Na skutek rozmaitych przejść w miejscu pracy musiałam z niego zrezygnować i teraz dojeżdżam do Świdnicy. Kosztowna to impreza, bo bilety podrożały, męcząca, bo wstać trzeba o pół do czwartej rano, a wracać niekiedy około 18. Tak "pasują" pociągi. Dojeżdżam - i patrzę na życie.
Rano, raniutko wita mnie wspaniały ołtarz: ciemne niebo, takie jeszcze przed świtem, rozbłyskujące jeszcze gwiazdami. Potem pierwsze czerwone błyski na wschodzie... dalej nie opiszę, bo musiałabym stać się poetą. A tu trzeba być tym, czym mnie Pan Bóg stworzył.
Patrzę więc tylko, podziwiam - i odmawiam Różaniec. Cały Różaniec da się odmówić, zanim dotrę do Jaworzyny (wliczając w to pieszą podróż na dworzec PKP w Jaworze). Nawet przedłużając go o rozmyślania, niekoniecznie zupełnie związane z tajemnicami Różańca. Tyle tematów poddaje podróż, obserwowanie ludzi dojeżdżających do pracy! Słup by rozmyślał na ich temat - a ja jeszcze nie zatraciłam cech człowieczeństwa, zwłaszcza wrażliwości na człowieka. Chociaż - przydałoby się więcej.
Przydałoby się też i zapomnieć trochę o sobie. Po cóż przy czwartej tajemnicy radosnej Różańca zawsze prostuję się dumnie: oto i ja także byłam ofiarowana przez moją Matkę Matce Bożej, a przez to i Bogu chyba! Potem myślę o Marzenie, którą ja z kolei poleciłam Matce Bożej, i o losach tej smarkatej, która na swój sposób ze swoim ciężkim życiem walczy. A walczy dzielnie. Potem o pacjentach, których ofiarowywałam Matce Bożej, i co było z nimi potem. Ta tajemnica jest dla mnie najdłuższa. Jeszcze "Cierniem Ukoronowanie" - bo okazji do upokorzeń w życiu moim nie zabrakło i dlatego tę tajemnicę rozumiem. Wszystkiego trzeba się uczyć na sobie, inaczej to będzie utopia.
Dojeżdżam wreszcie do Świdnicy. Do rozpoczęcia pracy mam około dwóch godzin. Tracę więc po drodze jeszcze 8 złotych na pół litra mleka homogenizowanego w plastykowej torebce i biegnę do kościoła. Już od szóstej rano śpiewa gromko Godzinki jakaś grupa starszych wiekiem bohaterów, którzy wstali skoro świt. Potem jest dla nich Msza święta, potem razem odmawiamy drugą cząstkę Różańca - bolesną - i wybiegam na pięć minut przed kościół, by przeglądać gablotki o treści poświęconej Rycerstwu Niepokalanej i misjom. Przedziurawiam swoją torebkę z mlekiem, wygląda to tak, jakbym czytając gablotki uporczywie wycierała nos i podziwiam. Wciąga się młodzież do Rycerstwa Niepokalanej, każe się jej popierać misje, wybierać sobie, jak św. Terenia, jakiegoś misjonarza... aż bierze ochota naśladować. Ale... po co mi własny misjonarz? Wysyłam ofiarę na misje corocznie, niech będzie na wszystkich. Może kiedyś wybiorę się tam osobiście, nie po to, by nawracać: kogóż ja nawrócić mogę? Po to, by służyć w swoim zawodzie. Ale to dalekie plany.
Wysączam torebkę, wyrzucam do kosza i biegnę na następną Mszę św., uroczystą, śpiewaną. Tak mija czas aż do ósmej prawie.
Mógłby mi ktoś współczuć i wielu "współczuje" - a ja się czuję, jak na bardzo dziwnych rekolekcjach. Takich nie zaplanowanych. Na to nie miałam dotychczas czasu, byłam zagoniona.
Co kilka dni - uczta duchowa: Różaniec przy grobie mojej Matki. Stanął tam skromniutki pomnik, z malutką figurką Matki Bożej Różańcowej w małej niszy, za szkiełkiem. Jest miejsce na kwiatki: kwitną oczywiście bratki. Skromny pomniczek - ale taki, że kto tam stanie, modlić się musi, choćby nie chciał. Jeżeli Różańca nie chce odmawiać - przyjdą mu na pamięć wszystkie pieśni ku czci Matki Bożej, które pamięta.
Dziwne, bardzo dziwne są moje koleje losu. Zresztą moja Mama też dziwnie działa także i po śmierci: skąd mogłam przypuszczać, że apostołką Różańca zostanie choćby i po śmierci! Może dzięki Wam przeczyta ktoś ten mój reportażyk i pewna liczba polskich matek za różańce chwyci? Może zacznie wychowywać dzieci przy pomocy Matki Bożej? Takie małe posunięcie misyjne, i to w Polsce.
Różaniec mojej Matki prowadził jej dzieci przez straszne koleje losu. Okres wojny był okresem głodu, okres przedwojenny był podobny. Wreszcie moja Matka postanowiła moją [okł. s. 3]starszą siostrę oddać bogatszym krewnym zaraz po urodzeniu.
Cóż warte postanowienie w chwili rozpaczy? Urodziła się mała czarnulka - Mama wzięła ją na ręce i rozpłakała się nad nią. Przywiozła do domu, a tu zgłosili się krewni po towar.
- Taka mała... cóż z nią będziemy robić?
Wolimy tę starszą, 6-letnią...
- Ani tamtej, ani tej małej nie dostaniecie - i krewni opuścili nasz dom z gniewem, obiecując nie przestąpić już naszego progu. Maleństwo wychowało się mimo głodowych okresów. Było duchową przewodniczką mego dzieciństwa, a teraz jest zakonnicą.
Ale to dzieje osobiste, dzieje jednego człowieka... już kończę.
Bóg zapłać za wspomożenie duchowe - i Szczęść Boże w pracy misyjnej!
Jawor, 18 X 1987 r.
