Młody Rycerz Niepokalanej (7/8)
Skończyła się uroczysta suma i ludzie wychodzili z kościoła niosąc różnobarwne wiązanki poświęconych plonów. Było wczesne sierpniowe popołudnie - dzień Wniebowzięcia Maryi, Matki Bożej Zielnej.
Z zakrystii wyszedł stary ksiądz. Otaczała go gromadka młodzieży.
- Obiecał nam ksiądz kapelan opowiedzieć o "Cudzie nad Wisłą". Dzisiaj któraś z kolei rocznica, a my o nim nie wiemy.
- Oczywiście - przytaknął ksiądz - bo temat niecenzuralny. W szkole - ani słowa: wiadomości z historii dają wam w pigułkach sporządzonych w wiadomym laboratorium. A w domu?... Rodzice nie zawsze wiedzą. Czasem dziadek to i owo powie. Zresztą, ludzie boją się o pewnych rzeczach mówić.
Weszli do jednoizbowego, małego budynku, w którym ksiądz nauczał religii. Był dumny ze swej "uczelni". Budował ją sam, pracując jak robotnik. Władze przerwały budowę. Na drzwi nałożono pieczęcie. Ksiądz się nie przejmował. Walczył tak długo, aż musieli ustąpić.
Izba była przestronna. Na ścianie wisiał krucyfiks. Wmurowana tabliczka głosiła: "Sala katechetyczna poświęcona pamięci Polskich Małych Męczenników, zamordowanych przez najeźdźców w latach 1939-1945".
Zmówili modlitwę za poległych.
- A więc mam mówić o "Cudzie nad Wisłą".
Mój Boże, ileż to lat minęło od tamtych wydarzeń, a ciągle są tak żywe, dramatycznie bolesne, a jednocześnie wielkie i nieśmiertelne.
Rok 1920.
Cieszyliśmy się z odzyskanej przed kilkunastu zaledwie miesiącami niepodległości, ale radość ta nie była doskonała. Granice płonęły. Generał Dowbór-Muśnicki walczył z Niemcami o Poznańskie. Korfanty odbierał im Śląsk. "Orlęta" broniły Lwowa przed Ukraińcami. Czesi awanturowali się o Cieszyn, a Litwini o Wilno. Plebiscyt na Mazurach i Warmii uniemożliwiały niemieckie bojówki i bolszewicka inwazja. Międzynarodowe mafie były nam wrogie. Trzeba było wszędzie walczyć, tymczasem skarb był pusty, a społeczeństwo ubogie. Nie było broni, tę zaś, którą sprowadzaliśmy drogą morską z Francji, blokowali gdańscy dokerzy.
Traktat Wersalski z dnia 28 czerwca 1919 r., choć mówił o Polsce niepodległej z dostępem do morza, nie wytyczał jej granic. Trzeba było zdobywać je własnym wysiłkiem i krwią. Dmowski czynił wszystko, aby Polska była wielka, poczynając od prastarych ziem Chrobrego, a kończąc na spuściźnie Jagiellonów. Międzynarodowa mafia starała się paraliżować wszystkie wysiłki zarówno prezesa Dmowskiego, jak i jego Narodowego Komitetu.
Kraj wyniszczony przez okupantów uwikłany był w wojnę z bolszewikami, którzy chcieli przerzucić swą rewolucję na Zachód. Niefortunny sojusz Piłsudskiego z ukraińskim atamanem Petlurą i zajęcie przez nasze oddziały Kijowa zmobilizowały bolszewików. Zadali nam dotkliwą porażkę. Wojna przybrała nowy obrót.
Obchodzi nas w tej chwili moment śmiertelnego niebezpieczeństwa, w jakim znalazła się Polska. Bolszewicy tak byli pewni zwycięstwa, że wieźli ze sobą przygotowany dla Polski rząd w składzie Juliana Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kohna.
Na co liczyli bolszewicy, przekraczając nasze granice?
