Powiadasz: "Moje dziecko".
Kiedy, jeśli nie w okresie ciąży, masz do tego największe prawo? Bicie małego jak pestka brzoskwini serca jest echem twego tętna. Twój oddech daje i jemu tlen powietrza. Wspólna krew przebiega w nim i w tobie, a żadna czerwona krwi kropla nie wie jeszcze, czy pozostanie twoją lub jego, czy wylana będzie i umrze jako danina, którą pobiera tajemnica poczęcia i porodu. Kęs chleba, który żujesz, to dla niego materiał do budowy nóg, na których biegać będzie, skóry, która je będzie okrywać, oczu, którymi patrzeć będzie, mózgu, w którym myśl zapłonie, rąk, które do ciebie wyciągnie, uśmiechu, z którym zawoła: "mamo".
Razem macie przeżyć stanowczą chwilę: wspólnie wspólnym bólem cierpieć będziecie. Uderzy dzwon - hasło: "Gotowe!".
I jednocześnie ono powie: "Chcę żyć własnym życiem", ty powiesz: "Żyj teraz własnym życiem".
Silnymi skurczami trzewi wyrzucać je będziesz - nie dbając o jego ból, mocno i stanowczo przedzierać się ono będzie - nie dbając o twój ból.
Brutalny akt.
Nie - i ty, i ono - wykonacie sto tysięcy drgnień niedostrzegalnych, subtelnych, cudownie zręcznych, by zabierając swój dział życia nie zabrać więcej, niż wam się z prawa należy, powszechnego, odwiecznego.
"Moje dzieci".
Nie, nawet w ciągu miesięcy ciąży ani w godzinach porodu dziecko nie jest twoje.
Dziecko, które urodziłaś, waży dziesięć funtów.
Jest w nim osiem funtów wody i garść węgla, wapnia, azotu, siarki, fosforu, potasu, żelaza. Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu a każda kropla tego twojego dziecka była parą chmury, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskiego. Każdy atom węgla czy azotu wiązał się w miliony różnych połączeń.
Tyś tylko zebrała to wszystko, co było.
Ziemia zawieszona w nieskończoności.
Bliski towarzysz - słońce - pięćdziesiąt milionów mil.
Średnica drobnej ziemi naszej to tylko trzy tysiące mil ognia z cienką na dziesięć mil skorupą ostygłą.
Na cienkiej skorupie, wypełnionej ogniem,
wśród oceanów - rzucona garść lądu.
Na lądzie, wśród drzew i krzewów, owadów, ptactwa, zwierząt - mrowią się ludzie.
Wśród milionów ludzi urodziłaś jeszcze jedno - co? - źdźbło, pyłek - nic.
Takie to kruche, że je zabić może bakteria, która tysiąc razy powiększona jest dopiero punktem w polu widzenia...
Ale to "nic" jest bratem z krwi i kości fali morskiej, wichru, błyskawicy, słońca, Drogi Mlecznej. Ten pyłek jest bratem kłosu, trawy, dębu, palmy - pisklęcia, lwiątka, źrebaka, szczenięcia.
Jest w nim to, co czuje, bada - cierpi, pragnie, raduje się, kocha, ufa, nienawidzi - wierzy, wątpi, przygania i odtrąca.
Ten pyłek ogarnia myślą wszystko: gwiazdy i oceany, góry i przepaście. A czym jest treść duszy, jeśli nie wszechświatem, jeno bez wymiarów?
Oto sprzeczność w istocie człowieczej, powstałej z prochu, w której Bóg zamieszkał.
Powiadasz: "Moje dziecko".
Nie, to dziecko wspólne, matki i ojca, dziadków i pradziadów.
Czyjeś odlegle "ja", które spało w szeregu przodków, głos spróchniałej, dawno zapomnianej trumny nagle przemawia w twym dziecku.
Trzysta lat temu, wśród wojny czy pokoju, ktoś kimś zawładnął, w kalejdoskopie krzyżujących się ras, narodów, klas - za zgodą czy przemocą, w momencie przerażenia czy miłosnego upojenia - zdradził czy uwiódł, nikt nie wie, kto, kiedy, ale Bóg zapisał w księdze przeznaczeń, a antropolog odgadnąć pragnie z kształtu czaszki i barwy włosów.
Niekiedy dziecko wrażliwe fantazjuje, że jest podrzutkiem w domu rodziców. Tak bywa: jego rodzic umarł przed wiekiem.
Dziecko jest pergaminem szczelnie zapisanym drobnymi hieroglifami, których część tylko zdołasz odczytać, a niektóre potrafisz wytrzeć lub tylko zakreślić i własną zapełnisz treścią.
Straszne prawo? Nie, piękne. Ono w każdym twym dziecku daje pierwsze ogniwo w nieśmiertelnym łańcuchu pokoleń. Poszukaj tej uśpionej w twym cudzym dziecku własnej cząstki. Może dostrzeżesz, może nawet rozwiniesz.
Dziecko i bezmiar.
Dziecko i wieczność.
Dziecko - pyłek w przestrzeni.
Dziecko - moment w czasie.
