W pierwszych latach po wojnie ludność Tokio była bardzo uboga. Najubożsi zajmują się zbieraniem odpadków. Ci gałganiarze organizują "osiedle mrówek", to jest istot oczyszczających miasto. Pomaga im brat Zenon Żebrowski, zwany przez nich zwykle "ojcem", oraz Kitahara Satoko, świeżo nawrócona młoda Japonka, córka profesora uniwersytetu. Boże Narodzenie w tym osiedlu miało w sobie coś z atmosfery Kwiatków świętego Franciszka.
Szefem całego osie[d]la był pan Ozawa, popularnie zwany "tatą". Drugą osobistością, nie mniej ważną, był nauczyciel. W przeciwieństwie do grubego, wesołego i mało wykształconego "taty", nauczyciel był wysoki, szczupły, nerwowy, miał ciemną twarz i brodę. Nauczycielem nazywano go nie dlatego, by czegokolwiek nauczał w szkole, lecz że był wykształcony i dużo czytał. stał się on szybko kimś w rodzaju sekretarza wspólnoty liczącej około 120 gałganiarzy. Załatwiał wszystkie sprawy urzędowe z władzami miejskimi i państwowymi. Często występował w procesach o kradzieże i inne przestępstwa swych podopiecznych. Prowadził też rachunki. Z urodzenia był [309]buddystą, z przekonań niewierzącym. Często powtarzał słowa Ewangelii, na przykład: "Błogosławieni ubodzy" - odnośnie do gałganiarzy. Dlatego "tata" miał go za chrześcijanina, podczas gdy on w rzeczywistości nie cierpiał chrześcijan.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Gałganiarze naznosili mnóstwo ozdób choinkowych, wybrakowanych i wyrzuconych przez sklepikarzy.
- Co chcecie zrobić z tymi świecidełkami? pytał "tata".
- Urządzimy u nas Boże Narodzenie, takie jak inni robią w Tokio - odpowiadali.
Właściwie ani oni, ani ich dzieci nie byli chrześcijanami, ale dla nich, jak i dla innych pogańskich mieszkańców Tokio, Boże Narodzenie i choinka były jednym ze zwyczajów chętnie przyjmowanych z Zachodu.
Wkrótce potem zjawił się ojciec Zenon i przyniósł cały wór białych szat dla aniołów, koron dla królów, gwiazd i różnych bombek z kolorowego szkła. Cały ten worek wysypał przed "tatą". Szef entuzjazmował się urządzaniem Bożego Narodzenia, ale nie znał się za grosz na tym, dlatego rzekł:
- Idźcie do nauczyciela, on zna się na kulturze i na pewno zajmie się tą sprawą.
- Co, ja mam urządzać Boże Narodzenie?! żachnął się nauczyciel, gdy usłyszał propozycję i ujrzał stos ozdób. Szybko jednak opanował odruch niechęci. Myślał: "To, że nie lubię chrześcijan, to moja prywatna sprawa, ale uroczystości bożonarodzeniowe w «Osiedlu mrówek» ściągną dziennikarzy i fotoreporterów, a może i przedstawicieli władz. To będzie dobra propaganda dla nas. Tylko ani mi się śni, żebym ja miał zająć się urządzaniem. Trzeba to zepchnąć na kogoś innego. Ale na kogo?"
Niespodziewanie przyszła mu z pomocą żona szefa:
- Wiesz - mówiła - przed paru dniami była u nas młoda dziewczyna, Satoko. Piękna, spokojna, wykształcona, uczennica ojca Zenona. Coś w rodzaju kobiety-księdza. Ona mogłaby się zająć urządzaniem tej uroczystości.
Nauczyciel szczególnie nie cierpiał pobożnych chrześcijanek. Jednak rzekł:
- Dobrze, zaangażujemy ją. - Ale myślał przy tym: "Tylko na Boże Narodzenie, potem ją wyrzucę".
I tak, choć bez entuzjazmu, nauczyciel udał się wraz z ojcem Zenonem do domu stryja Satoko, który miał sklep z obuwiem. Zenon zapukał, wołając:
- Czy można wejść? Mam pilną sprawę! I nie czekając na odpowiedź, wprowadził nauczyciela do wnętrza. Kazuko, starsza siostra Satoko, przyjęła go z radością:
- O, znowu mamy odwiedziny ojca!
Z równą radością przyjęło go trzech chłopców pracujących w sklepie. Jeden z nich szybko pobiegł do sąsiedn[i]ego domu i sprowadził Satoko. Swym japońskim, czerwonym kimonem i prostym, bezpretensjonalnym obejściem zrobiła dobre wrażenie na nauczycielu. Ojciec Zenon natychmiast przystąpił do sprawy:
- Panno Satoko, ten pan jest nauczycielem z osiedla. To bardzo dobry pan. Chce urządzić Boże Narodzenie, i to bardzo piękne. To wielka łaska Matki Bożej. Czy podjęłabyś się przygotowania całej tej uroczystości?
