Mam 35 lat i troje dzieci. Najstarsza córka ma 12 lat, syn 8 lat, a najmłodsza córka 14 miesięcy.
Moje życie nie zawsze było takie, jak Bóg chciał. Często odchodziłam od Boga, ale i wracałam, bo bez Niego było mi źle, czułam pustkę i strach. Pewnego dnia poznałam mojego obecnego męża. Pochodził z rodziny religijnej, nie miał nałogów, więc po półtorarocznej znajomości pobraliśmy się. Po urodzeniu pierwszego dziecka nasze małżeństwo zaczęło kuleć. Nie rozumieliśmy się: mąż był młody, mało zaradny, często dochodziło do kłótni. Po czterech latach urodził się nam syn. Przeprowadziliśmy się do swego mieszkania, między nami było coraz lepiej, ale następne dwie ciąże załamały mnie psychicznie, bo mąż kazał je usunąć. Przeżyłam to strasznie, żyłam bowiem ze świadomością potępienia wiecznego. Przełamałam jednak strach i przystąpiłam do spowiedzi, a potem przed obrazem Maki Bożej złożyłam ślubowanie, że jeżeli jeszcze kiedykolwiek zdarzy się ciąża, to dziecko urodzę.
Przez cztery lata współżycie z mężem układało się dobrze. Pewnego jednak dnia stwierdziłam, że znowu zostanę matką. Ucieszyłam się bardzo, a nie przestraszyłam, zrozumiałam bowiem, że Matka Boża upomina się o dowód mego ślubowania. Kiedy powiedziałam o tym mężowi, zostałam niemile zaskoczona. Mąż nie wyraził zgody na urodzenie dziecka, co więcej, dał mi do wyboru: on albo dziecko. Moje tłumaczenie o ślubowaniu Maryi przyjął złośliwymi uwagami. Całkowicie odsunął się ode mnie i często z wyraźną niechęcią wskazywał na mój brzuch.
Całą prawie ciążę przebyłam na zwolnieniu lekarskim (wirusowe zapalenie płuc, niewydolność krążenia). Przez jakiś czas byłam też w szpitalu. Mąż, owszem, odwiedzał mnie z dziećmi w szpitalu, przy ludziach był nawet miły, ale w domu groził, że odejdzie, że nie będzie kochał tego dziecka. Również znajomi i niektórzy z rodziny pukali się znacząco w czoło widząc, że chcę mieć trzecie dziecko. Ale ja się nie poddawałam. Modliłam się gorąco do Matki Najświętszej i św. Maksymiliana prosząc o pomoc. Płakałam, kiedy byłam sama, wolałam o ratunek, bo kochałam dziecko pod sercem i ofiarowałam je Maryi. Tak donosiłam ciążę do ósmego miesiąca. W tym czasie mój stan zdrowia pogorszył się, musiałam iść do szpitala, gdzie 12 października 1986 r. urodziłam przez cesarskie cięcie córkę. Byłam bardzo chora i z początku nie wiedziałam, że i moja córeczka walczy ze śmiercią, będąc reanimowana. Przez trzy tygodnie zabiegano o jej życie. Nie miałam siły płakać, myślałam, że Bóg chce mi ją zabrać, z bólem pogodziłam się z tą myślą i przed opuszczeniem szpitala ochrzciłam ją z wody. Wróciłam do domu bez dziecka, które pozostało jeszcze na leczeniu.
Wbrew wszelkim przewidywaniom dziecko żyło. Dziwili się wszyscy: lekarze w szpitalu, rodzina, znajomi. W modlitwie o zdrowie dla dziecka nie byłam sama. Również moje starsze dzieci, rodzice i teściowie odmawiali w tej intencji różaniec. W końcu wygrałam wszystko. Córeczka chowa się bardzo dobrze, nie jest żadną kaleką, jest wspaniała. Ale najważniejsze jest to, że mąż wrócił do mnie i po 10 latach stronienia od konfesjonału poszedł do spowiedzi. Gdy drugi raz chrzciliśmy nasze dziecko w kościele, cała rodzina razem z mężem przyjęła do serca Pana Jezusa. Teraz jest nam bardzo dobrze. Mąż kocha małą, a ona przepada za nim.
Z całego serca dziękuję Matce Bożej za to, co uczyniła dla nas.
