Dwie korony

Już przedtem wiedziałam z nadzwyczajnego zajścia z lat dziecinnych o. Maksymiliana, że umrze on śmiercią męczeńską. Nie pamiętam tylko, czy to było już po pierwszej spowiedzi, czy też jeszcze wcześniej. Jednego razu coś mi się u niego nie podobało i powiedziałam mu: Mundziu, nie wiem, co z ciebie będzie. Potem już o tym nie myślałam, ale zauważyłam, że dziecko to zmieniło się do niepoznania.

Mieliśmy taki skryty ołtarzyk, do którego on często się wkradał i modlił się z płaczem, w ogóle w całym zachowaniu się byt on ponad swój wiek dziecinny zawsze skupiony, poważny, a na modlitwie zapłakany. Byłam niespokojna, czy czasem nie jest chory, więc pytam się go: Co się z tobą dzieje? Zaczęłam nalegać: Mamusi musisz wszystko opowiedzieć. Drżący ze wzruszenia i ze Izami mówi mi: Jak Mama mi powiedziała "co to z ciebie będzie", to ja bardzo prosiłem Matkę Bożę, żeby mi powiedziała, co ze mnie będzie. I potem, gdy byłem w kościele, to znowu Ją prosiłem. Wtedy Matka Boża pokazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą a drugą czerwoną. Z miłością na mnie patrzyła i spytała, czy chcę te korony. Biała znaczy, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę... Wówczas Matka Boża mile na mnie spoglądnęła i znikła. Teraz jak idę z mamą i tatą do kościoła, to zdaje mi się, że to nie mama i tata, tylko św. Józef i Matka Boża.

Niezwykła zmiana tego dziecka świadczyła o prawdziwości. Zawsze był tym przejęty i w każdej sposobności z rozpromienioną twarzą wspominał o swej upragnionej śmierci męczeńskiej.

(z listu do Niepokalanowa, 12 X 1941)