Na te słowa rozległ się krzyk radości, i to nie tylko z ust Satoko, ale całej obsługi sklepu.
- Kiedy mogę zaczynać? - zapytała z entuzjazmem.
- Choćby natychmiast.
- Dobrze, pójdę razem z wami. Już idę się przebrać.
- Poczekaj trochę - uspokoił ją nauczyciel albo idź sama, bo ja z ojcem Zenonem mamy jeszcze coś do załatwienia w mieście.
- W takim razie idę sama!
Gdy przyszła na miejsce, jej entuzjazm znacznie ochłódł. Chciała zacząć od nauki śpiewu z dziećmi. Tymczasem oberwane dzieci, widząc nieznajomą, elegancką dziewczynę, zaczęły po kilkoro ukrywać się za stosami rupieci. "Co im się stało?" - myślała Satoko słuchając szeptów [310]i patrząc na zerkające z ukrycia dziecięce oczy. Nie wiedziała, co ma zrobić. Z kłopotu wybawił ją olbrzymi gałganiarz, który podszedł do niej, pytając:
- Czy ty jesteś tą kobietą-księdzem?
- Co takiego?
- Czy ty jesteś tą córką szewca, o której mówił nasz "tata"?
- Tak, to ja - odpowiedziała, nie usiłując niczego prostować.
- To dobrze, zaraz zbierzemy dzieci - zapewnił olbrzym.
Użył w tym celu metody najlepszej: wyciągnął z jakiejś dziury torbę cukierków, zostawioną, zdaje się, przez ojca Zenona, i krzyknął:
- Dzieci, chodźcie tu! Dostaniecie cukierków!
Spoza gór odpadków zaczęły wysuwać się małe postacie. Prawie wszystkie były brudne, w poszarpanych ubraniach, a niektóre usmarkane. Jedno trochę kulało. "Pewnie po chorobie Heinego-Medina" - myślała Satoko. Rozdawszy cukierki, olbrzymi gałganiarz zawołał:
- Od dziś ta panienka będzie waszą nauczycielką. Będzie was uczyć śpiewu. A bieda temu, kto nie zechce się uczyć. Będzie miał do czynienia ze mną!
I tak zaczęła się pod gołym niebem nauka kolęd i przygotowywanie przedstawienia przy żłóbku, czegoś w rodzaju jasełek. Nauka szła czasem lepiej, czasem gorzej. Dzieci nie były przyzwyczajone do karności. Chłopcy od czasu do czasu zaczynali bójki, ale zwykle udawało jej się w końcu ich uspokoić.
Pewnego razu dwóch pijanych gałganiarzy rzuciło się na siebie z nożami. Dzieci patrzyły przerażone.
- Patrzcie - mówiły, wskazując jednego z nich - to ten, co zabił już pięciu ludzi. Lepiej uciekajmy stąd.
Satoko też była tego zdania. Zawołała:
- Dzieci, idziemy do mojego domu! - I zabrała całą gromadę do siebie.
Mniej więcej po tygodniu uznała, że program jest już dobrze przygotowany.
Przyszedł wieczór 24 grudnia 1950 r. Z dachu jednego z baraków osiedla rozległ się dźwięk dzwonu wzywającego na uroczystość. Przybyli, jak się spodziewano, dziennikarze i fotoreporterzy z telewizji. Baraki gałganiarzy oświetlały jasne lampy.
Z jednego końca osiedla wyruszyła symbolizująca pasterzy procesja trzydziestu ubogich gałganiarzy. Na plecach zamiast baranków nieśli kosze, w które zbierali odpadki na ulicach. Przed sobą prowadzili młodą kozę. "Co za piękny pomysł - myślał nauczyciel. - W Ewangelii czytamy, że pierwsi oddali hołd Chrystusowi ubodzy pasterze. A dziś jeszcze bardziej ubodzy gałganiarze idą złożyć Mu pokłon".
Procesja przyszła do specjalnie zbudowanej szopy. Tam, w żłóbku na sianie, leżało dziecko jednego z gałganiarzy, urodzone przed kilkoma dniami. Przy nim klęczała, okryta białym welonem, żona "taty", szefa wspólnoty. Po obu stronach szopy stały w dwóch rzędach dzieci, czysto umyte i przebrane za aniołów w długie, białe szaty. Nad głowami miały gwiazdy. Kilkoro najmniejszych posadzono na niskim dachu szopy. Śpiewały z zapałem pod kierunkiem Satoko:
Chwała na wysokości Bogu...
O wy, którzy mieszkacie w ciemnościach,
przyjdźcie i zobaczcie!
