Młody Rycerz Niepokalanej (4)
"Dopóki cierpi jakaś istota, nie ma radości dla człowieka pełnego współczucia". Te słowa często cytował Schweitzer. Im podporządkował swoje życie i działanie, swój trud i radość płynącą ze służby ludziom cierpiącym i chorym w dalekim Lambarene w Afryce.
Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy pamiętają o łzach Armenii, bo cały świat o tym wiedział, ale tu i teraz w Warszawie i podkarpackiej wiosce pozostają w domu chorzy i bardzo samotni ludzie. Z anteny radiowej prawie w każdy niedzielny poranek można usłyszeć słowa: "módlmy się za chorych i opuszczonych" - to modlitwa kapłana odprawiającego Mszę św. dla chorych. Teraz coraz częściej pada wezwanie do pomocy cierpiącym. To ważne i słuszne, i po chrześcijańsku, ale ilu wiernych tych wezwań posłuchało? Wiele osób przede wszystkim pomyślało o tym, że nareszcie trochę odpocznie po całym trudnym tygodniu. Może ktoś przez chwilę zastanowi się, że należałoby pamiętać o słowach kapłana, ale nie czuje się winny. Przecież on jest w porządku, jego koledzy też. Matura, egzaminy, praca, uciążliwe dojazdy, kolejki. Kiedy tu znaleźć chwilę czasu dla nieznajomej, zupełnie obcej osoby, o której ciężkim stanie tylko się słyszało? Przecież jesteśmy w porządku, ale tak często zapominamy, że grzeszymy nie tylko mową, myślą i uczynkiem, ale i zaniedbaniem. Rozglądamy się wokół i właściwie wszystko jest w porządku. Tylko czasem osoba, którą spotkaliśmy w pracy, w kinie, w teatrze, w kolejce, znika z naszych oczu. Wiemy, że choruje, ale to nie była nasza bliska koleżanka lub kolega. Czasem w niedzielne popołudnie musimy odwiedzić kogoś w szpitalu z bliższej lub dalszej rodziny, czasem kogoś znajomego.
Wizyta w szpitalu
My nie urządzaliśmy losowania, nie ciągnęliśmy zapałek. To nie było tak jak w utworze Wisławy Szymborskiej. Ale posłuchajmy tego wiersza:
Relacja ze szpitala
Ciągnęliśmy zapałki, kto ma pójść do niego.
Wypadło na mnie. Wstałem od stolika.
Zbliżała się już pora odwiedzin w szpitalu.Nie odpowiedział nic na powitanie.
Chciałem go wziąć za rękę - cofnął ją
jak głodny pies, co nie da kości.Wyglądał, jakby się wstydził umierać.
Nie wiem, o czym się mówi takiemu jak on.
Mijaliśmy się wzrokiem jak w fotomontażu.Nie prosił ani zostań, ani odejdź.
Nie pytał o nikogo z naszego stolika.
Ani o ciebie, Bolku. Ani o ciebie, Tolku
Ani o ciebie, Lolku.Rozbolała mnie głowa. Kto komu umiera?
Chwaliłem medycynę i trzy fiolki w szklance.
Opowiadałem o słońcu i gasłem.Jak dobrze, że są schody, którymi się zbiega.
Jak dobrze, że jest brama, którą się otwiera.
Jak dobrze, że czekacie na mnie przy stoliku.Szpitalna woń przyprawia mnie o mdłości.
My nie chcemy uciekać od cierpienia. Ale wtedy z naszych miłych kątów, z przytulnej kawiarenki, z gwarnej ulicy wchodzimy w nowy świat. Wąskie szpitalne schody, stare windy. Trudno przejść korytarzem. Nawet tu łóżka chorych. Młoda dziewczyna idzie o kulach, ktoś z trudem przeciska się na wózku inwalidzkim. To nie jest pewne, czy kiedykolwiek wyzwoli się od niego. Jeszcze nie wie. Ma nadzieję. Ma przecież dopiero 24 lata. Chorzy się też odwiedzają, rozmawiają, są wobec siebie bardzo delikatni. Chłopak na wózku jedzie dalej. Na końcu korytarza leży tylko o dwa lata starszy od niego kolega. On już nie wstaje od roku. Rzuca okiem dyskretnie na tabliczkę. Mało znane schorzenie, ale już [112]częściej mówi się o nim w Barierach telewizyjnych, Telewizji nocą, w radiowych audycjach pt. Sygnały dnia i Żyją wśród nas. Nie są to często słuchane audycje przez ludzi zdrowych; chyba że mają w rodzinie ciężko chorego i z nadzieją włączą radio po godzinie ósmej rano. Może są jakieś nowe leki, nowa nadzieja, a może będzie to tylko jeszcze jedno dementi obietnic hałaśliwych bogatych firm.
