Wrześniowe odczyty dla duchowieństwa zorganizowane w bieżącym roku przez Katolicki Uniwersytet Lubelski odbyły się pod hasłem: "Sumienie prawe u podstaw odnowy narodu". Mówiono między innymi o trzech bohaterach wierności własnemu sumieniu: św. Maksymilianie Kolbem, św. Tomaszu Morusie i Ottonie Schimku. Zwróćmy uwagę na tego ostatniego! Kim on był?
Na cmentarzu w Machoweja, niewielkiej miejscowości między Tarnowem a Pilznem, przy trasie E 22, ludzie modlą się przy jego grobie: dziękują za otrzymane łaski, proszą w różnych potrzebach i składają kwiaty jako wyraz pamięci. Jak to możliwe, że Polacy modlą się do żołnierza hitlerowskiej armii, która tutaj, w Machowej i jej okolicach, podobnie jak w innych miejscach, przelewała krew Polaków, a w tym również ludności cywilnej, kobiet i dzieci?
Z urodzenia był wiedeńczykiem, trzynastym dzieckiem biednej krawcowej. Gdy miał zaledwie 17 lat, został powołany do hitlerowskiej armii. Było to w roku 1942. Wcielono go do wermachtu. Gdy był na urlopie, zapewniał matkę, że ma ręce czyste, to znaczy, że nie strzela do ludności cywilnej, lecz w górę albo w inną stronę lub manipuluje przy broni, udając, że się zacięła. Niedługo udawała mu się ta sztuka. Wkrótce doszło do ostrego konfliktu. Zdarzyło się to na terenie Jugosławii. Otrzymał rozkaz strzelania do kobiety uciekającej z płonącego domu. "Zacięła" mu się broń. Podano mu inną i kazano strzelać do innych kobiet. Teraz nie tylko nie strzelał, ale wyraźnie odmówił, uzasadniając odmowę tym, że jest chrześcijaninem i nie może pogodzić wykonania takiego rozkazu z własnym sumieniem. W odpowiedzi spotkało go ciężkie pobicie przez oficera, areszt i sąd polowy.
Hitlerowski kodeks wojskowy dawał oficerom prawo odwoływania się do swego sumienia, prości żołnierze nie mogli korzystać z takiego "przywileju". Żołnierski patriotyzm, lojalność i postawa obywatelska mogły się wypowiadać jedynie w ślepym posłuszeństwie dającym się ująć: "Nie myśleć, lecz wykonywać rozkazy; bić, gdy każą bić; zabijać, gdy każą zabić". Najlepiej, jeśli żołnierz zabije własne sumienie lub je sprzeda na samym początku swojej służby. Sprawniej wtedy służy ojczyźnie; sam się nie męczy dokonywaniem trudnych wyborów i nie przysparza kłopotów "górze", która najlepiej wie, co jest dobre, a co złe; co patriotyzmem, a co zdradą; co bohaterstwem, a co tchórzostwem.
Młody chłopak znad modrego Dunaju odważył się zbuntować przeciwko takiej etyce nadludzi. Nie studiował filozofii życia, nie umiał dyskutować o zasadach moralnych. Gdzież mu tam było do takiej mądrości! Zdołał przebrnąć tylko przez pierwsze klasy normalnej szkoły ludowej; ze względu na słabe wyniki musiał przejść do szkoły dla słabszych uczniów. Nie był też specjalnie pobożny. Jednego jednak nauczył się od matki i w kościele: "Trzeba słuchać raczej Boga niż ludzi". Zrozumiał także i to drugie: "Boga słucha ten, kto słucha [282]własnego sumienia; zdradza Boga i siebie ten, kto zdradza własne sumienie". Wierność swemu sumieniu chciał zachować również w wojsku.
Wyroku nie wykonano natychmiast. Sprawę przekazano do Berlina. W tym czasie nadarzyła się okazja uratowania życia. Przygotowywano mianowicie egzekucję grupy polskich zakładników, wśród których były także kobiety. Życzliwi koledzy przemawiali Ottonowi do rozsądku:
- Schimek, może to ostatnia szansa twojego ratunku. Jeśli weźmiesz udział w akcji i będziesz strzelał, jak trzeba, okażesz swoją dobrą wolę. Może Berlin weźmie to pod uwagę i ułaskawi.
Był tak bardzo młody. Mógł sobie myśleć, że przecież ma prawo do życia; że coś mu się od życia należy; że przecież "wszyscy" wykonują rozkazy, również duchowni, których wcielono do wojska; że to normalne; że nikt się zresztą nie dowie i nikt nie dojdzie; że starsi i mądrzejsi koledzy nie mają takich skrupułów; że co by to było, gdyby każdy żołnierz zaczął się zastanawiać, czy wykonać rozkaz; że kapelan nigdy wyraźnie nie nazwał takiego czynu niegodziwym...
Nie dał się jednak im zwyciężyć i wybrał prostą wierność swemu sumieniu: zdecydowanie odmówił udziału w egzekucji polskich zakładników.
Wyrok z Berlina brzmiał: "Zabić jak psa i zakopać w rowie!"
Gdy rodzina szukała w Wiedniu wieści o Ottonie, urzędnik wyjaśnił niedbale:
"Taaak, jest tu jakiś papier: «Rozstrzelany z powodu tchórzostwa w obliczu wroga»".
Wyrok wykonano 14 listopada 1944 r. Tuż przed śmiercią Otto napisał do brata: "Nie płaczcie! Idę szczęśliwy do ojczyzny (...) jestem w ręku Boga. On tę sprawę należycie ułoży i wspaniale zakończy. Będzie też moja sprawa wyjaśniona ludziom później, być może w lepszym życiu. Jestem w radośnie podniosłym nastroju. Cóż mamy do stracenia, prócz naszego biednego życia? Oni przecież nie mogą zabić duszy. A jaka wielka nadzieja przed nami".
Na wyjaśnienie nie trzeba było czekać do lepszego życia. Jeszcze w tym samym roku przed Bożym Narodzeniem zjawili się u matki Ottona w Wiedniu jego koledzy z rozbitego już w Polsce oddziału, by jej opowiedzieć... Może to oni po koleżeńsku przemawiali do rozsądku... Może byli w plutonie egzekucyjnym?... Może teraz przyprowadziły ich do matki resztki niewyprzedanego sumienia?
A swoją drogą, jak to pięknie i jak dobrze, że nasz polski lud tak spontanicznie potrafił wysoko ocenić żołnierza wrogiej armii, męczennika prawego sumienia chrześcijanina.
