Charyzmat brata Zenona

Dnia 24 kwietnia [1982] w Tokio zmarł br. Zenon Żebrowski, równo w 52 rocznicę swego przybycia do kraju kwitnącej wiśni. Włoski miesięcznik "Mondo e Missione" napisał: "Polski braciszek Zenon, franciszkanin konwentualny, jest największym apostołem Japonii w naszych czasach".

Osobiście poznałem br. Zenona 11 lat temu, tj. tuż przed beatyfikacją o. Kolbego, podczas jego pierwszych (i ostatnich) odwiedzin w Ojczyźnie. Radośnie przyjął go wtedy Niepokalanów, którego był budowniczym, a także rodzinna ziemia kurpiowska. Żywo interesowały się nim polska prasa i telewizja. Wielu ze czcią całowało jego ręce.

Towarzysząc Misjonarzowi w jego podróżach po Polsce, mogłem bliżej zapoznać się z jego życiem i dostrzec w nim znak interwencji Bożej. Zenon urodził się pod koniec zeszłego wieku we wsi Surowe, należącej do parafii Czarnia, w powiecie ostrołęckim. Jako chłopiec pasał gęsi i krowy, a zimą uczył się w szkółce wiejskiej. Imał się różnych zawodów, nigdzie jednak nie mógł dłużej zagrzać miejsca. Po odbyciu służby wojskowej, pod naciskiem rodziny, poważnie myślał już o ożenku, ale gdy na odpuście w Rostkowie usłyszał kazanie o św. Stanisławie Kostce, zapukał do furty klasztornej. W r. 1925 przyjął habit franciszkański w Grodnie.

Od początku Zenon związał się z o. Maksymilianem, przyswoił sobie jego ideał maryjno-apostolski. Wszystkie siły poświęcił dla sprawy Niepokalanej jako kwestarz, ekonom i budowniczy. Budował też swym przykładem. "Br. Zenon - pisał o nim w r. 1928 o. Alfons Kolbe - ma ciekawy sposób obcowania z ludźmi: nikogo nie odstraszy, a każdego pociągnie, choć taki prostaczek". W styczniu 1930 r. zagadnął go o. Maksymilian:

- Bracie, czy chciałbyś zostać męczennikiem?

- Tak! - odpowiedział z miejsca.

- Nie boisz się?

- Nie!

- Widzę, żeś poświęcił się całkowicie Niepokalanej.

- Tak, całkowicie!

- Wobec tego zabiorę cię z sobą na misje.

W Japonii br. Żebrowski nie przelał krwi męczeńskiej, ale wylał wiele potu przy b4dowie Mugenzai no Sono w Nagasaki i potem. Propagując "Rycerza" udawał się nawet do bonzów. Słuchacze niewiele pojmowali z jego wywodów, kaleczył bowiem język japoński, ale przyjmowali niebieskie pisemko i medalik Niepokalanej. Wcześnie jednak br. Zenon przekonał się, że jego powołaniem nie jest nauczanie wiary chrześcijańskiej, lecz dawanie jej świadectwa. Instynktownie wyczuł, że Japończyka "bierze" nie ścisła logika, a droga serca.

Było to na początku grudnia 1932 r. Wracając do klasztoru br. Zenon spostrzegł leżącego na ulicy prawie nagiego człowieka. Choć spieszyło mu się, przystanął. Przypomniał mu się św. Marcin, patron kościoła w Myszyńcu. Nie mógł podzielić się swym habitem, a w kieszeni miał tylko jednego jena. Zmówił Zdrowaś Maryjo i podjął decyzję: pobiegł do znajomej firmy, pożyczył dwa jeny, kupił ubranie i ku zdziwieniu gapiów ubrał biedaka, a potem nakarmił. Już wtedy pisząc do Niepokalanowa zaznaczył, że podobnych wypadków miał więcej.

Kiedy przez Japonię przeszedł huragan wojny, br. Żebrowski bez reszty poświęcił się pracy charytatywnej. Przystąpił do ratowania ofiar katastrofy. W styczniu 1946 r. razem z przełożonym o. Mirochną otwarł sierociniec, do którego przyjęto setkę bezdomnych chłopców. Zewsząd zbierał dla nich odzienie i żywność. Potem w Konagai pomagał przy budowie zakładu dla kalek. Dla polskiego samarytanina nie wystarczały jednak Nagasaki i okolica. Miłość bliźniego i natura ciągnęły go dalej. Mianowany generalnym opiekunem franciszkańskich dzieł miło[142]sierdzia w Japonii, zaczął - na dobre - wędrówki po całym kraju, które później ułatwiał mu bezpłatny bilet kolejowy. Pukał do różnych zakładów i szkół, a potem z darami szedł tam, gdzie widział największą nędzę, i ratował. W szczególny sposób zaopiekował się tzw. "Miastem Mrówek", osiedlem szmaciarzy w Tokio, wciągając do współpracy Marię Kitaharę. Prawie w każdej większej miejscowości powstało jakieś jego dzieło, m.in. "Miasteczko Chłopców" w Numakuma, nazwane "Farmą Zenona".

Gdy Japonia przestała być biednym krajem, br. Zenon organizował pomoc dla Korei, Wietnamu, Indii, Birmy, Peru itd. Dziennikarzom, którzy pytali go, skąd na to wszystko czerpie środki, odpowiadał: "Ja modlę się do Pana Boga i łaska przychodzi". Bóg posłużył się prasą, radiem i telewizją, które zjednały Polakowi rozgłos i rozniosły jego apele do milionów.

Br. Zenon zyskał sobie powszechną sympatię, stał się wprost legendarny. Otrzymał liczne odznaczenia i dyplomy. W r. 1969 brat cesarza wręczył mu medal Świętego Skarbu, przyznawany najbardziej zasłużonym dla Japonii. Za życia zaczęto stawiać mu pomniki, m.in. w r. 1979 wzniesiono bardzo artystyczny pomnik u stóp Fudżijamy. "Ten polski misjonarz - tłumaczył inicjator Edami - poświęcił 50 lat na pomaganie biednym i nieszczęśliwym. My, Japończycy, nigdy nie zapomnimy jego bezgranicznego oddania". Pomnik nosi nazwę "Miłości bezgranicznej" (...).

Ten człowiek, który "nie miał czasu chorować", kilka lat temu zaniemógł na dobre. Kiedy w r. 1979 byłem w Tokio, znalazłem go w szpitalu. Z trudem mnie poznawał. Dnia 23 lutego zeszłego roku przewieziono go ze szpitala w pobliże katedry, gdyż Ojciec Święty chciał mu osobiście podziękować za owocną pracę w Japonii. Poganie, patrząc na br. Zenona, nieraz mówili: "Teraz widzimy religię miłości w czynie". Wielu dzięki niemu przyjęło chrzest. Telewidzowie ze łzami patrzyli, gdy Papież całował siwego jak gołąb starca.

Kiedyś zapytano br. Zenona, jaką ma pensję.

- Jak umrę, to otrzymam - odpowiedział.

- Od kogo?

- Od Pana Boga.

Ufamy, że bł. Maksymilian wyprosił u Boga sowitą nagrodę dh swego współpracownika, który tak dobrze pojął jego lekcję miłości.