Ale wróćmy do naszych znajomych. Andrzej - studiował polonistykę. Paweł jest studentem filozofii. Ania, która chodzi o kulach, jest przed maturą, czeka ją operacja kręgosłupa. A maj już tak niedaleko - myśli Ania i z wysiłkiem dociera do pokoju Andrzeja. Ktoś podsuwa taboret, Ania przecząco kręci głową, to musi być krzesło z dobrym oparciem. Z wysiłkiem siada. Wita się z nią Elżbieta, Ewa i Sławek. To nowi znajomi, przyjaciele Andrzeja. Do Ani nie przyszedł dzisiaj nikt, rodzice mieszkają daleko. Znalazła tu nowych przyjaciół. Wchodzi Joanna i przynosi kwiaty. Całuje Anię, wita się z Andrzejem i resztą znajomych. Wstawia kwiatki do wazonu. Robi się uroczyście i odświętnie. Nikt z nich nie jest sam. Trudna jest codzienność szpitalna, ale niejeden chory nie przyznaje się do tego, że jeszcze bardziej boi się powrotu do domu. Jak sobie tam poradzi? Andrzejowi będzie najtrudniej. Czekają go długie samotne godziny, kiedy rodzice będą w pracy. Nie chce myśleć o tym, co będzie, kiedy ich zabraknie. Dawni koledzy coraz rzadziej się odzywają. Paweł też zdaje sobie sprawę z tego, że musi uodpornić się na wiele trudnych spraw i na nowo odnaleźć się w nowej sytuacji.
Cierpienie próbą dla chorych i zdrowych
Nie wiem, czy dobrze zrobiła Joanna, ale wyciągnęła list, który przyszedł do TWK od chorej dziewczyny mieszkającej na wsi. Pisze ona: "Na wsi trzeba najpierw pokonać drogę do przystanku PKS, czasami bardzo odległą. Gdy podjedzie autobus, trzeba się dobrze nagimnastykować, żeby do niego wsiąść, co nie ujdzie uwadze ciekawskich, którzy komentują to na gorąco. Wtedy nie chce się kina, teatru, niczego, tylko schować się w kąt i płakać". Zapadło milczenie. Po chwili odezwał się Andrzeja:
- Tak, wszyscy pamiętają o łzach Armenii i wspaniała jest ta ludzka solidarność, która przekreśla dawne zatargi, uprzedzenia i konflikty. I nasi współcześni mogliby powtórzyć za Antygoną: "Współkochać przyszłam, nie współnienawidzieć". Wydarzenia, które wstrząsają światem, są na pierwszych stronach gazet i mobilizują siły wszystkich ludzi dobrej woli. To wspaniałe, ale kto będzie wiedział o łzach samotnej wiejskiej dziewczyny? Tak, Bóg policzy każdą łzę i przyjdzie czas konsolacji, ale czy z tym pocieszeniem nie powinni przybyć ludzie dobrej woli? Czy Bóg tego nie pragnie? Jestem głęboko wierzący. Zdaję sobie sprawę, że cierpienie jest wpisane w ludzki los, i traktuję to jako zadanie do wykonania, jak pisał ks. Twardowski, tak bliski mi poeta. Pozwólcie, że przytoczę słowa Joni z książki pt. Krok dalej: "Jesteśmy na widowni, inni przyglądają się, możemy dobrze zagrać swoją rolę i pozyskać sobie publiczność, możemy (...) dać upust swojemu rozgoryczeniu, tym samym przynosząc wstyd Autorowi. Wybór należy do nas".
- Ale zgodzicie się - mówi Elżbieta - że nie ma teatru bez widowni. Już starożytni Grecy przywiązywali wielką wagę do katharsis - oczyszczenia. Mówię oczywiście o tym w dużym uproszczeniu, ale wszyscy wiemy o co chodzi. Żeby to się zdarzyło naprawdę i do końca, żeby się dopełniło, zarówno aktor, jak i widz powinni przeżywać podobne stany wzruszeniowe. Masz rację, chory czasem musi grać jak aktor i walczyć o god[113]ne przetrwanie w chorobie. To prawda, że potężną bronią chorego jest uśmiech, ale pamiętajmy, że to od nas zależy, czy chory znajdzie siły, żeby się uśmiechnąć. Może czasem i nasze smutki pomoże nam przemóc. Kiedy zmęczeni naszą trudną codziennością przyjdziemy do chorego, pamiętajmy, że możemy przyjść w najgorszej jego godzinie. Wtedy nasze kłopoty wobec bezmiaru cierpienia wydają nam się błahe i nieważne, chociaż są naszą udręką. Każdy uważa, że cierpienie jest próbą dla chorego. Zapominamy, że ono jest przede wszystkim próbą dla nas - zdrowych. To chorzy dają nam szansę sprawdzenia naszego człowieczeństwa.
