W domu Kolbów
Juliusz i Marianna Kolbowie po ślubie, który się odbył w kościele parafialnym w Zduńskiej Woli, zamieszkali w mieście w wynajętym domu przy ul. Browarnej 9. Tu przyszedł na świat najstarszy syn Franciszek i młodszy Rajmund - późniejszy o. Maksymilian (...). Kolbowie prowadzili cztery warsztaty tkackie i mieli na utrzymaniu jednego czeladnika i dwóch terminatorów.
Marianna zajmowała się gospodarstwem domowym i wychowaniem dzieci: Franusia i Rajmundka. W jej domu utrzymywał się zwyczaj, że codziennie oboje małżonkowie z czeladnikiem chodzili do odległego o pół kilometra kościoła na Mszę św. o godz. 8:00, a potem dopiero spożywali śniadanie. Ten pobożny zwyczaj stosowali latem i zimą, bez różnicy (...). Terminatorzy Juliusza Kolbego byli zwalniani każdej niedzieli z obowiązków i udawali się do swych rodzin. Juliusz dbał o to, by zawsze w niedzielę wysłuchali Mszy św.
Czas pracy w warsztacie był ustalony od godz. 6 rano do godz. 8 wieczorem, podobnie jak w innych warsztatach (...).
W domu Kolbów życie było wzorowe. Małżonkowie dochowywali sobie wzajemnej wierności małżeńskiej, kochali się i nie było kłótni. Nikomu też z pracowników nie ubliżali.
Z relacji Anny Kubiak, rodzonej siostry Marianny Kolbowej i chrzestnej matki bł. Maksymiliana (9 V 1947)
Wiedzą sąsiedzi...
Rodzinę Kolbów znam z lat 1906-09. W tym czasie widywałem się i przyjaźniłem bardzo z Juliuszem Kolbem. Nie było dnia, byśmy się razem nie widzieli.
Juliusza poznałem za pośrednictwem Walentego Hetmana. Było nas kilku. Tworzyliśmy zwartą grupę, która szczególnie się przyjaźniła. Często schodziliśmy się na wspólne zebrania, pogawędki i czytania. Mieliśmy biblioteczkę, czytaliśmy głównie rzeczy religijne z katechizmu lub z innych książek pobożnych. Należeliśmy do Żywego Różańca. (...) Potem Kolbowie wyprowadzili się do parafii Św. Mateusza [Pabianice], w której Juliusz przyczynił się do założenia biblioteczki parafialnej. Był on człowiekiem bardzo czynnym i ofiarnym dla kościoła. Chodził po mieszkaniach i zbierał składki na budowę kościoła Najświętszej Maryi Panny. Z tego powodu spotykały go często nieprzyjemności, ale nie zrażał się tym nigdy.
Zawsze był uczynny i pomysłowy, wiecznie się uczył razem z synami w domu. Uczył się z nimi po łacinie. Ile razy zaszło się do niego, zawsze można go było zastać przy książce.
Razem z żoną Marianną pracowali w fabryce.
Marianna była głęboko religijna, choć cicha, spokojna i małomówna: Dbała o czystość i porządek. W domu Kolbów nie było nieporozumień ani kłótni.
Chłopców było trzech. Mieli może po 10-12 lat. Uczyli się ustawicznie. Do kościoła chodzili z rodzicami na Nowe lub Stare Miasto. Samych też można było zastać ich w kościele.
Przed pierwszą wojną Kolbowie wyjechali z Pabianic (...).
Relacja Ludwika Lubońskiego (29 IX 1954)
Juliusza i Mariannę Kolbów znam z fabryki Endera, gdzie razem z nimi pracowałam przy warsztatach. Kolbowa była tkaczką, a Kolbe ważył towar w kantorze tej samej fabryki Endera, znajdującej się przy ul. Kilińskiego. Mieszkali wtedy naprzeciwko fabryki (...).
Kolbowie mieli trzech synów. Wszyscy trzej uczęszczali do szkoły. W południe, gdy rodzice wychodzili z fabryki, synowie czekali na nich przy bramie fabrycznej. Zazwyczaj byli w komplecie, czasem tylko we dwójkę. Stali sami, bez swoich rówieśników. Witali się z rodzicami serdecznie, chwytali matkę za ręce i z radością prowadzili do domu, na drugą stronę ulicy.
Relacja Antoniny Koch, sąsiadki (28 VII 1954)
Moi rodzice żyli w bliskiej i serdecznej przyjaźni z rodzicami Rajmunda Kolbego. Wszystkich trzech chłopców: Franciszka, Rajmunda i Józefa, znałam doskonale, ponieważ razem z moim bratem Edwardem tworzyliśmy nierozłączną piątkę, która buszowała po przyległym składzie desek, własności pabianickiego żyda, niejakiego Króla. Chłopcy byli nadzwyczaj weseli i żywi, ale nie psotliwi. Więcej: zawsze byli bardzo grzeczni. Właściciel tego składu desek nigdy nie bronił całej piątce bawić się tam w chowanego i biegać do woli, choć inne dzieci przepędzał.
Dom Kolbów odznaczał się wielką pobożnością i bogobojnością. Rodzice pobożnie wychowywali swoich synów (...).
Ks. W. Jakowski ze Starego Miasta, z parafii Św. Mateusza, zajął się chłopcami i umieścił wszystkich trzech w szkole O[jców] Franciszkanów we Lwowie. Dwaj zostali księżmi, a najstarszy nauczycielem.
Rajmund miał od najmłodszych lat głębokie naboże11stwo do Najśw. Panny Maryi. To nabożeństwo wszczepili rodzice, z ust których nie schodziły tego rodzaju zdania: "Matka Najświętsza pomoże. Matka Najświętsza nie opuści. Matka Najświętsza wszystko sprawi" (...).
Ojciec Rajmunda był wysoki, przystojny (...). Miał zacięcie i ducha prawdziwie apostolskiego. Kiedyś wybrał się ze swoim przyjacielem Walentym Hetmanem do pastora protestanckiego w Pabianicach, chcąc nawrócić go na wiarę rzymskokatolicką. Długo dyskutowali z tym pastorem, ale niestety - usiłowania ich spełzły na niczym. Powróciwszy do domu przez długi czas nie mogli sobie darować, że im się nie powiodło.
Matka Rajmunda była kobietą nadzwyczaj miłą, miała niezwykle słodki wyraz twarzy i miłe obejście. Z wielką zręcznością potrafiła prowadzić rozmowy o Bogu i Matce Najświętszej.
W domu Kolbów zawsze był ustrojony ołtarz Matki Bożej. Przed przepiękną figurką Niepokalanej, zawsze przybraną kwiatami, paliła się dniem i nocą lampka oliwna. Cala rodzina: ojciec, matka i dzieci, odprawiała przy figurce wspólne modlitwy.
Relacja Bronisławy Krakowskiej, sąsiadki (27 VII 1947)
Rajmund był korepetytorem
Około r. 1905 nosiłam się z zamiarem wstąpienia do szarytek. Chodziło mi więc o zdobycie potrzebnego wykształcenia. W tym celu polecono mi Rajmunda Kolbego, późniejszego o. Maksymiliana, jako korepetytora.
Rajmund uczęszczał wtedy do szkoły handlowej w Pabianicach, mieszczącej się przy ul. Długiej, a obecnie Pułaskiego. Rajmund był uczniem celującym. Był bardzo pilnym i gorliwym. Potrafił on nawet trudne i zawiłe kwestie podawać przystępnie, jasno, zrozumiale. Przy tym był zawsze grzeczny i pobożny.
Relacja Franciszki Wołyńskiej (25 I 1949)
