Kontynuując omawianie książki J. W. G. Johnsona pt. The Crumbling Theory of Evolution przystępuję w ślad za autorem do podstawowych dowodów przeciw teorii ewolucji.
Drugie prawo termodynamiki
Astronom Artur Eddington powiedział kiedyś: Jeżeli teoria jest przeciw drugiemu prawu termodynamiki, to nie ma dla niej nadziei. Prawo to różnie można definiować. Dla naszych potrzeb oznacza ono po pierwsze, że procesy naturalne dążą do bezładu, od porządku ku chaosowi, oraz po drugie, że to co proste nigdy nie wyprodukuje czegoś bardziej złożonego. Oznacza to, że wszechświat wygasa, że wszystkie naturalne procesy degenerują się w kierunku chaosu, każda maszyna się psuje, a nie samoudoskonala, itd. czyli mówiąc fachowo - stale rośnie entropia.
Otóż ewolucja wymaga czegoś wręcz przeciwnego. Wymaga, by wszechświat szedł "pod górkę". Wymaga, by losowe związki połączyły się w zorganizowane i coraz bardziej złożone systemy. By pierwotniak przekształcił się w meduzę, a meduza w tygrysa. Reasumując, ewolucja zakłada, że na drodze naturalnych procesów wodór przekształcił się w człowieka. Wszystkie etapy tego procesu, to kroki wymagające negatywnej entropii, kroki niezgodne z drugim prawem termodynamiki.
Organizmy żywe stanowią ogromnie wysoki stopień organizacji. Postępująca nauka kolejno wyjaśnia jakieś procesy życiowe, mechanizm fotosyntezy, kod genetyczny itd. Ale każde odkrycie stawia szereg nowych zagadek. Lepsze techniki, silniejsze mikroskopy tylko nam coraz bardziej pokazują, jak skomplikowany jest żywy organizm. Otóż według teorii ewolucji cała ta wspaniała organizacja powstała na drodze drobnych kroczków w kierunku wzrostu organizacji, w kierunku doskonalenia systemu.
Problem z entropią znany jest od dawna. Zwolennicy ewolucji twierdzą, że to Słońce płaci dług entropii, że słońce dostarcza energii potrzebnej dla wzrostu organizacji. Rzecz jednak w tym, że sama energia nie wystarczy - potrzebna jest inteligencja. Potrzebny jest inżynier czy artysta, by z niezorganizowanych elementów zrobić coś zorganizowanego. Samochód potrzebuje energii, by jechał i by w ogóle powstał. Ale sama energia nie starczy. Musi być plan budowy, konstruktor i kierowca. To samo dotyczy organizmów żywych.
Jeżeli przyjmiemy zgodnie z nauką Kościoła, że tym konstruktorem jest Bóg, to staje się obojętne, czy dokonał tego jednym aktem stwórczym, czy też na drodze wielu drobnych kroków. Nie o to jednak chodzi przyrodnikom chcącym wytłumaczyć przyrodę bez Boga. Stąd uczniowie Darwina uznali, że tym naturalnym mechanizmem pchającym świat żywy ku ulepszeniu są mutacje połączone z naturalną selekcją. Omówmy te zjawiska.
Mutacje
Komórki rozrodcze łącząc się, by dać nowego osobnika, przenoszą od osobników rodzicielskich informację genetyczną potrzebną do sterowania rozwojem nowego osobnika. Ta informacja genetyczna zawarta jest w substancji chemicznej jądra komórkowego określanej literami DNA. Jest ona jakby bardzo długą nicią, na której jak paciorki nanizane są cztery różne nukleotydy. Kolejność tych nukleotydów stanowi szyfr (kod genetyczny) potrzebny jako matryca do syntezy wszystkich białek występujących w organizmie, a więc determinujących wszystkie jego cechy. Przy podziale komórki następuje podział jądra i w misterny sposób odtwarza się identyczne DNA, by w każdej komórce było dokładnie takie samo DNA, by każda komórka posiadała pełny szyfr potrzebny do odtworzenia każdej cechy danego organizmu. Stąd gdy uda się wyhodować z jednej komórki (np. poprzez kalusowanie i kultury tkankowe) nowy organizm, to będzie on identyczny jak organizm, z którego wzięto tę komórkę. Tylko w procesie rozmnażania płciowego następuje połączenie części szyfru matki i ojca dając w efekcie nową jakość.