- Masz rację, Elżbieto - mówi Joanna. - Nasz Ojciec Święty tak pięknie mówi o apostolstwie chorych. Ale zgodzicie się, że mało sugestywny jest brudny, zaniedbany i zrozpaczony apostoł. Nam nie wolno do tego dopuścić. Nie wolno też dopuścić do tego, aby w jego sercu zagnieździła się rozpacz. Pamiętacie, jak pisała Joni - wszystkim jej książkę polecam - o swych myślach samobójczych. Potem dziwiła się, kiedy minął szok po wypadku i przyszło ukojenie, że mogła w ogóle tak myśleć. Na szczęście nie musi ona chorować w samotności i rozpaczy: zajmują się nią na co dzień troskliwie i serdecznie siostra i dwie przyjaciółki. Teraz, kiedy przyszło serenite, ukojenie, uspokojenie po przebytych burzach, mogła wiele ofiarować innym. Jej książka obiegła cały świat. Prosiła o cud uzdrowienia, ale Pan Bóg wyznaczył jej inną misję. To Joni powiedziała, że nieprzehandlowałaby swojego życia pełnego udręki i cierpień za sto lat życia w pełnym zdrowiu. To via lucis i via spei prowadzą ją coraz bliżej Boga. Droga światła i droga nadziei. I wielu innych chorych doznało w swym cierpieniu iluminacji. Aby tak stać się mogło, aby chory znalazł siłę na wewnętrzne skupienie, musi uporać się ze swoją trudną codziennością. I my w tym musimy mu pomóc.
- Masz rację Joanno - mówi Elżbieta. - To do nas zdrowych należy, póki mamy jeszcze wiele sił. Trudno życzyć chorym tylko cierpliwości i wysyłać im życzenia zdrowia, kiedy nie mogą się podnieść. Trzeba im po prostu pomóc.
W ślady Matki Teresy
- Joanna ma rację - mówi Sławek. - Ty i Elżbieta macie prawo tak mówić. Joanna nie tylko siedzi za biurkiem w TWK, ale biega po domach i naprawdę pomaga. Elżbieta tak samo. Musicie nas tego nauczyć. Jeśli ma powstać nasze Stowarzyszenie Teresjanek i Teresjanów, nie będą nam potrzebne specjalne kursy. My już to przeszliśmy przy łóżku chorego. Jeden drugiego nauczy. Fachowość jest tu potrzebna, to prawda, ale pamiętacie co mówił nasz Prymas Tysiąclecia: "Nie skąpcie serca".
I znów chwila milczenia, którą przerywa Elżbieta:
- Tak, wtedy nauczymy się kochać, kiedy przezwyciężymy w sobie słabość, opieszałość i zło, kiedy potrafimy już władać sobą. Właśnie na dzisiejsze spotkanie przyniosłam wam Mowę o godności człowieka Mirandoli z 1486 roku. To manifest nowożytnego humanizmu. Właśnie o niej rozmawiałyśmy ostatnio z p. Anną. Posłuchajcie: "Kiedy Pan Bóg, Wielki Architekt tego świata, stworzył człowieka, nie pozostało nic, co miałby do dania człowiekowi. Rzekł Stwórca: «Ciebie zaś nieskrępowanego żadnymi ograniczeniami oddaję w twoje własne ręce, abyś swoją naturę sam sobie określił, zgodnie z twoją wolą. Umieściłem cię pośrodku, abyś tym łatwiej mógł obserwować wszystko, co się w świecie dzieje. Nie uczyniłem cię ani istotą niebiańską, ani ziemską, ani śmiertelnego, ani nieśmiertelnego, abyś jako swobodny i godny siebie twórca i rzeźbiarz sam sobie nadał taki kształt jaki zechcesz. Będziesz mógł degenerować się i staczać do rządu zwierząt i będziesz mógł odradzać się i mocą swego ducha wznosić się do rządu istot niebiańskich»".
Teraz odezwał się Grzegorz:
- Pamiętacie też, co mówiła p. Anna, kiedy byliśmy u niej w ubiegłym tygodniu? Mówiła nam, że jeśli chcemy być prawdziwymi chrześcijanami, powinniśmy umieć dostrzec w człowieku cierpiącym Chrystusa, a Bogu nie można odmówić służby. "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili". Tłumy wiernych wypełniają kościoły. W sierpniu rzesze pątników pielgrzymują na Jasną Górę. To jest naszą radością. Ale niechaj chociaż garstka wiernych z każdego kościoła i z każdej grupy pątniczej nawiedzi domy chorych. Będzie to najpiękniejsze piel[114]grzymowanie do Boga i człowieka. Tak łatwo się usprawiedliwiamy z naszych zaniedbań. Czasy są niełatwe - to prawda, ale jak trudne muszą być dla tych, którzy żyją ze skromnych emerytur i rent i na pewno nie mogą sobie pozwolić na opłacenie drogich pielęgniarskich dyżurów. Nikt od nas - mówiła p. Anna - nie oczekuje, że poświęcimy się bez reszty chorym i cierpiącym. Ale niech każdy z was chociaż cząstkę swojego czasu ofiaruje choremu.
