Dramat jednego (?) życia

Słuchowisko radiowe - monodram

Jesienny wieczór, który samotnie spędza mężczyzna w średnim wieku (lekarz ginekolog).

(Odgłos silnego wiatru)

(Wiu... u... u...)

Ależ pogoda... psa nie wygonić...

Jak to dobrze, że mogę spokojnie spędzić to popołudnie w domu. Tak... w domu, w swoim domu, bo cały ten dom i wszystko, co się w nim znajduje, jest moje, prawdziwie moje - zapracowane tymi oto rękoma...

(Wiu... u... u...)

Jakie to miłe uczucie - złociste ciepło pokoju otula mnie, ogarnia bez reszty i rozmarza... Bardzo gustowny ten abażur, a jaki miękki cień kładzie na ścianę. To ona wybrała go, bo miał kolor świeżego miodu...

Tak... dobrze mi i spokojnie. Chyba taki wymiar ma szczęście...

Muszę odpocząć, bo czuję się dziś wyjątkowo podle. Coś jakby we mnie drżało, jakiś niepokój... Ostatnio serce daje znać o sobie w bardzo przykry sposób.

To pewnie przez te zmiany ciśnienia.

(Wiu... u... u...)

Och... Skaranie Boskie z tą pogodą...

Ale to zabawne - mówię przecież sam do siebie, jak pomylony... cha... cha...

No, a właściwie do kogo mam mówić?

Jestem przecież sam...

I dobrze...

Barbara wyjechała już dawno - jest w Stanach, nawet nie wiem gdzie...

A... niech tam siedzi. Co mnie ona obchodzi - mam przynajmniej spokój. Już nie mogę sobie przypomnieć, w którym momencie przestaliśmy się rozumieć...

Ale syn - mój Marek, kochany jedynak też zniknął. Uciekł za nią i nawet się nie pożegnał, tylko przysłał ten list, ten straszny list, pełen żalu i wymówek...

Mój Boże, za co mnie tak ukarałeś? Ja przecież wszystko dla niego. Wszystko uczciwie zapracowałem harując jak wół w szpitalu, w przychodni i w domu... Za co?

Właściwie wszystkiemu jest winna ona, ta głupia baba, idealistka z Bożej Łaski. Gdzie ja miałem oczy?

Podobała mi się na studiach - śliczna i mądra, a to rzadkość. Niejednego zapędziła w kozi róg w dyskusjach zawodowych, a nawet nie poddawała się na ustnych kolokwiach. Często "targowała się" z asystentami forsując swoje racje.

Otumaniła mnie. Sądziłem, że w parze z tak rezolutną, zdolną i energiczną dziewczyną wiele uda się osiągnąć.

Jakże się jednak pomyliłem...

Już w szpitalu, gdzie oboje rozpoczęliśmy pracę, całe dnie spędzała na porodówce; brała dyżury za innych, na ochotnika.

(Wiu... u... u...)

Pamiętam jak się rozpłakała ze szczęścia, gdy odebrała pierwszy poród.

A potem?... Prawie nic się nie zmieniło - ze łzami w oczach wyciągała każdego noworodka, a nieraz po kryjomu cmoknęła w małą, pomarszczoną pupinę... Dość szczególne upodobanie...

No, nie - to od początku nie była normalna dziewczyna. Miała wynaturzony stosunek do dawania i ochrony życia. Sentymentalna idiotka...

...Ciężko nam było, harowaliśmy całe dnie i często całe noce, ale z bardzo mizernym rezultatem. Zarobionych pieniędzy ledwie wystarczało na skromne potrzeby bytowe i opłacenie mieszkania, wynajętego u pewnej samotnej starszej pani w niewielkim domku.

Gdy urodził się Marek, żona była w siódmym niebie. Promieniała radością, która udzieliła się także naszej gospodyni, wobec czego za niewielką dopłatę - wielkodusznie udostępniła nam drugi pokój.

Właściwie byliśmy szczęśliwi...

Ach, jak to było dawno...

Kochałem ich bardzo, ale rozsądnie. Nade wszystko jednak trzeźwo myślałem o przyszło[147]ści, jak przystało na mężczyznę, który jest odpowiedzialny za los rodziny.

Na przydziałowe mieszkanie praktycznie nie było żadnych szans, więc postanowiłem wybudować własny dom.

W czasie, gdy żona przebywała na urlopie wychowawczym, ja przeniosłem się na oddział ginekologiczny i dość dobrze opanowałem sztukę skrobanek.

I wtedy... podjąłem decyzję: sam zarobię duże pieniądze!