Zapewne sądzili, że lud polski ulegnie rewolucyjnej propagandzie. Chodziło im przede wszystkim o chłopów. Ale wyraz ten, pochodzenia rosyjskiego: "chołop" oznacza niewolnika. A w Polsce niewolnictwa w znaczeniu wschodnim, carskim, lub zachodnim - feudalnym, nigdy nie było. Nasz wieśniak przywiązany do wiary i swego zagonu czuł się na nim panem i bronił go. Stanął on jednomyślnie ze swym przywódcą Wincentym Witosem, ówczesnym premierem, do walki z wrogiem.
Nie tylko jednak wola narodu i oręż zdecydowały w tej sprawie. Nagła i niezwykła zmiana sytuacji bojowej, błyskawiczna klęska Armii Czerwonej przeszła do naszej historii jako "Cud nad Wisłą". Jego treściwy i krótki opis podaje brewiarz na uroczystość Matki Bożej Królowej Polski.
"... Tak się szczęśliwie złożyło, że za przyczyną Królowej Nieba Polska po stu pięćdziesięciu latach niewoli odzyskała niepodległość. Po niedługim czasie wróg imienia chrześcijańskiego pustosząc wzdłuż i wszerz polską ziemię, doszedł do bram Warszawy. W tym nowym groźnym niebezpieczeństwie ucieczką była Najświętsza Maryja Panna. Za Jej przyczyną, w dniu Wniebowzięcia została pokonana nad Wisłą wielka armia nieprzyjaciela. Jej klęska uratowała Rzeczpospolitą od zagłady".
Ksiądz zamknął brewiarz.
Muszę przynajmniej w kilku słowach przedstawić naszą sytuację wojskową. Armia w ciężkich walkach cofała się na całym froncie. Nieprzyjaciel, nacierając od wschodu, dochodził już do Warszawy. Daleko, na południu kraju, bronił się Lwów. Zatrzymywał on sławną konnicę Budionnego w jej marszu na Warszawę. Jak się później okazało, był to również jeden z elementów zwycięstwa nad Wisłą. Ale w tej chwili groziła klęska, choć dowództwo nie traciło głowy i montowało przeciwnatarcia. Żołnierz jednak był wyczerpany i załamany psychicznie, o czym mówią swoi i obcy. Tuchaczewski, wódz Armii Czerwonej, pisze, że "Polacy przestali wierzyć we własne siły, cofali się bez żadnego powodu, ich oficerowie nie mogli opanować zdemoralizowania i zaprowadzić dyscypliny".
Tę opinię potwierdzają nasi dowódcy. Piłsudski powiada: "Pod wrażeniem nasuwającej się chmury gradowej łamało się państwo, chwiały się charaktery, miękły serca żołnierzy".
General Żeligowski dodaje: "Sześciotygodniowe cofanie (spod Kijowa) wytworzyło jakby chorobliwe uczucie konieczności odwrotu. Zasypiając i budząc się żołnierz myślał o tym, że ma się cofać... Nie było to tchórzostwo, brak męstwa, czy niewiara we własne siły, ale groźne przyzwyczajenie".
Oceny te są jakby zapowiedzą niezwykłości wydarzeń na przedpolach Warszawy. Postawa żołnierzy jest jak gdyby przewidziana. Nie ujmuje ona ich męstwa, nie zostawia żadnych skaz na honorze, stanowi tylko swego rodzaju tło, na którym zajaśnieje pełnym blaskiem "Cud nad Wisłą". Trzeba dodać, że nasz żołnierz miał przed sobą druzgocącą przewagę sił wroga. Tuchaczewski pisze, że trzy jego armie idące na Warszawę liczyły dwanaście dywizji piechoty i dwie dywizje jazdy, co w sumie wynosiło 400 tysięcy ludzi. Podczas gdy Polacy mogli wystawić "zaledwie oddziałki". "Mieliśmy więc - powiada zupełną możność zadać przeciwnikowi cios druzgocący", zwłaszcza gdy do akcji weszła 5 Armia Ochotnicza, którą dowódca bolszewicki ocenia jako "najsłabszą co do układu jednostek i najsłabszą duchowo". Jej "unicestwienie miało pociągnąć za osobą najdonioślejsze skutki w dalszym ciągu wszystkich (bolszewickich) zadań". Tak się zresztą stało, tylko w zupełnie odwrotnym kierunku niż przewidywał Tuchaczewski.
