Wspomnienia z okazji 60-lecia Niepokalanowa
Większość wyjechała z Grodna dnia 20 listopada 1927 roku. Pociąg odszedł późnym wieczorem. Do Warszawy przyjechali wczesnym rankiem. Od stacji szofer pomyłkowo zawiózł ich do S[ióstr] Wizytek, następnie wrócił i w końcu dotarł do klasztoru Ojców Franciszkanów. W klasztornym chórku odprawili rozmyślanie, wysłuchali Mszy świętej, następnie spożyli śniadanie. W drodze z Warszawy do Szymanowa ojciec Maksymilian opowiadał o Opatrzności Bożej oraz o tym, jak bł. Cottolengo założył Mały Dom Opatrzności Bożej. Na miejsce przeznaczenia przyjechali w mroźny dzień 21 listopada, w południe. Po przybyciu nie mieli się gdzie zagrzać, więc wszyscy zabrali się ochoczo do pracy, by przygotować sobie jakieś pomieszczenie. Kaplica nie była jeszcze wykończona. Ktoś z sąsiadów przyniósł wiejski bochenek chleba, a ojciec Maksymilian, zauważywszy to, rzekł, że zapewne z głodu nie pomrzemy.
Ściany ubijano z leszu. Praca trwała do późnego wieczora, przy latarkach, bo nie było żadnych pomieszczeń, a transporty z maszynami czekały już na stacji. Przy ich zwózce bardzo wydatnie pomagała okoliczna ludność. Były duże braki, pod każdym względem. Nie było, na czym usiąść, co jeść, w co się ubrać. Za to nastrój był miły i radosny. By zaspokoić najkonieczniejsze potrzeby, brat Zenon zabrał się do kwestowania. Kwestował wszędzie. Przede wszystkim udawał się do dyrektorów różnych fabryk, gdzie otrzymywał materiał budowlany, instalacyjny, wiadra, a kiedyś nawet siedem kapeluszy. Przy tej sposobności rozdawał medaliki wszystkim ofiarodawcom [...]. Gdy któryś z braci pojechał do Warszawy i nie wrócił na kolację, ojciec Maksymilian przypominał bratu kucharzowi o zostawieniu posiłku, a gdy czas był na spoczynek, sam czekał, by otworzyć furtę i dać kolację bratu powracającemu z podróży. Zimą roku 1928 drżąc z chłodu naprawiałem bramę. Ojciec Maksymilian zauważył to i wezwał mnie do siebie, zdjął własny sweter i dał mi go, mówiąc: "Ponieważ brat pracuje na powietrzu, więc sweter bratu jest bardziej potrzebny niż mnie, bo ja pracuję w mieszkaniu". Nie miałem też płaszcza. W kaplicy było zimno. Ojciec Maksymilian, idąc do ołtarza, dawał mi zawsze swój płaszcz i chociaż nieraz się gdzieś skryłem, mimo to kazał bratu zakrystianowi zawołać mnie i okryć płaszczem. [...]
W początkach nie najmowaliśmy ludzi do pracy, bo nie było za co najmować, choć do wielu spraw nie mieliśmy braci-fachowców. Ojciec Maksymilian nie chciał, by w poszczególnych działach pracowali świeccy - najwyżej przy budowie, i to tylko wtedy, gdy bracia sami nie mogli podołać. Maszyny kupowaliśmy stare, po bardzo niskiej cenie. Sarni je naprawialiśmy i służyły nam jeszcze przez długi czas. Nabyliśmy też motor "Diesel", obecny "dziadek", 30-konny. Był mocno uszkodzony, wymagał dużego remontu i nie było do niego prądnicy elektrycznej.
Firma "Škoda" złożyła ofertę na dostarczenie nam takiej maszyny za cenę 10 tys. zł, co wynosiło więcej niż wartość tego motoru. Wydawnictwo nie mogło sobie pozwolić na taki wydatek, bo długi za papier były duże. Okazyjnie znaleźliśmy taką starą maszynę ze złomu za 500 zł, która po gruntownym u nas remoncie pracowała przy tym motorze przez 10 lat. Znana nam maszyna drukarska "Milówka" była kupiona w roku 1929 w Warszawie w firmie "Braci Kozieńskich". (zostały wówczas kupione trzy maszyny drukarskie za 4 tys. zł). Stara, uszkodzona, po remoncie służyła do roku 1949, tj. do czasu przejęcia naszego sprzętu poligraficznego przez władze państwowe.
W roku 1928 ojciec Maksymilian jako przełożony Niepokalanowa był jednocześnie magistrem nowicjatu. [...] Przedstawiałem mu wtedy trudności swojego życia wewnętrznego, a on zawsze udzielał mi cennych rad i wskazówek. Chętnie opowiadał przykłady z życia św. Teresy od Dzieciątka Jezus, zachęcał do dalszej pracy nad sobą, a w końcu dodawał, że trudności zawsze będą w tym życiu, ale nie należy się nimi zniechęcać, lecz ciągle iść naprzód. I kończył: "A cóż, bracie, chciałbyś za darmo pójść do nieba?".
