Dziękuję... dziękuję, Matko Boża,
że dałaś mi tak wspaniały oręż.
Odtąd nie jestem już bezbronnym, słabym pisklęciem
w gnieździe na wysokiej topoli.
Dzięki Twej łasce, którą rozsiewasz swymi dobrymi, kochanymi
rękami, mam wspaniałą tarczę, chroniącą mnie przed złem,
tkwiącym we mnie samym.
Jakże często uważałem się za niezłomnego Samsona,
chodziłem w blaskach rycerskiej sławy Zawiszy.
I zawsze klęska spadała niespodzianie niby kamień
w czoło pysznego Goliata.
Czyż były to potężne ciosy?
O nie, przecież wielu z Twych synów takich uderzeń w ogóle nie odczuwa.
Mocno trwają w Twej Miłości.
Dla mnie ubogi habit stał się podrażnieniem dumy,
uwaga brata - paliła żarem pychy, drobne niepowodzenie - dławiło
i rosło do rozmiarów klęski pod Waterloo.
Z wyżyn uniesień i miłości spadałem na dno grobu ideałów.
A wszystko dlatego, że nie miałem siły, nie miałem broni.
Ty mi ją dałaś.
Znałem ją od dziecka. Dopiero jednak dziś przejrzałem.
Teraz spadła zasłona sceptycyzmu z powiek niedoszłego uczonego.
Ta broń tak prosta jak słowa elementarza.
Tak skuteczna jak sen na zmęczenie.
Tak dobra jak chleb po całodziennym trudzie.
Bo Ty wtedy
modlisz się ze mną,
modlisz się za mnie,
modlisz się we mnie,
modlisz się o mnie, o świat cały.
Jej imię - Różaniec.

