Dnia 19 listopada [1986] r. odbył się w Warszawie przy ul. Młynarskiej na cmentarzu ewangelickim pogrzeb śp. Rudolfa Diema, który zmarł 12 listopada, przeżywszy lat 90. Był wyznania ewangelicko-augsburskiego. Jako doktor medycyny we wrześniu 1939 r. brał udział w obronie Warszawy, pełniąc funkcję szefa sanitarnego i dowódcy obrony przeciwlotniczej stolicy. W latach 1941 -1945 był więźniem politycznym Pawiaka i Oświęcimia. W obozie oświęcimskim jako lekarz uratował życie setkom więźniów, broniąc ich przed zesłaniem do komory gazowej. Złożył cenne zeznanie o o. Maksymilianie Kolbem, najpierw prywatnie w liście do Niepokalanowa z 27 IV 1957 r., który poniżej zamieszczamy, a potem oficjalnie w procesie beatyfikacyjnym.
W 1941 roku zetknąłem się z ojcem Kolbem kilka razy w czasie mojej pracy w szpitalu obozowym w Oświęcimiu.
W tym czasie byłem lekarzem w izbie przyjęć i zadaniem moim było przebadać z rana w ciągu 1-2 godzin 100 do 300 współwięźniów zgłaszających się z powodu choroby. Tempo zatem pracy musiało być tak szybkie, że o dłuższym zastanawianiu się i na rozmowy nie było czasu.
Zwróciłem uwagę na współtowarzysza obozowego o drobnej budowie, szczupłego i podpadającego pod miano "muzułmana" (tak określaliśmy ludzi ponad miarę wychudzonych i wyniszczonych fizycznie), który na moją propozycję, aby poszedł do szpitala, odpowiadał: "Niech pan doktór weźmie do szpitala o, tego tam, młodszego ode mnie" i wskazywał na kogoś z oczekujących w kolejce do mnie. Kiedy powiedziałem, że i dla tamtego znajdzie się miejsce, odpowiadał znów: "To niech pan doktór weźmie tego następnego". Zapytałem go: "Może jesteś księdzem?" i otrzymałem odpowiedź twierdzącą. Widząc upór jego skorzystałem z możliwości wzywania go przez kilka dni z rzędu rzekomo w celu przedstawienia go lekarzowi niemieckiemu. W rzeczywistości chodziło o to, aby przeczekał on czas wymarszu do pracy kolumn roboczych w ambulatorium, a zwykle już pozostawał na bloku i ten dzień mógł sobie odpocząć pod dachem.
Pewnego dnia w czasie niedzielnego spaceru na drogach wewnątrz obozu podszedł do mnie ojciec Kolbe i powiedział: "Pan doktór tyle dla mnie zrobił dobrego, że chciałbym się czymś odwdzięczyć. Jestem księdzem i może by pan chciał się wyspowiadać u mnie". Byłem wtedy w stanie całkowitego zwątpienia w możliwość istnienia Opatrzności, która może dopuścić do takich bestialstw w obozie. "Zresztą - powiedziałem - nie jestem katolikiem i zapewne nie znajdziemy wspólnego języka". Przeprowadziliśmy dłuższą dysputę na ten temat, w której poznałem, że mój rozmówca jest naprawdę księdzem z powołania.
Zwróciłem mu uwagę, czy potrzebne jest takie samowyrzeczenie się tu w obozie, w którym każdy walczy o utrzymanie się przy życiu za wszelką cenę. Odpowiedział, że "każdy ma swój cel w życiu: powrót do żony czy matki, on zaś poświęcił swoje życie dla dobra każdego człowieka i dlatego wierzy, że stanie się z nim to, co mu jest przeznaczone".
Na tle szarzyzny życia obozowego i codzienności zainteresowań ludzkich rozmowa z ojcem Kolbem dała mi dużo zadowolenia z powodu wysokiego poziomu dyskusji, odbiegającej od często banalnej treści argumentacji w tych sprawach.