Otóż zdarza się, że w procesie odtwarzania szyfru nastąpi błąd w zapisie genetycznym, czyli zmiana któregoś nukleotydu na nitce DNA. Taki błąd określamy jako mutację. Mutacje dają nowy zapis genetyczny, nową jakość. Mutacje powodowane są przez bodźce zewnętrzne, np. wysoką temperaturę, pewne związki chemiczne (mutagenne), a w szczególności przez promieniowanie kosmiczne, radioaktywne, a nawet promienie X. Mutacje zdarzają się rzadko i jako błędy w zapisie informacji genetycznej są szkodliwe dla komórki i jej pochodnych, a więc bywa, że i dla całego organizmu, jeżeli była to komórka rozrodcza.
Istnieje misterny system eliminowania czy też amortyzowania faktu powstania takiego błędu. Obserwujemy zdolność organizmów żywych do uniknięcia skutków mutacji, do samonaprawy. Ale zdarza się, że mutacja prześliźnie się przez ten system korekcyjny i uzyskujemy efekt w postaci chorób genetycznych, np. hemofilii, cukrzycy, mongolizmu, zajęczej wargi, względnie będzie to muszka bez skrzydeł, pomarańcza bez pestek (cenne to dla sadownictwa, ale w przyrodzie bez sensu) itd.
Przykładów na szkodliwe mutacje znamy wiele.
By założyć, że zdarzają się mutacje pozytywne, korzystne dla organizmu, potrzebny jest mechanizm, który preferowałby (dawałby pierwszeństwo) tę właśnie pozytywną mutację. Ma nim być naturalna selekcja. Ale najpierw przypatrzmy się temu założeniu. Czy rzeczywiście zdarzają się pozytywne mutacje?
Najwięcej doświadczeń w tej materii wykonano na muszkach owocowych, które szybko się mnożą. Poprzez napromieniowanie uzyskiwano tysiące różnych mutacji i dużą zmienność: karłowate skrzydła, brak skrzydeł, żółte oczy, ślepe oczy, anomalie nóg, groteskowe formy itd. Nawet noga wyrosła w miejsce trąbki. Ale była to musza noga, a nie krowia. I ciągle te zmutowane muszki były muszkami. Nie powstał nigdy żaden nowy, nie muszy organ. I co ważniejsze - choćby nie wiem jak zdeformowana była muszka, jeżeli tylko była zdolna do procesów rozrodczych, to dawała potomstwo z muszką normalną. Nigdy nie powstała bariera genetyczna między mutantem a formą wyjściową, nie powstał żaden nowy gatunek. Uzyskano tysiące mutacji, ale żadnej pozytywnej. To samo dotyczy badań nad mutacjami u innych gatunków czy badań nad ofiarami bomb atomowych. Gdyby na ewolucję składało się wiele małych kroczków, w końcu byśmy je znaleźli - a tu nic.
Reasumując, mutacja może spowodować, że dziecko urodzi się zdeformowane, ale nie spowoduje, że urodzi się ze skrzydłami czy też z kołami.
"Potworek rokujący nadzieję".
Skoro nauka przyznać musiała, że pozytywnych mutacji nie znajduje, potrzebne było inne wyjaśnienie. Laureat nagrody Nobla sir Peter Medewar powiedział: Nie wystarczy powiedzieć, że "mutacje" są źródłem wszelkiej zmienności, bo to jest tylko nadanie temu zjawisku innej nazwy. Potrzeba innej teorii.