Tymczasem zbliżał się dzień Wniebowzięcia Matki Bożej i na froncie zaczynają dziać się rzeczy dziwne, których ani nasi, ani bolszewicy nie przewidzieli. Pozornie nie było w nich nic nadzwyczajnego.
Nieprzyjaciel był już pod Warszawą. Radzymin przechodził z rąk do rąk. Ambasady państw zaprzyjaźnionych opuściły stolicę. Pozostał tylko nuncjusz papieski, Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. Miasto opustoszało. Kto miał zdrowie i siły, szedł na front. Na Krakowskim Przedmieściu przed figurą Matki Bożej Zwycięskiej klęczało od rana do nocy tysiące kobiet, ludzi starych i dzieci. W kościele Zbawiciela któregoś poranku leżał krzyżem przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej gen. Józef Haller, wódz tej właśnie "najsłabszej" Armii Ochotniczej.
* * *
Świt 14 sierpnia roku 1920, godzina 3 rano. Wigilia Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
W opłotkach wsi Ossów, 10 km od Warszawy, odpoczywa po forsownym marszu ochotniczy batalion młodzieży - ostatnia rezerwa walczących na tym odcinku oddziałów. Liczy około 800 młodych ludzi,
wśród których są nawet chłopcy 16-letni, w większości harcerze. Przydzieleni do 26 pułku piechoty, weszli w skład 8 dywizji piechoty, broniącej przyczółka warszawskiego. Batalionem, podzielonym na cztery kompanie, dowodzili doświadczeni, choć młodzi oficerowie - podporucznicy: Słowikowski, Kamiński, Wiśniewski, Szulie i Szybowski, którego żona, Halina, była sanitariuszką oddziału. Kapelanem był wyświęcony przed dwoma laty prefekt szkół warszawskich ks. Ignacy Jan Skorupka.
Młodzi żołnierze mieli zetknąć się po raz pierwszy z wielokrotnie liczniejszym przeciwnikiem. W pobliżu chwilowego postoju batalionu toczyła się zacięta walka o wieś Leśniakowiznę. Bolszewicy wyparli z niej nasze oddziały i nad ranem uderzyli na Ossów. Sytuacja była tragiczna. Cofający się żołnierze i uciekające tabory spowodowały popłoch, który udzielił się batalionowi. Chłopcy zaczęli uciekać.
Oficerowie z największym trudem usiłowali opanować panikę.
W tej niezwykle groźnej chwili włączył się do akcji ks. Kapelan. Porwany wewnętrznym nakazem, wznosząc w jednej ręce krzyż, drugą wskazując chłopcom kierunek natarcia, pobiegł naprzód.
