Budowano w stylu "barakowym".

Wspomnienia z okazji 60-lecia Niepokalanowa

Pamiętam, że gdy byłem przeniesiony do Warszawy, wydawnictwo "Rycerza Niepokalanej" znajdowało się wtedy jeszcze w Grodnie. O. Maksymilian Kolbe dość często przyjeżdżał do klasztoru warszawskiego. Jednego razu usłyszałem, jak rzekł mu o. Dominik Bednarz:

- Maks, dajcie sobie spokój z tym "Rycerzem", boście gruźlik, niedługo was, a kto tam potem będzie się tym zajmował.

O. Maksymilian odpowiedział:

- Mistrzem jest, kto wymaluje obraz pędzlem, a jeżeli miotłą to samo zrobi, to jeszcze większym jest mistrzem. Niepokalana to potrafi. Ona sobie znajdzie odpowiednie narzędzie, jeśli zechce. Przyjdzie czas, że w wydawnictwie będzie pracowało 100 braci i 20 ojców.

Słysząc to zdanie, pomyślałem, że to utopia, chociaż o. Maksymiliana bardzo szanowałem i do jego sprawy ustosunkowywałem się przychylnie. A jednak jego przepowiednia się sprawdziła.

Gdy powstawał Niepokalanów, o. Maksymilian miał bardzo wiele pracy. Jednego dnia pojechał do Niepokalanowa o. Florian Koziura, były gwardian warszawski, a ówczesny magister kleryków we Lwowie, by zorientować się co do tej nowej placówki franciszkańskiej. Powrócił bardzo przygnębiony i rozczarowany. Była to bowiem już późna jesień, padał zimny deszcz, a o. Maksymilian ze swoimi braćmi pracował przy budowie. Znając jego słabe zdrowie o. Florian był zaniepokojony o niego.

Tego samego dnia wieczorem przyjechał do Warszawy o. Maksymilian, bardzo zmęczony i utykający na nogę. Zauważyłem to, zaprosiłem go na kolację, a potem zaproponowałem, by wstąpił do mnie na chwilę i zdjął but, to obejrzymy bolejącą nogę. Nie chciał się na to zgodzić, bo mówił, że ma pilny wyjazd do Grodna. Jednak na moje naleganie pozwolił sobie zdjąć but. Noga była zakrwawiona i poważnie otarta. Były to bowiem buty br. Zenona, które na jego nogi nie pasowały. Wymyłem zranioną nogę o. Maksymiliana, zabandażowałem i pożyczyłem mu swoich nowych butów znacznie wygodniejszych.

Po zbudowaniu prowizorycznej kaplicy pojechał o. Maksymilian do Kurii Warszawskiej, by uzyskać pozwolenie na przechowywanie w niej Najświętszego Sakramentu i odprawianie Mszy św. Był wtedy bardzo licho ubrany. Zwracali mu na to uwagę nawet księża w Kurii i miał z tego powodu pewne przykrości, że tak chce iść do ks. kardynała A. Kakowskiego. Wyjaśnił jednak, że przybył tu prosto z pracy.

Gwardian warszawski polecił mi, abym przygotował konieczne szaty, przybory i sprzęty do nowej kaplicy niepokalanowskiej. Przygotowałem to wszystko i tak się złożyło, że właśnie razem z o. Maksymilianem jechałem do Niepokalanowa. W drodze o. Maksymilian opowiedział mi o swej przygodzie w Kurii, a potem rzekł do mnie:

- Bywa tak, że wstydzimy się łat na habicie św. Franciszka, a on się wstydzi nas.

Nie wiem jednak, do kogo ta uwaga się odnosiła.

Po przybyciu na miejsce obejrzałem nowo zbudowaną kaplicę. Była jeszcze nie wykończona - właściwie barak z desek, bez podłogi, na ziemi leżało kilka pustych beczek po cemencie. Tego sobie nie wyobrażałem. Chociaż wiedziałem, że ma to być tylko prowizoryczna kaplica, to jednak myślałem, że będzie ona z dużymi oknami.

Przed samą przeprowadzką do Niepokalanowa radziłem o. Maksymilianowi, żeby najpierw posłał tam ze dwóch braci, by ukwestowali trochę ziemniaków i kapusty oraz innych produktów żywnościowych, bo na taką ilość - 20 osób - to przecież trzeba zrobić jakiś zapas. O. Maksymilian, który zawsze bardzo chętnie przyjmował różne projekty braci, nic mi na to nie odpowiedział, ale odwrócił się i odszedł.

Spotkałem potem o. Alfonsa i powiedziałem mu, że o. Maksymilian na mój projekt nic nie odpowiedz[i]ał. O. Alfons wyjaśnił:

- O. Maksymilian chce, byśmy tam przyje[okł. s. 3]chali bez niczego, a pokładali całą ufność w opiece Niepokalanej.

Jednak o. Alfons dał mi sto złotych i prosił, żebym kupił przynajmniej trochę najpotrzebniejszych naczyń kuchennych i bardzo prostych (blaszanych) talerzy.

Niepokalanów miał właśnie być zbudowany z cegły. O. Maksymilian ze swym bratem o. Alfonsem starali się ukwestować cegły w okolicznych cegielniach. Niektóre cegielnie ofiarowały po kilka tysięcy sztuk. Oczywiście na całą budowę potrzeba by było bardzo dużo cegły. Podczas rozmowy na te tematy br. Zeno Żebrowski podsunął myśl, że można zbudować baraki z desek i leszu (żużlu), co będzie znacznie taniej. O. Maksymilian zapytał, jak długo takie budynki postoją. Brat Zeno zapewnił, że 30 lat wytrzymają. O. Maksymilian chętnie wykorzystał ten projekt i od tej pory mawiał:

- Budujemy nowy klasztor w stylu "barakowym".

Przy okazji zaznaczam, że o. Maksymilian był dobrym humorystą i często dla rozweselenia braci opowiadał różne żarty.