Dogmaty

Młody Rycerz Niepokalanej (4)

Rozmawiałem niedawno z pewnym kolegą, który twierdził, że jest katolikiem, ale nie uznaje pojęcia dogmatu. Jest zwolennikiem "chrześcijaństwa żywego, otwartego, spontanicznego". "Dogmat to przejaw formalizmu, przebrzmiałe skostnienie" - takie jest jego zdanie. Dlatego cieszy się on ze zmian, jakie rzekomo w Kościele w kwestii rozumienia dogmatu zachodzą od czasu Soboru Watykańskiego II, a które według niego idą wyraźnie w kierunku zlikwidowania niewzruszoności wykładanych przez Kościół prawd wiary i moralności.

Rozumowanie mojego rozmówcy, jego wnioski i oczekiwania - są, niestety, przykładem dość rozpowszechnionego dziś, zwłaszcza w młodym pokoleniu, sposobu patrzenia na katolicyzm. Trzeba od razu powiedzieć, mocno zaakcentować, iż ten sposób patrzenia jest przede wszystkim głęboko błędny i w istocie bezpodstawny. Dodam jeszcze, że - gdyby nie fakt, iż podobne zdania są najczęściej tylko efektem piramidalnej naiwności i kompromitującej niewiedzy - należałoby te twierdzenia nazwać nie tylko oburzającymi, ale i wrogimi.

Do rzeczy. Cóż to jest dogmat? Jest to prawda wiary lub zasada moralna, którą Kościół podaje wszystkim do wierzenia jako objawioną przez Boga i obowiązującą. Formy, w których Kościół daną prawdę nieomylnie przedstawia, to: 1) zwyczajne i powszechne nauczanie Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, 2) nadzwyczajne orzeczenie ex cathedra ("z katedry"), uczynione albo przez samego papieża, albo przez zjednoczonych z nim biskupów, zgromadzonych na soborze powszechnym. W dogmaty jesteśmy zobowiązani wierzyć "wiarą boską i katolicką". Mamy więc także unikać nauk, które są tej wierze przeciwne.

Dogmat jest prawdą niezmienną, niewzruszoną i nienaruszalną. Dogmat raz postawiony nigdy nie ulega zmianie - wynika to z nieomylności Kościoła, zagwarantowanej mu przez jego Głowę Jezusa Chrystusa (por. Łk 10,16). Oczywiście więc nie było w historii Kościoła wypadku, który by temu przeczył - mimo że przecież różne burze i słabości przechodzące przez świat nie omijały także ludzi Kościoła, którzy w czysto ludzkich i ziemskich sprawach robili nieraz poważne błędy.

Kościół ani się nigdy nie wyparł, ani się nie wypiera, ani się też nie wyprze choćby jednego, choćby najmniejszego ze swych nieomylnych orzeczeń. Nic w tym względzie nie zmienił - bo nawet by zmienić nie mógł - ostatni Sobór. Wszelkie odmienne stwierdzenia, przez kogokolwiek wypowiadane, są bałamutnymi kłamstwami lub naiwnymi oczekiwaniami.

Dogmaty się nie zmieniają. Ale mogą zostać określone nowe dogmaty, dlatego jeden z wybitnych umysłów określił niegdyś katolicyzm jako "układ dogmatyczny otwarty". Dogmatyczny, to znaczy nienaruszalny - ale i otwarty na rozbudowę, ilościowe uzupełnienie.

Wszystkie te uzupełnienia i rozbudowy mają podstawę w źródłach wiary - w Piśmie Św[iętym] i Tradycji. Nie chodzi więc tu o jakieś wynajdywanie, ni stąd ni z owąd, zupełnie nieznanych dotąd prawd. Orzeczenie dogmatyczne utwierdza tylko i określa jako nienaruszalną prawdę obecną już wcześniej w myśli Kościoła, nieraz bardzo rozpowszechnioną i mającą rzesze wyznawców i orędowników (tak było np. z prawdą o Niepokalanym Poczęciu NMP - wiara w nie była żywa w Kościele przez wieki cale, dogmat został natomiast ogłoszony dopiero w 1854 r.). W miarę potrzeb - na przykład wobec rozpowszechnienia jakiegoś fałszywego poglądu - Kościół zabezpiecza w sposób szczególny niektóre prawdy wiary i moralność, i nadaje im kształt dogmatu. Jako przykład takiej sytuacji może służyć wypadek herezji ariańskiej, której napór skłonił Kościół do skrystalizowania ortodoksyjnej nauki o współistotności Osób Trójcy Świętej. Cudownym jest fakt, iż dogmaty narastające przez wieki - tworzone w jakże różnych okolicznościach! - stanowią spójną, zharmonizowaną całość, nie ma między nimi sprzeczności.

W dogmaty mamy obowiązek wierzyć. Przeciwieństwem dogmatu jest herezja. Pojęcie to jest nadal aktualne, choć samo określenie wyszło jakby z języka potocznego i kojarzy się zwykle z odległą przeszłością. Według Kodeksu Prawa Kanonicznego (zreformowanego na życzenie Soboru Watykańskiego II i zatwierdzonego przez Jana Pawła II w 1983 r.) "herezją nazywa się uporczywe, po przyjęciu chrztu, zaprzeczanie jakiejś prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką, albo uporczywe powątpiewanie o niej" (kan. 751). W tym samym kanonie mowa jest jeszcze o apostazji i schizmie. Herezja, apostazja i schizma są "przestępstwami przeciwko religii i jedności Kościoła". Prawo kanoniczne przewiduje w ich przypadku określone kary: "odstępca od wiary, heretyk lub schizmatyk podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa", czyli ekskomunice automatycznej (kan. 1364). Nie są to puste formuły, przysypane pyłem wieków. Nie przez przypadek znalazły się one w nowej redakcji KPK. Ich wagę podkreślił niedawno kardynał Józef Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, powołanej w sposób specjalny do strzeżenia całości i nienaruszalności depozytu wiary.

Znam ludzi, którzy mówią, że katolicyzm byłby nareszcie zyskał szeroką popularność, doprowadził by do upragnionej jedności i pokoju - gdyby tylko zrezygnował z tego lub innego, a może i ze wszystkich dogmatów. W najlepszym przypadku, są to niepokojące naiwności, a w każdym razie jest to niepoważne traktowanie prawd wiary, których nie można przecież raz po raz przestawiać z miejsca na miejsce, jak szafę w mieszkaniu nawet w imię hipotetycznej jedności. Przed jednością stoi prawda. Niewzruszalna i wyłożona przez nieomylny Kościół.