Z mgieł rozsnutych nad rzeczką Strugą wyłaniały się coraz liczniejsze szeregi wroga. Ksiądz biegł na ich spotkanie. Jego kapłańska stuła rozwinęła się jak archanielskie skrzydła. Niosły go one już nie po ścierniskach i bruzdach, po skrawku wieśniaczej roli, ale ponad całą polską ziemię. Biegł uzbrojony w krzyż naprzeciwko wszystkim mocom antychrysta. Ogar[209]niała go coraz bardziej, coraz zjadliwiej furia ognia świstem tysięcy kul. Co myślał, co czuł w tej chwili - Bogu tylko wiadomo. My możemy jedynie wyobrazić sobie, że wszystkie myśli księdza, napięcie jego woli, poryw serca, całe kapłańskie posłannictwo i złączona z nim polskość ześrodkowały się w jednym tylko pragnieniu: zatrzymać wroga! Ten krzyż, stuła mają dodać odwagi tym dzieciom, od których Ojczyzna zażądała wprost nadludzkiej ofiary. Chłopcy się cofają. Wykonanie rozkazu jest ponad ich siły. Ksiądz ich zna. Spowiadał ich wczoraj i umacniał Komunią św. Ale oni się boją. Ksiądz to rozumie. W Ogrójcu nawet apostołowie zawiedli. Zwykły ludzki strach. Tylko Jezus się nie uląkł i wyszedł na spotkanie wroga. Otrzeźwiło to spłoszonych uczniów. Ksiądz wie, że jego chłopcy też powrócą, tylko on musi dać im przykład, że śmierć nie jest straszna. W tej chwili zbliża się ona do niego złowrogim jazgotem kul... Ksiądz nie słyszy i nie czuje tej, która uderza w kapłańskie czoło. Rozpościera szeroko ramiona, jakby chciał ogarnąć całą polską ziemię, umiłować ją, złączyć ze swym sercem na wieki.
I tak legł na pobojowisku, ciałem swoim zagradzając nieprzyjacielowi drogę.
Błyskawiczne ataki i kontrataki nie dają czasu na refleksję. Ale chłopcy nie widzą już swego kapelana. Ogarnia ich żal i gniew, ten sam, o którym wiele lat później powie pieśń sławiąca bohaterów spod Monte Cassino, iż "od śmierci silniejszy jest gniew". Nie!... To tylko sprawiedliwość, która upomina się o swoje prawa.
Po linii biegnie krzyk: "Księdza zabili!"...
Chłopcy w zapamiętaniu uderzają na wroga. Wola umacnia słabe jeszcze ramiona, potęguje zawziętość, przyśpiesza dojrzałość, wyzwala z trwogi. Walczą pierś o pierś. Kulą, kolbą, bagnetem. Zmieszały się szyki. Walczą obok swego poległego kapłana. To on już z zaświatów wspomaga ich, podtrzymuje, prowadzi. On daje rozkaz: "Nie ustąpić! Zwyciężyć!".
Wroga ogarnia lęk przed tymi strasznymi dziećmi, przed niepojętą siłą bijącą z oczu gorejących, z twarzy pobladłych i zaciętych. Kładą się pokotem, jak zboże pod ostrzem kosy. Zalegają gęsto krwawe pole. Ginie dowódca batalionu, por. Matarewicz, ppor. Świdziński, ppor. Szulie, padła sanitariuszka Szybowska, nie wiedząc, że jej mąż w tej samej bitwie zostaje ciężko ranny. Ginie 16-letni Zygmuś Płoszko, a młodszego odeń Mietka Szyszkę nieprzytomnego wyciągają z pola bitwy. Ginie ich dużo, bardzo dużo; z ośmiuset żołnierzy trzystu zostało na pobojowisku, ale wróg się cofa, ustępuje, wreszcie jego odwrót zamienia się w ucieczkę.
Komunikat Sztabu Generalnego z dnia 16 sierpnia roku 1920 podaje: "Ze szczególnym uznaniem należy podkreślić bohaterską śmierć ks. kapelana Ignacego J. Skorupki z 8 dywizji piechoty, który w stule, z krzyżem w ręku przodował atakującym oddziałom".
"Cud" trwał nadal.
W pobliżu Ossowa, na innym odcinku, dzieje się coś niezwykłego. Walczy tam por. Stefan Pogonowski - dowborczyk. Jest młody, ma lat dwadzieścia pięć, w czym sześć - wojny. Generał Żeligowski wyznaczył mu wieczorem 14 sierpnia stanowisko bojowe niedaleko małej wioski Kąty Węgierskie. Między godz. 3-4 rano miał wspierać natarcie naszych oddziałów od strony Nieporętu.