W drugim pokoju zacząłem urządzać coś na kształt gabinetu - za parawanem.

Barbara patrzyła z niepokojem, ale przekonałem ją, że wszyscy muszą mniej lub bardziej oficjalnie próbować praktyk prywatnych, żeby dorobić trochę grosza.

Ach, co to była za idiotka z tej mojej Baśki!...

Początkowo niczego się nie domyślała, ale gdy zorientowała się, w jakim celu przychodzą do mnie pacjentki - wpadła w szał.

Wrzeszcząc jak opętana rzucała się na mnie z pięściami, ale wykręciłem jej ręce do tylu - i po krzyku...

...I o co? ...Inna cieszyłaby się, że ma zaradnego męża, a ona?...

Głupia baba...

Uspokoiła się trochę, gdy poszedłem z nią obejrzeć działkę, którą kupiłem pod budowę... Pięknie położoną, pod słońce, na łagodnym stoku.

Istne cudo... Cztery stare, rozłożyste sosny dodawały jej splendoru.

(Wiu... u... u...) (Odgłosy uderzeń gałęzi o dach)

O, proszę - o wilku mowa... Pewnie ci, sosenko, trzeba będzie trochę podciąć tę gałązkę, bo mi jeszcze uszkodzisz dach...

...Mój dach, który kładziono z takim pośpiechem, gdy z naszej miłej, starszej pani zrobiła się wiedźma.

Dowiedziawszy się, na czym polega moja prywatna praktyka, wygoniła nas z domu jak Archanioł Adama i Ewę z raju.

Co to była za awantura... Baba wrzeszczała, chłopak płakał, a moja żona z płaczem przepraszała ją prawie na kolanach. Nic nie pomogło... A zresztą i tak już nie moglibyśmy tam zostać.

Miotała za nami wyzwiskami i przekleństwami na całą ulicę...

Zebrał się spory tłumek, a my chyłkiem umknęliśmy do naszego domu, wprowadzając się, prawie na rok, do solidnego (bądź co bądź) podpiwniczenia.

Budowa postępowała szybko... a ta awantura - cha, cha, cha - tylko przysporzyła mi pacjentek i to głównie zamiejscowych...

Moje honoraria mnożyły się z dnia na dzień, musiałem porzucić pracę w szpitalu i przychodni - wszystko szło jak z płatka... ale żona rozchorowała się.

Początkowo płakała, nic nie chciała jeść, budziła się z krzykiem i cała drżała. Potem zaczęły ją prześladować majaki. Nie mogła spać przez całe noce.

W szpitalu odsunięto ją od noworodków, co pogłębiło jej psychozę.

Coraz częściej przebywała na zwolnieniach lekarskich - wreszcie popadła w głęboką depresję, co zmusiło mnie do umieszczenia jej w szpitalu na oddziale psychiatrycznym.

Ciężko mi było i smutno, ale szarość dni rozjaśniał mój syn - ukochany i jakże udany jedynak.

Uczył się dobrze, a mnie serce rosło, gdy dostrzegłem u niego rodzinne zainteresowania medyczne.

...A teraz (drżącym głosem) - nie ma go tu przy mnie...

Właściwie to od kiedy zaczął się oddalać?

Chyba wówczas, gdy go skrzyczałem, zakazując wtrącać się w moje sprawy. Wypchnąłem go za drzwi... Nie wrócił no noc.

Mimo pozorów zrównoważenia był mięczakowaty, jak matka...

Wstydził się przed kolegami z powodu - jak mi wykrzyczał podczas jednej z kłótni - bandyckiego procederu, jaki uprawia jego ojciec.

Nie mógł zrozumieć, że z tego płynie pewny i niemały zysk.

(Wiu... u... u...) (Bardzo gwałtownie. Gałąź uderzyła o dach tłukąc dachówkę, która z brzękiem uderzyła w parapet okna)

O, rety - zaraz rozwali cały dach... (Zrywa się gwałtownie)

O! 0... o... o... o... O Boże... Co to?

Jaki straszny ból. .. Nie... nie... mogę złapać oddechu...

Czyżby serce? Tak ostro?

To z przemęczenia i... i od tych wspomnień...

O Jezu... Na pomoc...

Jakże się strasznie tłucze w piersi to moje serce...

Oj!. .. Nie... nie mogę - piecze i rwie...

Na pomoc!

Kowalska ma dziś wolne, więc nie przyjdzie - zresztą pojechała do brata. A może zawołać Lipkową?... żeby tylko dojść do okna. Ale chyba nie usłyszy w tej wichurze, choć mieszka naprzeciwko. Zresztą i tak by nie przyszła.

