Jakoby rozbójnicy jacy tułaliśmy się w Niepołomickiej Puszczy po przegranej pod Oborną, gdzie pan Szyc odbił pana Pułaskiego już w rękach dońców będącego. Zaszliśmy aż w głąb puszczy. Było nas przeszło tysiąc ludzi niedobitków, ale to był rdzeń barskiej konfederacji. Porozpalaliśmy ognie, że było widno jak wśród dnia, chociaż noc była ciemna; ale późna jesień i taka wilgoć, że ognie nas dosuszyć ledwo mogły. Byliśmy zmęczeni; duch nas tylko pokrzepiał, ale członki ledwo się ruszały. Nam nie żal cierpieć, ale - mój Boże - serce się rozdzierało, widząc naszych panów, do zbytku i miękkości nawykłych, leżących na błocie.
Ksiądz Marek siedział na kłodzie i pacierze swoje odprawiał, a na drugiej kłodzie siedział pan Pułaski zamyślony i dłubał drążkiem w ognisku, jakoby się nim bawił. A obok księdza Marka, na łokciu oparty, leżał na wpół J. W. Rzewuski, chorąży litewski, i stękał, bo rana, którą był dostał w nogę przy dobyciu Krakowa, a która się nigdy nie była zupełnie zagoiła, odnowiła się i wielkie mu czuć dawała boleści, rozdrażniona niewygodą.
A każdy z nas by mu rad swojego zdrowia udzielić, bo to był pan z rzadkim sercem, z wielkim dowcipem i skromnością. Ksiądz Marek obwinął był mu nogi w swoją opończę, którą z siebie zdjął, a sam w jednym habicie siedział. Ale to wszystko jego bólów nie zmniejszało, a stękał, a stękał. Na koniec się odezwał:
- "Oj boli, boli! Kto w Boga wierzy, dobij mnie, bo dłużej nie wytrzymam! Księże Marku, ja patrzałem na twoje cuda: zrób tak, żeby mnie noga nie bolała; większą u Boga będziesz mieć zasługę, niż że brewiarz odmawiasz".
- "Panie chorąży, ja ci nie poradzę. Wola Pana Boga, byś cierpiał".
- "O, toś mnie dopiero pocieszył, księże Marku. A co ja winien, żeby nade mną nędznym Pan Bóg się pastwił?".
- "Nie bluźń, panie chorąży, i nie wchodź w rozporządzenia Boże, a ufaj, że one są sprawiedliwe. Oj, żebyście wiedzieli, jaka jest potęga w cierpieniach, wszyscy byście radzi byli cierpieć. Kiedy bydlę cierpi, żal mi go, bo ono doświadcza nie nagrodzonej krzywdy, ale kiedy człowiekowi Pan Bóg cierpienie posyła, daje mu wielki skarb, byle z niego chciał skorzystać.
Uderz się w piersi, panie chorąży, a wyznaj, że chociażeś z takich, co daj Boże, aby wszyscy nie gorszymi byli, masz z Panem Bogiem rachunek do zmazania. Teraz cierpisz na ciele, a bywało, żeś mu się nadto dawał rozkoszować, to twój spowiednik lepiej wie ode mnie, a coś nabroił, to diabeł na swojej karcie zapisał; a jak cierpisz, to mu rachunek mażesz, jak będziesz umierał, [113]będzie papier biały i już nie będziesz nigdy cierpiał. Chorąży dobrodzieju, żebyśmy tu tylko mieli żyć ze sobą, tobym na pazury brał, by tobie ulżyć, ale że ufam, że zawsze będziemy gdzieś z sobą mieszkać, to mniej się o ciebie frasuję, bo wiem, że niezadługo będziesz mnie przypominać, jak dobrze wyszedłeś na tym, żeś się trochę umęczył".