Tymczasem Pogonowski, nie czekając wyznaczonego terminu i zmieniając l’ordre de bataille (porządek walki) - z własnej inicjatywy uderzył o północy na wioskę. Nie wiedział, że jest to "najczulsze miejsce armii rosyjskiej, centrum głównej arterii nieprzyjacielskiego ruchu naprzód".
Nagły i niespodziewany atak wywołał wśród bolszewików popłoch. Wywiązała się niezwykle krwawa walka, w rezultacie której nieprzyjaciel musiał się cofnąć. W czasie bitwy Pogonowski został śmiertelnie ranny. Żołnierze ściągnęli go do przydrożnego rowu. Był przytomny i prosił o księdza kapelana. Prz[y]jaźnili się. Gdy ksiądz nadbiegł, porucznik zwrócił się do niego: "Walerek, pomóż mi nawiązać kontakt z Panem Bogiem". Ksiądz ukląkł przy konającym. Wokoło szalała bitwa. Huk wystrzałów, krzyki, przekleństwa, jęki rannych - dzika symfonia śmierci i... spływająca z nieba w sam środek ludzkiego piekła kojąca moc łaski Bożej. Umierający żołnierz złoży za chwilę swą ofiarę przed majestatem Boga. Przedtem jednak, ogarnia sercem swych walczących żołnierzy. Kocha ich, wydaje więc ostatni, miłością natchniony rozkaz: "Słuchaj Boski (tak się nazywał porucznik, któremµ przekazał dowództwo), prowadź walkę dalej, nie ustąp... Tylko pamiętaj, abyś mi ludzi nie wytracił...".
Żołnierze Pogonowskiego nie ustąpili. Zalegli pokotem na pobojowisku. Ich walka, poświęcenie, wspólna ofiara dowódcy i żołnierzy stanowiły kolejny element "Cudu nad Wisłą". "Czyn batalionu dowodzonego przez porucznika Pogonowskiego dał rezultaty przekraczające zasięg własnego działania" - powie historyk (Fr. Arciszewski).
Te dwa elementy "Cudu" poprzedzał trzeci, również nie przekraczający na tle wielkich bojowych operacji miary niewielkiej żołnierskiej akcji.
Walki toczyły się na północ od Warszawy, nad Wkrą. Bolszewicka 4 armia chciała przejść Wisłę i oskrzydlić wojska broniące Warszawy. Na tym odcinku walczyła VIII Brygada kawalerii gen. Krojewskiego. Ułani, mimo ciężkiej sytuacji, byli w dobrej formie i łącznie z kolegami z 205 pułku pod dowództwem rotmistrza Podhoreckiego na własną rękę, bez rozkazu w noc z 14 na 15 sierpnia przekradli się na tyły bo[l]szewickie i uderzyli na Ciechanów. Natarcie było tak gwałtowne i niespodziewane, że sztab armii nieprzyjacielskiej oszalały ze strachu oparł się w Ostrołęce, odległej o 60 kilometrów, a dowódca uciekł do Mławy - 40 kilometrów drogi. Ułani nasiekli sporo bolszewików, a co najważniejsze spalili radiostację, po czym spiesznie wrócili, aby "oberwać" od generała za samodzielną, nie uzgodnioną z dowództwem akcję. Ani generał, ani ułani nie zdawali sobie sprawy ze skutków kawaleryjskiego rajdu. Wyjaśnił je dopiero Tuchaczewski. Oto, w momencie decydującym, kiedy Armia Czerwona była pewna zwycięstwa, zamilkła radiostacja i zabrakło dowódcy. Powstał nieopisany chaos. Tuchaczewski pisze później: "Polakom dopisało szczęście... Na styku 4 i 15 armii miał miejsce wypadek, nieznaczny w założeniu, który jednak odegrał rozstrzygającą rolę w biegu naszego działania i dał początek jego katastrofalnemu wynikowi... Położenie (nasze) stało się potworne i nie do pomyślenia, pomogło (ono) Polakom nie tylko zatrzymać ofensywę, ale krok za krokiem wypierać (nasze) oddziały w kierunku wschodnim".
