w Polsce pokazał mi przez okno: "widzi Pani, Msza św. skończyła się minutę temu, a on już w samochodzie, już go nie ma" - mówił o swoim wikarym .ani chwili modlitwy, adoracji po Mszy św., ani chwili przed Mszą św." i kiwał głową. To w Polsce, a na Zachodzie jeszcze gorzej: spóźnisz się pięć minut, już jest podniesienie, a cała Msza św. 15 minut -
No, więc o ilość modlitwy chodzi -
Wszystko jedno, czy człowiek zmęczony zasypia przy Różańcu, czy nie może się skupić, te zdrowaśki się liczą, mają moc - mogą przechylić szalę -
- Od nas zależy - mówi siostra Łucja -
Jeszcze dodała, że modli się bardzo za Polskę, bo bez Polski Matka Boska nie może zbawić Rosji, bez pomocy Polski!
- Jakiej pomocy? - pytam, ale Siostra Łucja na to nie daje mi odpowiedzi, powtarza, że modli się za Polskę.
No, więc drugie objawienie to ilość. Liczy się ilość modlitwy, ilość odmówionych różańców - może też dlatego Ojciec Święty swoim gościom, swoim przyjaciołom rozdaje różańce i sam przez radio prowadzi Różaniec, żeby jak najwięcej ludzi uczestniczyło -
No, więc to było drugie objawienie, wezwanie do ilości: jak najwięcej!
A trzecie objawienie fatimskie dla mnie było w związku z ludźmi, których tam obserwowałam - byłam z grupą lekarzy jako opieka nad chorymi, którzy tam przybywali - tłum chorych na wózkach, z kulami, różni -
Pielgrzymka chorych po zdrowie, bo przecież taki jest cel tych podróży do miejsc świętych. Rozmawiałam z nimi przed Mszą św. i potem następnego dnia już po odjeździe Ojca Świętego, gdy powoli chorzy się rozjeżdżali, i uderzyło mnie to, co mogłam zaobserwować - przyjechali chorzy i odjeżdżali tak samo chorzy: nie widziałam ani jednego uzdrowienia, a jednak wszyscy oni - przynajmniej ci, z którymi rozmawiałam - odjeżdżali inni -
Zdumiewające, ale odjeżdżali szczęśliwi, szczęśliwi, że są chorzy, że mają co dać, że to właśnie oni są tymi, którzy mogą przyczynić się do zbawienia świata. Ci chorzy odjeżdżali stamtąd jak żołnierze pierwszej linii bojowej - ich cierpienie nabrało nieprawdopodobnego wymiaru, stało się skarbem. Oni, tacy właśnie jacy są, kalecy, są Jej potrzebni - Matce Boskiej Fatimskiej - to Jej wojsko -
Zaadresowane cierpienie, cierpienie pełne sensu i mocy przestaje być takim trudem, jakim było, póki tego sensu nie nabrało -
To, co tak trudno ludziom zrozumieć - o co nieraz rozbija się ludzka wiara, o co tyle razy buntują się młodzi: cierpienie niewinnych.
Ileż razy oskarża się Boga, że jest okrutny, albo wręcz się mówi, że Go w ogóle nie ma, skoro tyle ludzi tak cierpi...
To właśnie nagle staje się zrozumiałe -
właśnie ten sens
modlić się za tych, co się nie modlą, cierpieć za tych, co grzeszą, adorować za tych, co nie adorują.
To jest sens poselstwa fatimskiego -
Choroba, ból, nawet śmierć, to wszystko nabiera innego znaczenia - jeszcze coś można zrobić, właśnie coś dać, właśnie w mojej mocy niemocnego człowieka jest pomóc w zbawieniu świata, w nawróceniu Rosji -
Te osoby chore, które tam widziałam, odjeżdżały promienne, zadowolone, dowartościowane w swoim nieszczęściu, w swojej biedzie i cierpieniu -
Myślałam nawet, że to większy cud niż cudowne uzdrowienie ciała.