- "Oj, trochę! Nie daj ci, Boże, tego «trochę» doświadczyć, co ciebie ni kula, ni kartacz nie chwyta, bo sam widziałem nieraz że tam leziesz, gdzie łatwo - innemu dostać kościach. Ja wiem, że za grzechy pokutować trzeba, ale czyż tak koniecznie, aby od pięty do golenia szybami rozpalonymi mnie głaskali? Niech mnie boleć przestanie, a ja wolę pokutować jak święty pacierze, pacierze, a wreszcie dyscypliny".
- "Każdą - pokutę zniesiesz, byle nie tę, którą. Pan Bóg zsyła. A czyś pomyślawszy się odezwał, panie chorąży? Jak sam bierzesz pokutę, to jeszcze pytanie, czy Pan Bóg ją przyjmie czy nie. A ta, którą On sam posyła, pewnie jest Mu miła. Panie chorąży, dotąd mówił em z tobą jako z chrześcijaninem, z człowiekiem; a teraz pozwól, niech się odezwę do regimentarza generalnego naszej konfederacji. Kochasz ojczyznę, służysz jej z takim poświęceniem, a cierpieć dla niej nie chcesz?".
- "To już nadto, księże Marku! Ja za ojczyznę cierpieć nie chcę? A byłże kiedy dla niej większy ode mnie męczennik? Ojciec i brat jęczą w Sybirze, moja zona ode mnie rozłączona, moje dzieci porozpraszane, mój majątek złupiony. A Ja jakież życie prowadzę? Konfederacja nieświeska - biję się ona rozwiązana, a ja po dżumach tułam się w turecczyźnie wracam do ojczyzny i moskiewskie więzienie w niej znachodzę. Radomska konfederacja mnie uwalnia, a tu mnie ojca w kajdanach wleczą. Konfederacja barska nastaje – szósty rok się biję. A ty, księże, to wszystko wiesz, ile łez i krwi dla ojczyzny wylałem: czterdziestu lat nie mam, a jużem zgrzybiał, tyłem cierpiał - dla niej: tylko się żyje, aby jej się wywiązać.
Żebym wiedział, że jej pomogę, to by nie żal cierpieć, nie żal i za moje grzechy cierpieć, których tak wiele jest, ale pozwól na biedę popłakać, bo jużci ja nie z żelaza. Ja do ciebie, mój księże Marku, szczęścia nie mam".
- "Panie chorąży, przepraszam, żem ciebie nieco obraził; ale ile mi to pociechy robi żeś się tak obruszył na - samo wspomnienie, że nie chcesz dla ojczyzny cierpieć. Tak dzielni mężowie dla prawnuków swoich robią pomyślne czasy, choć ani oni sami, ani ich dzieci nawet ich nie doczekają. (...)
Panie chorąży dobrodzieju, nie wątp o moim przywiązaniu; źrenicy oka mojego tyle nie miłuję; ile ciebie. Oto widzisz w mojej rubryceli zapisane imię Stanisława Ferdynanda, bo. co dzień - za ciebie się modlę. A oprócz twego imienia i innych znajdziesz, jeszcze żyjących za których powodzenie Boga proszę, obok umarłych, dla których spoczynku błagam, a patrz, jak wielkie niektóre nazwiska. A tu jeszcze znajdziesz mianowanych tych, co dopiero za lat kilkadziesiąt się narodzą, a których mnie Pan Bóg objawił. Co to będą za ludzie, jak się pokażą! A ja już zawczasu za nimi się modlę, bo im kto większy między ludźmi tym dla więcej modlitw potrzebuje. A prawda panie chorąży, że jak przeniosłem myśl twoją do następnych czasów, to i ból ci już znośniejszy – a przecie...".
Tu wpadł ksiądz Marek w jakieś zachwycenie, a my, tylko milcząc patrzyli na niego, bo coś było w nim, że nie można było wątpić, iż on święty człowiek, z Bogiem rozmawiał.
Z książki Pamiętniki J[aśnie] Pana Seweryna Soplicy
Naród, który przez całe wieki był w swych najbardziej szlachetnych ambicjach krzyżowany, rozumie wymowę krzyża.
Kard. Stefan Wyszyński [s. 113]