Nie ujmując bohaterstwa i żołnierskiej sławy całej naszej armii i jej wspaniałym dowódcom: szefowi sztabu, gen. Rozwadowskiemu, generałom: Hallerowi, Sikorskiemu, Latinikowi, Krajowskiemu i innym oficerom,[1] należy podkreślić, że właśnie te trzy "nieznaczne" bojowe akcje miały decydujący wpływ na przebieg walk. W ciągu czterech dni, między 14 i 18 sierpnia, poczynając od wigilii Wniebowzięcia Matki Bożej, Jej święta i oktawy, nastąpił w działaniach wojennych niespodziewany przełom, zakończony druzgocącą klęską Armii Czerwonej. Polacy rozbili ogółem 30 bolszewickich dywizji, wzięli do niewoli 80 tysięcy jeńców, 200 armat i wielkie ilości różnego wojskowego sprzętu. Armia Czerwona poniosłaby jeszcze większą klęskę, gdyby nie "uprzejmość" Niemców, którzy otworzyli granice Prus Wschodnich, przepuszczając rozbitków "nach Heimat - do otieczestwa".
W trzy tygodnie po uroczystości Wniebowzięcia Maryi, w dniu drugiego Jej święta - Matki Bożej Siewnej, we wszystkich polskich kościołach biły dzwony na zwycięskie Te Deum laudamus.
Do dziś pamiętam uczucie radości i szczęścia, jakiego doznałem w czasie Mszy dziękczynnej za "Cud nad Wisłą". Celebrował ją sławny kapłan i żołnierz ks. infułat Marian Tokarzewski. Uczestniczyliśmy w niej - alumni Warszawskiego Seminarium - po zwolnieniu z ochotniczej służby wojskowej. Msza św. odprawiana była w dawnym soborze, który stał na Placu Saskim. Sobór ten służył już wtedy celom liturgicznym naszego Kościoła. Dziękowaliśmy Bogu za zwycięstwo i prosiliśmy, aby pozostało nadal przy naszej Ojczyźnie.
Opatrzność miała jednak inne plany. Zostaliśmy poddani nowej próbie. Ten sam wróg Polski, a jednocześnie, jak to czytaliśmy w brewiarzu, "nieprzyjaciel imienia Chrystusowego" w porozumieniu z drugim najeźdźcą napadł na naszą Ojczyznę.
Wstąpiliśmy na "Drogę Krzyżową".
A jednak?
Właśnie na tym placu, który w ciągu lat zmienił tylu "panów" i nazywał się: Saski, Piłsudskiego, Hitlera, wreszcie Zwycięstwa - stanął wzniesiony dnia 3 czerwca 1979 roku ołtarz z krzyżem. I stamtąd rozległy się słowa Ojca Świętego, które świat chrześcijański musi zrozumieć i przyjąć: "Nie można wyłączyć z dziejów w jakimkolwiek miejscu na ziemi, pod jakimkolwiek znakiem długości czy szerokości geograficznej, Chrystusa. Wyłączenie Chrystusa z dziejów człowieka jest aktem wymierzonym przeciwko człowiekowi... Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski... Dzieje narodu, to dzieje ludzi, a dzieje każdego człowieka toczą się w Chrystusie".
Patrząc na ten ołtarz i krzyż, nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że powtarza się "Cud nad Wisłą". Że wskazuje Polsce i światu krzyż jako jedyny ratunek i ocalenie.
[1] W całej kampanii 1920 r. naczelne dowództwo sprawował marszałek Józef Piłsudski. On także dowodził osobiście grupą uderzeniową znad Wieprza. (Red).