Wzeszło dla nas słońce na wschodzie.
Narodził się Zbawiciel.
Ojciec Zenon, który również tu przyszedł, zbliżył się do nauczyciela.
- To naprawdę piękne Boże Narodzenie powiedział. -Tak się cieszę. Dwa tysiące lat temu narodził się Jezus w miejscu tak samo ubogim jak osiedle. I żył wśród ludu tak samo ubogiego jak ci tutaj. Boże Narodzenie w "Osiedlu mrówek" jest najbardziej podobne do Bożego Narodzenia w Betlejem. Pan Jezus jest z nas bardzo zadowolony.
To mówiąc, uścisnął rękę nauczyciela i dziękował za wszystko, w przekonaniu, że ta uroczystość to jego pomysł.
- Ojciec się myli - odpowiedział nauczyciel. - Nie ja to wszystko zrobiłem, ale Satoko.
Ojciec Zenon, wzruszony, nie słuchał już wyjaśnień, tylko ukląkł z różańcem w ręku przed szopką i zaczął się modlić. Za jego przykładem poszedł "tata" i nawet dwaj gałganiarze, zwykle pijani. Wszyscy oni byli jeszcze poganami. Operatorzy filmowi zbliżyli się, by utrwalić tę scenę.
W końcu i nauczyciel, nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, ukląkł i złożył ręce.
Po zakończeniu uroczystości wszyscy dorośli członkowie osiedla zebrali się na jednym z placów przy wielkim stole. "Tata" przygotował dla nich stosy ciasta, pomarańczy i suszonych ryb. To była pierwsza Wigilia tych nie ochrzczonych jeszcze Japończyków. Dzieci natomiast udały się do małego baraku, nad którym umieszczono wielki kolorowy obraz św. Mikołaja. Satoko, główna organizatorka uroczystości, chodziła wśród nich, głaszcząc główki najmniejszych. Z uśmiechem wskazała na górę słodyczy i pomarańczy:
- Patrzcie, "tata" to wszystko dla was przygotował.
Dzieci zaczęły bić brawo. Tego wieczoru były szczęśliwe, że są razem, że mają własną salkę i smaczną kolację.
- Starsza siostrzyczko - pytały ją chórem jak myślisz, czy dobrze nam poszło?
- Nawet bardzo dobrze. Byliście naprawdę dzielni!
- A ja bałam się, że dach szopy zarwie się pod naszym ciężarem - mówiła jedna z małych dziewczynek.
Gdy skończyły jedzenie, mała Cyoko, siostra Satoko, stanęła na podwyższeniu i ukłoniwszy się nisko, zapowiedziała dziecięcym głosikiem:
- Zaczyna się przedstawienie życia Pana Jezusa.
Przez kilka dni Satoko przygotowywała to widowisko, ilustrowane dużymi obrazami. Nawet nie miała tremy. Ale nagle zgasło światło i sala pogrążyła się w ciemnościach. Dzieci zaczęły wołać: - Co teraz zrobimy?
- Chcecie, to wam coś opowiem - zaproponowała Satoko.
- Tak!
- A co?
- Jakąś historię z duchami! Tylko żeby było dużo strachu!
- Dobrze, opowiem wam starą historię japońską o duchu jednookim i o bonzie olbrzymie.
Gdy w opowiadaniu pojawiał się groźny duch, najmniejsze dzieci przytulały się do Satoko, ściskając ją za ręce. Czuła ciepło ich dłoni.
- Pani nauczycielko, boimy się! - wolały.
Po raz pierwszy zaczęły nazywać ją nauczycielką. Dotąd zwracały się do niej słowami "starsza siostrzyczko".
Pod koniec spotkały się jeszcze z "tatą" i nauczycielem. "Tata" napełnił po brzegi pomarańczami rękawy kimona Satoko, mówiąc:
- To jest mały znak naszej wdzięczności za tak piękne Boże Narodzenie. Proszę cię, byś nadal zajmowała się naszymi dziećmi.
Satoko opuszczała wraz z siostrą osiedle mrówek wśród oklasków przebranych za aniołów dzieci. Patrząc na znikające w ciemności dziewczęta, nauczyciel myślał z niechęcią o zaproszeniu Satoko do dalszej współpracy.
Później jednak patrząc przez kilka lat na pracę Satoko, nauczyciel zaprzyjaźnił się z nią i został gorliwym katolikiem.
Kitahara Satoko zmarła na gruźlicę w 1958 roku. Obecnie rozpoczęto jej proces beatyfikacyjny. Nauczyciel zaś napisał jej życiorys, tłumaczony na wiele języków. W oparciu o niego został opracowany również nasz artykuł.
Oprac. ks. St. Klimaszewski | na podstawie: Matsu Toru, | Maria del viollaggio delle formiche, | Bologna 1978.