Prof. Richard B. Goldschmidt po 25 latach badań nad ćmami uznał, że nie chcą zmutować w nic innego. Ponadto widząc, że paleontologia nie dostarczyła form przejściowych, zaproponował w 1940 r. teorię "potworków rokujących nadzieję".
Skoro małymi kroczkami ewolucji się nie wytłumaczy, to może są kroki duże, ale rzadkie, tak rzadkie, tak wyjątkowe, że praktycznie nie do zaobserwowania w warunkach obserwacji naukowej. Potworki czasem się rodzą, rzadko i niespodziewanie, np. owca o dwóch nogach, cielak o dwóch głowach itd., ale ponieważ nie rokują nadziei, giną. Może jednak zdarzy się czasem taki, który będzie lepszy, wyżyje i da początek nowemu gatunkowi? Tą drogą nie będzie form pośrednich i poszukiwanie "brakujących ogniw" stanie się bezprzedmiotowe. W praktyce oznacza to, że ni stąd, ni zowąd gad zniósł jajo i wylęgło się pisklę, względnie małpa urodziła człowieka, zjawisko tak rzadkie, że niepowtarzalne, nie podlegające obserwacji.
Przez lata wyśmiewano Goldschmidta. Ale w roku 1980 na konferencji w Chicago S. J. Gould z Harwardu i Niles Eldrego z Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej zaproponowali teorię "punktowej równowagi", czyli ewolucji drogą dużych skoków, co w praktyce jest tym samym co Goldschmidtowskie "potworki rokujące nadzieję". W zasadzie konferencja pogodziła się z tą teorią w braku innej.
Teorii tej jednak brak nie tylko dowodów (jej piękno polega na niemożliwości udowodnienia), ale i logiki. Jeżeli coś się tak niesamowicie rzadko zdarza, to jak dopuścić myśl, że równocześnie mniej więcej w tym samym miejscu i czasie powstanie drugi taki sam "potworek rokujący nadzieję" o przeciwnej pici i zgodnym z nim systemem rozrodczym, by mogli razem dać początek nowemu gatunkowi. Nie pozostaje nic innego, jak zaliczyć tę teorię do dziedziny fantastyki naukowej. Tą drogą nie mogło powstać bogactwo dzisiejszego życia biologicznego.
Naturalna selekcja
Jak wspomniałem wyżej, drugim oprócz pozytywnej mutacji elementem pozwalającym na postęp wbrew drugiemu prawu termodynamiki miała być naturalna selekcja. Proces ten miał eliminować osobniki nie przystosowane, a preferować lepsze.
Rzeczywiście właśnie to obserwujemy - i w efekcie naturalna selekcja przeciwdziała mutacjom, eliminuje je, ponieważ zmutowane osobniki są gorsze, słabsze, ułomne, mniej zdolne do życia. Tak więc naturalna selekcja redukuje zmienność i konserwuje właściwą formę gatunku.
Darwin uważał, że skoro człowiek na drodze hodowli potrafi tak bardzo uszlachetnić odmiany, to tym bardziej może to uczynić natura działająca na o wiele większą skalę. Ale analogia ta jest myląca. W hodowli konieczne jest ograniczenie kojarzenia do wyselekcjonowanych osobników, a wyselekcjonowane linie muszą być odizolowane i chronione. W przyrodzie tego nie obserwujemy. W ramach gatunku jest zmienność i naturalny system rozrodczy zapewnia utrzymanie tej zmienności. Umożliwia to przeżycie gatunku w niekorzystnych warunkach, umożliwia na drodze naturalnej selekcji adaptację do różnych siedlisk czy do zmiany warunków środowiska. Każda adaptacja jest redukcją zmienności.
Tak samo hodowla polega na redukcji zmienności. Na ograniczaniu rozrodu do osobników o wybranych cechach. Te wyhodowane odmiany zginęłyby w naturalnych warunkach.