[149]

Boczy się na mnie od tamtej pory, kiedy ją usilnie namawiałem, żeby usunęła trzecią ciążę. Tak mi wtedy były potrzebne pieniądze - na te magnolie, które chciałem zasadzić przed domem na powitanie Basi wracającej ze szpitala.... Ale ona już nigdy nie wróciła do domu - uciekła do matki i stamtąd zdalnie pewnie buntowała mi syna. Wreszcie wyjechała do tych Stanów...

... O, znów ból się nasila... Nie... nie mogę... Spróbuję doczołgać się do okna.

- W końcu przecież tego małego Lipki nie usunąłem. Mają swojego skrzypka. Teraz zawieźli go do Warszawy i ulokowali w internacie szkoły muzycznej - a niechże się uczy. Całe miasto jest w niego wpatrzone...

(Zsuwa się z fotela na podłogę, usiłując doczołgał się do okna. Zatrzymuje się co chwilę ciężko dysząc)

O Boże, nie mogę dalej!... Chyba umrę...

Co też ja wygaduję?...

Nie... nie... jeszcze nie! Może Pan Bóg się zlituje?

Ojej - już chyba trzeci czy czwarty raz wezwałem Boga - co to znaczy?

Tyle lat nie przyszło mi to do głowy... Nie pamiętałem o Nim...

Ale kiedyś wierzyłem, modliłem się, chodziłem do kościoła, a nawet służyłem do Mszy świętej...

- O Boże, przez pamięć tamtych moich zasług nie zabieraj mnie jeszcze.

Nie chciałbym tak... bez spowiedzi, bez rozgrzeszenia...

(Wiu... u. . . u...) (W wyciu wiatru słychać jakby płacz niemowlęcia, a potem cały chór dziecięcych głosików)

O (z przerażeniem) - to nie wicher, to dziecko... To te wszystkie dzieci - to ich nie spełniony płacz... O Jezu...

(Dygocąc zębami) Ile mogło być tych dzieci - może sto, albo więcej. A może tyle, ile jest dachówek na moim dachu, bo słychać, jak płacze cały dach... Taki niesamowity zbieg okoliczności...

I wszys[t]kie teraz płaczą - a ja mam umrzeć bez spowiedzi, bez pokuty za ten ich płacz...

(Wiu... u... u...) (Płacz jw.)

A teraz - to chyba kobiecy, głośniejszy... (zawodzenie)

To pewnie tej dziewczyny, co się otruła, gdy narzeczony wrócił z wojska i nie chciał jej znać - za to, że usunęła jego dziecko z obawy, że się nie przyzna do niego, a ją może posądzić o niewierność. Głupia... Po co mu o tym powiedziała?

- Albo teraz - znów pewnie przyszły te nierozłączne płaczki błagając, aby im przywrócić płodność, którą utraciły po skrobankach... Nie, moje panie... za wszystko w życiu trzeba zapłacić, a panie ani rusz nie mogą sobie tego uświadomić.

(Wiu... u... u...) (Szyderczy śmiech)

A ten szyderczy śmiech - to pewnie Zośka, pierwsza ulicznica w Warszawie, a też była moją pacjentką, gdy miała piętnaście lat.

(Wiu... u... u...) (Wszystkie głosy razem) Cicho!!! Milczeć! Nie wytrzymam...

Zanim umrę - chyba oszaleję - słyszę wyraźnie te wszystkie baby - chude i grube, młode i stare, ładne i brzydkie - opadają mnie, duszą ja pewnie umieram, a tu jeszcze one na sumieniu...

Podobno przed śmiercią całe życie staje człowiekowi przed oczyma, więc chyba to już... Już koniec ze mną...

O, synku mój, gdybyś tu był, ale ty tak daleko ode mnie...

Po skończeniu tej swojej chirurgii pojechałeś do matki. Naurągałeś mi w liście. Pisałeś, że nie chcesz niczego ode mnie, brzydzisz się moim domem, zbudowanym za brudne pieniądze...

A ja to wszystko dla ciebie... dla twojej matki...

I przez to - moje zdrowie...

Synku... O Boże... Synku mój... Jezu - ja umieram...

Zdrowaś Mario łas... łaski... łaski...

(Wichura, cały dom drży, straszne odgłosy płaczu, jęków itp.)


Intencja Krucjaty Modlitwy na maj

Aby lekarze odważnie odrzucali pokusę godzenia na życie poczętych dzieci.

[s. 149]