Boże Ciało tego roku wypadało 2 czerwca. Pogoda była deszczowa, dzień w ZSRR roboczy, wiernych jednak niesprzyjające warunki nie powstrzymały od uczestnictwa w tym podniosłym święcie. Ci, co już byli na emeryturze lub pracowali na nocną zmianę, zdążali tłumnie na poranne nabożeństwa. Każda z Mszy św. trwała tego dnia po dwie godziny. Uczestniczyłem we Mszach zaczynających się o godz. 13 oraz 19. Wierni wchodzili do świątyni trzema wejściami, w tym głównym, którym za czasów Polski wkraczali monarchowie i metropolici. Świątynia była bogato przyozdobiona zielenią, kwiatami, rzęsiście oświetlona. Dzięki temu, że władze zgodziły się na użycie dzwonów, o godzinie 13-tej rozdzwoniły się one radośnie. Jednocześnie dziesięć chorągwi kościelnych pochyliło się po trzykroć w hołdzie spoczywającemu w tabernakulum Chrystusowi. Po koncercie dzwonów odezwały się organy oraz chór.
Przy wielkim ołtarzu, nad którym wisi słynący cudami obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, zwanej Łaskawą (przed tym obrazem król Jan Kazimierz w latach potopu szwedzkiego oddał Polskę pod opiekę macierzyńską NMP), Mszę św. sprawował ks. Ludwik Kamilewski. Razem z wiernymi modlił się o pomyślność dla Kościoła na Ukrainie i o zdrowie dla ks. proboszcza Władysława Kiernickiego, przebywającego właśnie w szpitalu.
Rozglądałem się po świątyni. Widziało się wielu ludzi przyjezdnych z tzw. prowincji, można było ich poznać po staromodnym ubiorze. W większości byli to ludzie już niemłodzi, chociaż i tych ostatnich, najmłodszych, nie brakowało. Na ich twarzach było widać zmęczenie po nieprzespanej nocy; wielu jechało kilkadziesiąt kilometrów, niektórzy kilkaset, by uczestniczyć w uroczystościach. W oczy rzucał się brak książeczek do nabożeństwa; widziało się, jak wierni modlili się z notesików i zeszycików, czytali atramentem wypisane modlitwy. Zdarzały się różańce bardzo prymitywne własnej roboty. Ludzie modlili się bardzo gorliwie klęcząc lub nawet leżąc na posadzce. Takiej gorliwości u nas prawie już się nie widuje.
W czasie gdy ks. Kamilewski sprawował Najświętszą Ofiarę, spowiedzi słuchał nowo wyświęcony ks. Gerard Liryk, przybyły z Rygi. Ponieważ władze nie wyraziły zgody na odbycie procesji wokół katedry, odbyła się ona w jej wnętrzu, w ogromnym ścisku. Modlono się kolejno przy czterech ołtarzach. Przed idącym z Najświętszym Sakramentem ks. Kamilewskim dzieci sypały kwiatki. Msza św. i procesja skończyły się po godzinie 15. O godzinie 19 we Mszy uczestniczyli w większości mieszkańcy miasta Lwowa, pośród nich pracownicy kontraktowi z Polski. W zatłoczonej bardzo katedrze trudno było się poruszyć, a cóż tu dopiero mówić o odbyciu procesji. Wieczorem zaczęło też świecić słońce. Widać było, że część modlących się to unici nie mający własnego kościoła, ci żegnali się po trzykroć trzema palcami, dla uczczenia Świętej Trójcy.