- Mamy już nazwę, ale chyba potrzebny nam jeszcze jakiś znak - powiedziała Elżbieta. - Kiedy będziemy przybywać do chorego, niech krzyż franciszkański będzie symbolem miłości, radości i powinowactwa duchowego naszej wspólnoty. W naszej wspólnocie "będziemy wcielać dobro i rozjaśniać prawdę", jak mówił Norwid. Jeśli chcemy się naprawdę doskonalić jako ludzie i chrześcijanie, musi być w nas obecna "twórcza współzależność idei i życia", albowiem zbyt często zapominamy, że "wiara bez uczynków martwa jest". Oczywiście, że nasze działanie będzie może nawet dla nas wielkim trudem, ale nie ma dobrych uczynków bez poświęcenia siebie samego chociażby w najmniejszym stopniu.
- Masz rację - mówi Ewa. - Modlimy się nieraz o cud, ale żeby on się dopełnił, ktoś musi nalać wody do stągwi. Postacie, które dziś przywołaliśmy: mniej już dzisiaj popularny i znany naszej młodzieży Albert Schweitzer noblista, filozof, muzyk i pisarz, i Matka Teresa z Kalkuty, która poświęciła całe swoje życie najuboższym z ubogich, mogli wieść spokojne i wygodne życie. Schweitzer wybrał pracę lekarza w dżungli, która wyczerpywała jego siły, a Matka Teresa slumsy Kalkuty. Pamiętajmy, że opieka nad człowiekiem ciężko chorym to nie tylko trud, ale i radość. I z tą radością musimy do niego przyjść. Niezależnie od tego, co się w naszym życiu dzieje.
- Masz rację Ewo - mówi Sławek. - To jest poczucie bezpieczeństwa nie tylko dla chorego, ale i dla nas zdrowych. Jeśli nam zdarzy się nieszczęście, to możemy ufać, że znajdą się opiekunowie, którzy nas nie opuszczą w potrzebie.
- Kiedy szedłem tutaj do was - mówi Grzegorz-przeraziły mnie łóżka na korytarzu, o które się każdy potyka. Ten bezmiar cierpienia może sprawić, że będziemy mieć uczucie bezradności, czy nasza wspólnota podoła wszystkim potrzebom.
- To prawda - mówi Elżbieta. - Potrzeb jest wiele, ale nas też będzie coraz więcej. Posłuchajmy jeszcze raz Schweitzera: "Współdoznawanie i niesienie pomocy stanowi dla nas wewnętrzną konieczność; wszystko, co możemy uczynić, będzie wobec istniejących potrzeb zawsze tylko kroplą wobec oceanu, ale właśnie nasz czyn nadaje życiu jedyny sens, jaki życie mieć może i czyni je wartościowym. Gdzie ty jesteś, tam niech będzie tyle łagodzenia bólu, ile w twojej mocy. Ta odrobina, którą uczynisz, znaczy wiele. Gdzie tylko możesz, ratuj od bólu, cierpienia i lęku".
- A kiedy nam będzie trudno i źle - mówi Joanna - przypomnijmy sobie modlitwę japońskiego współpracownika Matki Teresy z Kalkuty:
Panie, kiedy jestem głodny, daj mi kogoś, kto łaknie pożywienia;
kiedy jestem spragniony, przyślij mi kogoś, kto chce pić;
kiedy jest mi zimno, ześlij mi kogoś, kogobym mógł ogrzać;
kiedy jestem zmartwiony, daj mi kogoś do pocieszenia;
kiedy ciąży mi mój krzyż, daj mi dzielić krzyż z mym bliźnim;
kiedy jestem biedny, zaprowadź mnie do kogoś, kto jest w potrzebie;
kiedy nie mam czasu, daj mi kogoś komu mógłbym przez krótką chwilę pomóc;
kiedy jestem upokorzony, niech mam kogoś do chwalenia;
kiedy jestem zmartwiony, ześlij mi kogoś, z kim cieszyłbym się;
kiedy potrzebuję ludzkiego zrozumienia, daj mi kogoś, kto potrzebowałby mego zrozumienia;
kiedy potrzebuję opieki, ześlij mi kogoś, o kogo mógłbym się troszczyć;
kiedy myślę tylko o sobie, skieruj moje myśli na innego człowieka.
Krystyna Cieślak
Elżbieta Wieczorek - współpraca