Tu mała dygresja. Selekcja działa nie tylko na zmienność pochodzącą z mutacji, ale i na zmien[244]ność pochodzącą z segregacji. Z genów obecnych w populacji powstaje drogą losowego doboru wiele różnych osobników o najprzeróżniejszych kombinacjach różnych cech, lecz na drodze naturalnej selekcji potomstwo to jest redukowane nie tylko ilościowo, ale i jakościowo do zestawu osobniczego najbardziej przystosowanego do danych warunków, a więc zwykle analogicznego do tego, jakie posiadało pokolenie rodzicielskie. Wykazał to niedawno na przykładzie sosny doc. Wiesław Prus-Głowacki z Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu.
Reasumując, naturalna selekcja raczej utrzymuje stan istniejący, niż prowadzi do nowego, a jeżeli wiedzie do zmian, to na zasadzie redukcji zmienności, czyli zubożenia, a nie wzbogacenia populacji. Każdy hodowca wie, że są granice biologiczne dla możliwości hodowlanych w każdym obranym kierunku hodowli. Nie sposób przeskoczyć zmienności wewnątrzgatunkowej. (Hybrydyzacja u roślin przynosi nieraz pożyteczne wyniki, ale zarazem dowodzi tylko braku właściwego kryterium dla gatunku u roślin. Bariera płodności nie jest tak ścisła jak u zwierząt i stąd nieraz trudno ustalić granice między gatunkami. Dla wielu grup roślin to, co wyżej powiedziano, bardziej odnosi się do tego, co nazywamy rodzajami). Mechanizm ewolucyjny musi dodawać do zmienności genetycznej - a tego naturalna selekcja nie czyni, stąd też jej faktyczna rola jest konserwująca, a nie wzbogacająca.
Embriologia
Teorię Darwina wsparł Ernest Haeckel swoim "prawem biogenicznym". Twierdził on, że embrion w swoim rozwoju odtwarza proces ewolucyjnego rozwoju. Zaczyna rozwój jako pierwotniak jednokomórkowy, potem jako kolonia wielokomórkowa itd. aż do dojrzałości. Wskazywano, że ludzki embrion posiada rybie skrzela, zwierzęcy ogon itd. W efekcie posiada moc organów szczątkowych bezużytecznych, ale stanowiących pozostałość po ewolucyjnych przodkach.
Genetyka i embriologia dawno już te bzdury odrzuciły, ale pojawiają się ciągle w prasie, a nawet w podręcznikach szkolnych.
Embrion nie posiada żadnych skrzeli, a obserwowane przez Haeckla szczeliny to nie szczeliny, ale fałdy między lukami naczyniowymi dostarczającymi krew do głowy i pleców. Nie posiadają. żadnej funkcji oddechowej. Rozwój kręgowców lądowych jest zupełnie inny niż ryb.
Ogon u embrionu nie zanika, nie stanowi organu szczątkowego, tylko wyrasta w kość ogonową potrzebną. nam do siedzenia i wspierania mięśni odbytu.
Kiedyś wymieniano około 180 "organów szczątkowych". Dziś wiemy, że nie są szczątkowe, ale w pełni funkcjonalne i potrzebne, nawet migdałki i wyrostek robaczkowy. Wioski na skórze to nie pozostałość po bujnej sierści, ale funkcjonalne organy prowadzące i regulujące dopływ tłuszczu z gruczołów skórnych, co pozwala na utrzymanie skóry w odpowiedniej gładkości i wilgoci. Kolejno nauka poznała funkcje i znaczenie wszystkich owych "organów szczątkowych". Udowodniła, że mają swe funkcje, że nie są szczątkiem niczego.
Całe "prawo biogeniczne" Haeckla znalazło się na śmietnisku historii nauki.
(W przyszłym numerze: Zapis kopalny)
