Chcieli mieć "oprycha", to go mieli

Z notatnika psychologa

Był najbardziej sympatycznym i jednocześnie najbardziej trudnym wychowankiem w zakładzie poprawczym. Wydawało się, że jedyną i przewodnią myślą jego życia była myśl o wolności. Realizował ją najprostszym sposobem: ucieczką. Uciekał bez względu na konsekwencje, nie zważając na to, że wymarzona "wolność" oznaczała tułanie się po peronach, chowanie się przed milicją, obejrzenie z daleka rodzinnego domu i nieodłączny lęk przed powrotem do zakładu.

- Kiedyś napisał: "...moim pragnieniem jest wyjść poza te przeklęte mury i mieć kogoś bliskiego - przyjaciela przez duże P".

Ucieczki jego, które zdarzały się często, wzbudzały niepokój wychowawców i rodziły pytania, czy podłożem takiego zachowania nie jest patologia osobowości?

Po kolejnej próbie ucieczki zaprosiłam go do siebie. I tym razem również został przywieziony przez milicję po wielodniowych poszukiwaniach. Siedział zmarznięty milczący i gniewny z zaciśniętymi pięściami i opuszczoną głową. Zapytany o imię odpowiedział: "Głupek". - Na ponowione pytanie

zareagował zniecierpliwieniem: "Głupek albo oprych. Tak na mnie wołali w domu". Ze względu na rozwój umysłowy nie mo[299]gli go tak nazywać, był bowiem bardzo inteligentnym chłopcem. Poziomem rozwoju, mimo zaniedbań dydaktycznych, nie tylko nie odbiegał od rówieśników, ale wyróżniał się bardzo dobrą pamięcią, sprawnym myśleniem i poczuciem humoru.

Jego dom stanowili: matka - pracownik służby zdrowia, ojczym i ich dzieci. Był dzieckiem nieślubnym. Może dlatego matka nie otoczyła go troską i nie chroniła jak inne dzieci.

Miał 14 lat, gdy otrzymał wyrok skazujący go na pobyt w zakładzie poprawczym. Matka nie odwiedzała go i nie odpowiadała na jego liczne listy. Utrzymywała sporadyczny i urzędowy kontakt z dyrekcją zakładu

- Antku, dlaczego znalazłeś się w zakładzie?

- Zacząłem robić tak, jak mnie nazywali w domu.

- Jak i po co?

- Chcieli mieć oprycha, to go mieli. Zacząłem kłamać, kraść i uciekać z domu. Pragnąłem, żeby mnie szukali, żeby zauważyli, że mnie nie ma.

W zakładzie osamotnienie pogłębiało się. Dołączyło się do niego poczucie małej wartości własnej. Pisał: "...nie dość, że uważają mnie za debila, to jeszcze siedzę jak człowiek groźny dla otoczenia lub niedorozwinięty. Boją się mnie. Siedzę w izolatce. Przepraszam, że o tym piszę, ale mam dosyć wszystkiego".

"Człowiek groźny dla otoczenia" miał wtedy 15 lat i najbardziej przerażała go samotność, poczucie izolacji społecznej i beznadziejność własnego życia.

W listach prosił: "Przyjeżdżaj do mnie często. Możesz być moją mamą lub ciotką?"

Usłyszał kiedyś rozmowę między chłopcami o Kościele ochrzczonych. Pytał zaniepokojony: "Co to jest? Czy ja należę do Kościoła? Czy mam szansę zostać chrześcijaninem?".

Nie umiał czekać. Każde niepowodzenie, nawet moja nieobecność w niedzielę, w jego mniemaniu przekreślały wszystko: "Nie dotrzymałaś obietnicy".

- Znów kolejna ucieczka. Tym razem konsekwencją było przeniesienie do zakładu o ściślejszym rygorze. Stamtąd pisał: "Myślę o takich sprawach, że potem boję się sam siebie. Czy w ogóle istnieje ktoś o takim nazwisku jak moje?"

Któregoś dnia znaleziono go w łóżku. Miał przecięte żyły w przegubach obu rąk. Spokojnie czekał na śmierć. Przypomniało mi się, że kiedyś powiedział: "Chcecie, to zabiję się i zobaczę, czy jest Bóg. Może wtedy nie będę sam".

To nie była jego ostatnia próba wołania o pomoc. Tak chyba można nazwać czyny tych, którzy decydują się zadać sobie śmierć. Wydają się one być wyrazem bezsilności, a nie zanegowaniem życia, oraz stwierdzeniem: "Nie mam nikogo, kto by mi pomógł", albo prośbą: "Dłużej nie mogę, zwróćcie na mnie uwagę, powiedzcie, że jestem wam potrzebny". Próby samobójcze mogą być ucieczką od życia, a nie pragnieniem śmierci.

Tak było u Antka. Za kilka miesięcy jego "wołanie o pomoc" przybrało inną formę. Tym razem przybrało formę "połyków". Połknął trzy metalowe przedmioty raniące i jątrzące wnętrzności. Za późno zgłosił. Poważna operacja. Rozmawiałam z nim w przeddzień. Było to kilka dni po zamachu na Papieża.

"Cierpię jak Ojciec Święty. Też mam dziury w-brzuchu: Razem chorujemy. Jestem blisko Niego".

Po udanej operacji, gdy wracał do zdrowia poprosił: "Daj mi krzyżyk, który nosisz! Obiecałaś. - Wyrwałem się śmierci. Lekarz stwierdził, że jestem największym uciekinierem - uciekłem śmierci".

Pokonałam wewnętrzną wątpliwość, czy będzie nosił ten krzyżyk, ale położyłam go na jego dłoni.

Nie każda próba samobójstwa czy samookaleczenia jest świadomym zabijaniem siebie. Człowiek chce wtedy raczej zabić ból, który nosi się w sobie.