O. Justyn - Tadeusz Nazim
franciszkanin, gwardian w Gnieźnie. Urodził się w r. 1903 w Lednicy Górnej pod Wieliczką. Do zakonu wstąpił w r. 1919. W latach 1931-1936 był redaktorem "Rycerza Niepokalanej". 17 XI 1939 r. został aresztowany przez Niemców i więziony w Gnieźnie i Piotrkowie Trybunalskim. W r. 1940 zwolniono go. Aresztowany ponownie 17 II 1941 r. w Niepokalanowie (wraz z o. Maksymilianem) przebywał na Pawiaku, w Oświęcimiu i Dachau. Przeprowadzono na nim zbrodnicze eksperymenty lekarskie. Zmarł 31 XII 1966 r. w Gnieźnie, po powrocie z pracy misyjnej w Japonii (1952-1966).
W połowie sierpnia 1940 r. byliśmy w podwarszawskiej Strudze na ośmiodniowych rekolekcjach. Wraz z nami: Jasiem Furmanem, Stasiem Drabińskim, Walerym Mrozem, Dombryczem, Mańkowskim, Rożkiem, ks. Gadzałą i ze mną - może jeszcze kogoś zapomniałem wyliczyć - było kilku księży z dekanatu radzymińskiego. Konferencje głosił o. Justyn Nazim.
Niedziela przypadała tego roku akurat przed dniem 15 sierpnia. o. Justyn odczytał Ewangelię, mówiącą o burzy na jeziorze Genezaret. Wydobył z niej tylko jedno zdanie: "Panie, ratuj nas, bo giniemy!" Pogrążył się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Nagle w nieruchome twarze słuchaczy rzucił mocne słowa: "Narodzie polski, czemuś zwątpił?"
Wszystkim zamarł dech w piersiach. Nadszarpnięte nerwy nie wytrzymały - po kościele poniósł się szmer... Tymczasem z ambony zaczęły spadać słowa ognistego mówcy, biły w słuchaczy jak kule, opadły na głowy ciężarem ofiar, jakie niemal każdy płacił za prawo do życia w godności i wolności. Ukazywał Polskę umęczoną, skrwawioną, dławioną, ofiarowaną Bogu na przebłaganie niczym strzęp, skargę i wyrzut wobec Jego dobroci...". Otoczyła was jakby fala spienionego szaleństwa, fala nienawiści i pychy człowieka, który wyrzekł się Boga...". Kaznodzieja kreślił słowami wizję łodzi na wzburzonym jeziorze Genezaret: Fale zalewają łódź... słychać krzyki przerażonych rybaków...". Panie, ratuj nas!".
"Panie, ratuj nas, bo giniemy - my Polacy!"
Tego nikt już nie mógł wytrzymać. Najpierw krzyknęła gdzieś pod chórem Gębicka, której męża i syna uwięzili Niemcy, a potem z piersi pozostałych kobiet wydarł się rozdzierający szloch i krzyk. Skurczyła się Jasia Tranelowska, trzęsła się cała jej siostra Stanisława, nauczycielka. Struchleli ludzie w ławkach, pokurczyli się i pochowali twarze w dłonie. Wszystkim zdawało się, że najlepiej byłoby runąć na ziemię, w prochu i pyle tarzać głowę i jęczeć bólem, nieukojonym bólem...
Krzyk i płacz wzmagał się i wypełniał świątynię. Nikt się nie oparł... płakaliśmy jak dzieci... udręczone dzieci Ojczyzny...
Zaginął w tym płaczu głos mówcy. Kazanie musiało być przerwane do chwili, gdy odpłynie fala bolesnego jęku. "Od takich modłów bieleje włos...".
Nagle głos o. Justyna stężał: "Narodzie polski, czemuś zwątpił?".
Kaznodzieja wskazał na Chrystusa, który mocen jest wstać i nakazać: "zamilknij!" Kiedy Pan wstanie, opadną fale i wygładzi się wzburzone morze... morze łez... morze krwi... Nastanie cisza i ukojenie, a naród, który cierpi, odzyska wolność i wielbił będzie Boga w wolności...
